Opowieść o żytniej wsi

Kazimierz Świegocki

Proza

 

Wielkie chmury na niebie, tuż pod chmurami łagodne góry. Między dwoma szczytami nieruchome Słońce. Stoi tu od lat, od niepamiętnych czasów, od wieków, od wielkiego Początku. Bezradne wobec niekończącej się powodzi chmur, które powstają bez bólu i giną bez radości. Obojętne wobec przemiany żywiołów, nieczułe na wołanie ludzi i kamieni. Ostatnia gwiazda Mlecznej Drogi. Wygasła ziemia Wysokości. Zapomniane światło pierwotnej przestrzeni. Nieczynny dzwon pierwszego nieba. Pierwszy wygasły bóg. Jego światło jeszcze odżywia rosnący na szczytach śnieg. A żar Jego bezpowrotnie pochłonęły przepaście. Niepotrzebne Bogu i światu, a istniejące. Nieruchome jak drogowskaz podróżujących przez czas rzeczy, które, mijając, pozdrawiają je, jeśli pozdrawiać można Wielkie Umarłe i składać hołd Skończonemu.

U podnóża gór pod Wygasłym Słońcem leżała nasza wieś. Wszystkie ziemie porastało nieskończone żyto. Jego kłosy stukały do okien. Nikt z nas, prostych wieśniaków, nie znał krańców tej żytniej puszczy. Ścieżek w niej było wprawdzie mnóstwo, krzyżowały się i plątały, ale nikt nie miał odwagi iść nimi do końca. Siedzieliśmy tu jak w mateczniku i słuchaliśmy szumu, który pod wieczór zawsze gęstniał i przypominał chwilami przelot stad dzikich gęsi. Nad ranem zmniejszał się wyraźnie i wtedy wyłaniała się na wschodzie zorza.

Ileż to razy - pamiętam - w takich zorzanych chwilach matka wyprowadzała mnie przed próg, kazała klękać na mokrej jeszcze od rosy trawie i modlić się do zorzy. Módl się, jak umiesz - mówiła - byleś się modlił. Być może Niebo wysłucha modlitwy dziecka, skoro nie słucha dorosłych. Być może modlitwa dziecka poruszy nieruchome Niebo, skoro dorośli zapomnieli modlitwy i Boga, a Bóg zapomniał o dorosłych i zostawił nad nimi to nieruchome słońce zimne i blade pomiędzy szczytami.

Każdego rana wieś wyglądała jak w pożodze. Paliło się wszystko tym pozornym ogniem, który ciągnął od wschodniego nieba, od Zorzy. Widziałem wtedy ludzi z twarzami zasłoniętymi dłońmi, jakby się bronili przed Jej blaskiem. Kto nie wytrzymywał tego naporu pozornego światła, klękał z dłonią na oczach i nieruchomiał na chwilę, po czym wstawał i szedł, jakby przemieniony, przed siebie.

Rzeczą nad inne dziwną było owo ranne chodzenie ludzi tam i z powrotem. Ktoś nie znający obyczajów naszej wsi mógłby sądzić, że te kręte wokół niej ścieżki wiodły do jakiegoś strumyka albo źródła. Ale żadnego strumyka ani źródła nie było w obrębie naszej wsi. A ludzie jednak chodzili tam i z powrotem, jakby szukali zgubionego skarbu.

Kiedy minął już największy napór czerwonego blasku i domy uwalniały się od nierzeczywistego pożaru, widać było mężczyzn, jak gęsiego, jeden za drugim wsuwali się do żytniego gąszczu chyłkiem, a później wracali stamtąd, uginając się niemal do samej ziemi pod niewidomym ciężarem. Naprzeciw nim wychodziły wtedy kobiety z opuszczonymi głowami. A jedna z nich trzymała ogromny kłos żyta, a druga korzeń żyta jeszcze oblepiony świeżą ziemią, a trzecia trzymała pustą łodygę żyta i ta była najsmutniejsza, jakby sama była tą łodygą, a może nie tyle łodygą, co pustotą łodygi, jej wnętrzem wydrążonym i bezpłodnym w gęstwinie żytniego świata.

Rzeczą nad inne dziwną było owo dźwiganie niewiadomych ciężarów, a potem ostrożne ich na ziemię zdejmowanie, ramion i grzbietów prostowanie, głów do góry podnoszenie, na niezmienne Niebo dziękczynne patrzenie. Po czym mężczyźni odchodzili do domów, a na miejscu obok zrzuconych ciężarów pozostawały kobiety jakby w zachwyceniu, jedne z kłosem uniesionym wysoko, inne z łodygą niby zapaloną świecą, jeszcze inne z pustymi jedynie rękami. Wszystkie w korowód się zbierały i wyciągały dłonie nad te niewidoczne i niewiadome ciężary, które mężczyźni z takim trudem do wsi przynosili. Widziałem tam nieraz swoją matkę. Była poważna, niekiedy podobna do kamienia, niekiedy do polnej rośliny, czasami jaśniała jak to słońce, które stało od wieków pomiędzy dwoma szczytami południowych gór, jakby była jego odwieczną córką i od niego miała w sobie światło, wiarę i moc istnienia.

Pod wieczór, gdy mężczyźni jeszcze odpoczywali od dźwigania niewiadomych ciężarów, do żytniej gęstwiny, która nieprzerwanym pierścieniem okalała naszą wieś, wychodziły kobiety. A kiedy wracały stamtąd, to ramiona i szyje miały wyprężone i prosto wyciągnięte wzdłuż linii ciała, jakby na głowach niosły naczynia pełne wody. Stąpały ostrożnie, jakby ziemia pod nimi była wyboista i usiana kamieniami, a one lękały się, aby drogocenna zdobycz nie upadła i nie uległa zniweczeniu. Wtedy podchodzili do nich mężczyźni i z niezwykłą troskliwością zdejmowali im z ramion i z głów te niewidoczne, niewiadome ciężary. A one znikały w ciemnościach izb. Mężczyźni zaś czuwali nad przyniesionymi ciężarami, jakby to były dary splątanych ścieżek i niekończących się dróg, zaczynających swoje losy w obrębie naszej wsi pod znieruchomiałym na zawsze słońcem.

A żyto szumiało jak morze. I żadna z gór nie zstępowała ze swej wysokości. Tylko chmury w nieskończonych pochodach obrazów przenosiły ukrytą nadzieję z jednego brzegu nieba na drugi.

 

Kazimierz Świegocki

 

Warszawa 1972; Mława, marzec 2002