POWRÓT

Gwiazdozbiór smoka

Marcin Małek

 

Stany Zjednoczone jeszcze są najpotężniejsze, ale za ich plecami podnosi się cień smoka. Europa dopiero dopracowuje się jedności. Rosja jest cieniem starego imperium. Japonia, choć bogata, niedomaga pod względem wojskowym. Chiny tymczasem przy najwyższym wskaźniku rozwoju gospodarczego, stałym i silnym napływie inwestycji zagranicznych, wysokiej stopie oszczędzania, skutecznej ekipie rządzącej, trwałym systemie politycznym, wzrastającej sile militarnej, mocnym poczuciu jedności narodowej, społecznej dyscyplinie i stabilności regionu, osiągają już dziś relatywnie największy wzrost statusu wśród głównych potęg.

WSCHODZĄCA GWIAZDA

Względne otwarcie Chin na świat obserwujemy już od chwili objęcia władzy przez Deng Xiaopinga. Jednakże proces ów rozwijał się przede wszystkim w sferze relacji gospodarczych, pozostawiając na dalszym planie płaszczyznę stosunków międzynarodowych. Obecnie chińska polityka zagraniczna wkracza w zupełnie nową fazę. Pierwsze pięć lat tego stulecia przyniosło, w porównaniu z ostatnią dekadą XX wieku, zmianę w sposobie rozumowania Chińczyków: przewartościowanie, a nawet przeformowanie stosunku do roli ich państwa we współczesnym świecie.

Państwo Środka zawdzięcza ten nowy kierunek wizji maleńkiego Denga. Jego epoka trwała nieprzerwanie aż do chwili śmierci przywódcy w 1997 roku, zaś polityka ekonomiczno-gospodarcza, którą forsował, przysłużyła się umocnieniu pozycji Chin na forum międzynarodowym. Był człowiekiem z wielką wyobraźnią i doceniał znaczenie oraz charakter rewolucji technicznej XX stulecia. Otworzył swój kraj na świat i nie cofnął się przed wykorzystaniem możliwości, jakie niesie wolny rynek. Poprowadził państwo w kierunku rozwoju, który raczej nie ulegnie zahamowaniu przez najbliższe pokolenia.

Przyszły postęp Chin, podobnie jak zdobycie przez nie statusu międzynarodowego mocarstwa, będzie zależeć od tego, jak władze tego kraju poradzą sobie z nowymi zjawiskami. Pojawiają się bowiem uzasadnione obawy, że tak istotna zmiana dotychczasowego status quo będzie implikować nie-bezpieczne skutki: w stosunkach międzynarodowych może powstać obszar konfliktogenny, w którym strategia współdziałania i współpracy zostanie zastąpiona strategią walki. Obszar takiego właśnie konfliktu coraz wyraźniej zarysowuje się między Chinami a USA. Najpoważniejszym problemem Chin jest dziś Ameryka - jej wojskowa obecność w Azji, stanowiąca przeszkodę dla rosnących międzynarodowych ambicji Państwa Środka. Przyszłe stosunki z USA określą więc kierunek zagranicznej polityki Chin i ich światową rolę w przyszłości. W Wielkiej szachownicy Zbigniewa Brzezińskiego (1997) czytamy: „Rola ta będzie jednak zależeć przede wszystkim od ewolucji samych Chin, od tego, jak wielką potęgą gospodarczą i wojskową się staną. Zarówno tempo rozwoju gospodarczego Chin, jak i skala inwestycji zagranicznych w tym kraju - a oba te wskaźniki należą do najwyższych w świecie - dostarczają statycznych podstaw dla konwencjonalnej prognozy, że mniej więcej za dwadzieścia lat Chiny staną się mocarstwem światowym, mniej więcej dorównującym Stanom Zjednoczonym i Europie [...] Jednakże prognoza, że Państwo Środka zmartwychwstanie jako główne mocarstwo światowe, opiera się na błędnych założeniach. [...] W gruncie rzeczy, aby utrzymać tak wysokie tempo rozwoju przez okres znaczący w perspektywie historycznej, potrzebna jest niezwykle szczęśliwa kombinacja czynników: skuteczna ekipa rządząca, spokój polityczny, dyscyplina społeczna w kraju, wysoka stopa oszczędzania, stały i silny napływ inwestycji zagranicznych i stabilność regionu. Długotrwałe utrzymanie się wszystkich wymienionych czynników wydaje się problematyczne”.

Utrzymanie się tych wszystkich pozytywnych tendencji nie okazało się aż tak „problematyczne”, jak można było to sobie wyobrażać w 1997 roku. Ekipa rządząca wyraźnie kontynuuje i uwspółcześnia program Denga, „małego-wielkiego” człowieka. Konsekwencją utrzymania tej linii programowej jest wzrost znaczenia kraju na forum międzynarodowym. Nic nie wskazuje także na to, by w bliższej perspektywie Chiny miały przeżyć jakiś wstrząs polityczny - partia nadal mocno trzyma się w siodle, społeczeństwo jest cierpliwe i zdyscyplinowane, wskaźnik wzrostu gospodarczego przekracza 9%, napływ inwestycji zagranicznych, ze względu na tanią siłę roboczą, wciąż rośnie. Poziom oszczędności jest na tyle zadowalający, że Chińczycy bez większych obaw mogą rozbudowywać swój potencjał militarny. Już dziś dominują pod względem geopolitycznym na kontynencie, jeśli zaś brać pod uwagę potencjał wojskowy i gospodarczy nie mają sobie równych wśród sąsiadów.

Na orbicie

Geopolityczna przyszłość Chin, w większym stopniu niż od czynników wewnętrznych, zależeć będzie od tendencji zewnętrznych, czyli od roli, jaką w globalnej grze przyjmą tzw. państwa orbitujące. Bez aktywnej kooperacji z sąsiadami Chiny nigdy nie zdołają zagrozić militarnej i gospodarczej potędze USA.

Uwzględniając powyższe warunki, możemy w przybliżeniu określić, jakie strategiczne cele na najbliższą przyszłość stawia przed sobą Państwo Środka. Z pewnością będzie umacniać swoją, już dzisiaj niepodważalną, pozycję mocarstwa regionalnego. Coraz śmielej będzie wprowadzać w życie nowe sojusze z państwami, których interes pozostaje w wyraźnej sprzeczności z interesami definiowanymi przez USA. Za przykład może tutaj posłużyć ocieplenie stosunków na linii Pekin - Moskwa i wspólne chińsko-rosyjskie manewry wojskowe pod kryptonimem „Misja Pokojowa 2005”. Taktyczne polepszenie stosunków chińsko-rosyjskich jest szczególnie ważne dla Pekinu, a ponieważ Rosja jest obecnie słabsza od Chin, trwałe utrzymanie sojuszu leży także w jej interesie. Dobrym posunięciem, o niebagatelnym znaczeniu strategicznym, okazało się powołanie do życia, w 1996 roku, Szanghajskiej Organizacji Współpracy tzw. „Szanghajskiej szóstki”, której członkowie - Chiny, Rosja, Kazachstan, Uzbekistan, Kirgizja i Tadżykistan - cierpliwie do tej pory znoszący wojskową obecność USA w Środkowej Azji - ogłosili na początku lipca: „Zważywszy, że działania zbrojne w Afganistanie praktycznie się zakończyły, chcemy, by rząd USA podał nam konkretne terminy zamykania swych baz wojskowych w Azji Środkowej”. W kilka tygodni później, pod naciskiem Rosji i Chin, prezydent Uzbekistanu Islam Karimow podjął decyzję nakazującą wojskom amerykańskim opuszczenie kraju w ciągu 180 dni. Przyczyną tego posunięcia jest również sytuacja polityczno-społeczna w regionie Kaukazu. Przewroty w Gruzji, Kirgizji, a także na Ukrainie, muszą niepokoić, ponieważ zmiana systemu rządów na demokratyczny automatycznie oddala zbieżność celów z państwami rządzonymi autorytarnie.

Kolejnym bardzo ważnym punktem odniesienia w polityce zagranicznej Chin są Indie. Pekin będzie musiał znaleźć sposób na ocieplenie niezbyt dobrych stosunków dwustronnych. Indie są bowiem strategicznym partnerem Rosji i podobnie jak ta z niechęcią odnoszą się do sytuacji, w której USA przyjmują rolę światowego hegemona. Nie bez znaczenia jest też pozycja Indii w świecie. Potencjał militarny oraz stały rozwój gospodarczy, stawiają je w gronie najbardziej liczących się graczy na arenie międzynarodowej przyszłości.

Chińczycy dążą również do zacieśniania stosunków z Azją Południowo-Wschodnią, a przede wszystkim z Malezją i Singapurem, które to kraje znane są z antyamerykańskiej retoryki. Ważnym strategicznym celem Chin, po przejęciu Hongkongu, stała się inkorporacja Tajwanu. Pekin cierpliwie wywiera nacisk i utrzymuje bezkompromisowe stanowisko w tej sprawie, a od czasu do czasu demonstruje siłę, tak jak podczas „Misji Pokojowej 2005”. W odniesieniu do stosunków z obiema Koreami w interesie Pekinu leży utrzymanie obecnej sytuacji, w której obok siebie istnieją dwa państwa koreańskie. Nietrudno się domyślić, jaką rolę w ewentualnym zjednoczeniu odegrałaby Korea Południowa - sojusznik USA. Dlatego Chińczycy w dalszym ciągu będą popierać agresywny reżim północnokoreański. Ponadto Chiny na każdej płaszczyźnie będą ograniczać, a w miarę możności marginalizować rolę Japonii jako strategicznego partnera USA. Służy temu między innymi normalizacja stosunków z Koreą Południową. Wyciągnięcie Korei Południowej z orbity amerykańskich, a pośrednio i japońskich, wpływów jest jednym z najważniejszych elementów nowej polityki zagranicznej Chin. Zbliżenie na linii Pekin - Seul przyczynia się, jak pisał Zbigniew Brzeziński, „do ograniczenia potencjalnej roli Japonii w regionie i przygotowuje grunt do ukształtowania się bardziej tradycyjnych związków między Chinami a Koreą (zjednoczoną lub w dalszym ciągu podzieloną)”.

Wzrost znaczenia Chin na arenie międzynarodowej doprowadził do powstania nowej przestrzeni w spetryfikowanym środowisku stosunków międzynarodowych. Ów niezagospodarowany obszar tak czy inaczej będzie musiała wypełnić Japonia. Pytanie tylko, w jakiej zechce wystąpić roli i w jakiej roli będą ją widzieć Stany Zjednoczone? Pierwszy wariant przewiduje, że dotychczasowe stosunki Japonia-USA nie ulegną zmianie, a więc pusta przestrzeń wypełni się odnowionym, utrwalonym sojuszem japońsko-amerykańskim. W drugim wariancie wzrost znaczenia Chin będzie powszechnie akceptowany, choćby nawet miało to ograniczyć prymat Stanów Zjednoczonych w tej części świata. W takiej sytuacji Japonia byłaby pozostawiona sama sobie, ponieważ Amerykanie musieliby poszukiwać skutecznego modelu współpracy albo koordynacji działań. Pierwszy przypadek dotyczy sytuacji, gdy wszyscy są zainteresowani współpracą i konsekwentnie dążą do osiągnięcia wspólnego celu, w drugim zaś współdziałanie staje się niezbędne, by zapobiec jednostronnym korzyściom, gdyż żadna ze stron nie jest w stanie w pełni kontrolować wzajemnych zachowań. W tym wypadku pustą przestrzeń wypełniają „straszaki”, tzn. przygotowywane na przyszłość warianty i strategie walki. Chińczycy nie ukrywają, że ten drugi wariant znacznie bardziej im odpowiada.

Niebezpieczne satelity

Na internetowych stronach Chińskiego Radia Międzynarodowego w dziale - „chińska polityka zagraniczna” możemy przeczytać: „Chiny stanowczo uprawiają niezależną i samodzielną pokojową politykę zagraniczną. Zasadniczym celem tej polityki jest ochrona niepodległości, suwerenności i integralności terytorialnej kraju, stworzenie dobrego międzynarodowego otoczenia dla reformy i otwarcia Chin na świat [...] oraz ochrona pokoju światowego i sprzyjanie wspólnemu rozwojowi. [...] Chiny są gotowe na podstawie równouprawnienia i wzajemnych korzyści prowadzić szeroką wymianę handlową, współpracę gospodarczo-techniczną oraz wymianę naukowo-kulturalną ze wszystkimi krajami i regionami świata, aby pobudzać wspólny rozwój”. Są to niewiele wnoszące do meritum ogólniki z języka powszechnie używanego w stosunkach międzynarodowych. Niepokojące natomiast może się wydawać to, że Pekin coraz częściej i coraz chętniej nawiązuje ową „gospodarczo-techniczną” współpracę z państwami uznawanymi w międzynarodowym środowisku za „rozbójnicze” albo „bandyckie”.

Gdy w sierpniu tego roku Teheran wznowił pracę reaktora w Isfahanie, chiński ambasador przy ONZ ostrzegał, że jego kraj jest przeciwny ewentualnym sankcjom Rady Bezpieczeństwa dla Iranu. Innego zdania były Niemcy, Francja i Wielka Brytania, które przez wiele miesięcy negocjowały z Irańczykami likwidację programu. Niestety, można przypuszczać, że sprawa irańskiego programu nuklearnego utknie w martwym punkcie. Chiny bowiem w ubiegłym roku podpisały z Iranem gazowo-naftowy kontrakt stulecia o wartości 200 miliardów dolarów i klucz do rozwiązania irańskiego kryzysu nuklearnego jest dziś w ręku Chińczyków, których potrzeby rosną. Ich rozpędzonej gospodarce grozi spowolnienie, jeżeli pojawią się kłopoty z energią. Rozglądają się więc po świecie za surowcami, przede wszystkim za ropą i gazem, i mało obchodzi ich to, z kim będą handlować.

Czerwony karzeł czy supernowa?

Pomimo wybryków Phenianu i głęboko zakorzenionego sceptycyzmu USA wydaje się, że załamanie rokowań w sprawie rozbrojenia Półwyspu Koreańskiego na dłuższą metę nie przyniesie negatywnych skutków. Wcześniej czy później partnerzy będą musieli wrócić do stołu negocjacyjnego, a zaniepokojone dziś międzynarodowe środowisko znowu odetchnie z ulgą. Pekin, który prowadzi skomplikowaną grę jednoczesnego tłumienia i generowania napięć w stosunkach USA-Korea Północna, zrobi wszystko, by Koreańczycy podjęli dialog na nowo. Gdy to nastąpi, będzie zachęcał Phenian do podnoszenia stawki, ponieważ w interesie Chin leży przeciąganie w nieskończoność sprawy koreańskiego potencjału nuklearnego. W tym sensie ów proces można uznać za grę na zwłokę, przynajmniej do chwili, kiedy Chiny osiągną dostatecznie silną pozycję, aby wobec USA występować w roli co najmniej równorzędnego partnera.

Dzisiaj zasadnicze znaczenie dla Chin ma perspektywa przyszłej równowagi sił i ściśle określony interes narodowy. Jutro środek ciężkości priorytetów przesunie się w kierunku przełamania równowagi. Większość krajów Azji już teraz pozostaje w politycznym i militarnym cieniu Państwa Środka, co oczywiście wpływa na kalkulacje USA, które coraz częściej wobec Pekinu muszą przyjmować postawę kooperacyjną, tym bardziej że równowaga w Azji może się okazać wysoce niepewna. Jeśli Chiny w najbliższej perspektywie będą chciały działać na rzecz jej przełamania, to powinny zapewnić sobie możliwość wywierania wpływu we wszystkich dostępnych zakątkach Azji. Z tego powodu agresywność ich polityki będzie stale wzrastać, aż osiągnie poziom krytyczny i doprowadzi do konfrontacji z USA - nie na poziomie wojskowym, lecz politycznym, określajacym, który kraj będzie stanowić centrum. W świadomości Chińczyków - podobnie jak i Rosjan, którzy w swoim czasie przegrali analogiczną bitwę - tkwi głęboko zakorzeniony kompleks centrum. Brzeziński napisał: „Historia Chin to dzieje wielkości narodu. [...] Elita Chin uważa swój kraj za naturalny środek świata; ma to swoje źródło w historii. W istocie nawet nazwa Chin w języku chińskim - Czung-kuo, czyli „Państwo Środka” - wyraża przekonanie, że kraj ten jest centrum świata i potwierdza wielkie znaczenie jedności narodu. Jednym z wniosków płynących z tej filozofii jest pogląd, że władza emanuje ze środka ku obszarom zewnętrznym...”

Przeświadczenie o szczególnej roli Państwa Środka umacnia nacjonalizm, który urasta obecnie do roli zjawiska masowego i określa mentalność przeważającej części społeczeństwa. Natomiast charakter tej mentalności wszystko podporządkowuje wielkości państwa. Państwo zaś wobec własnych obywateli wykazuje wysoki stopień agresywności. Opozycja praktycznie nie istnieje, władza kontroluje każdą dziedzinę życia, pozostawiając margines swobody jedynie w dziedzinach gospodarczych. Nie istnieją zagrożenia terrorystyczne, bo monopol na terror ma państwo. Problem monopolu na użycie siły przenosi się z warunków wewnętrznych na aspiracje międzynarodowe. W tym względzie agresywność chińskiej dyplomacji, podobnie jak nastawienie państwa do obywateli, opiera się na długowiecznej tradycji oraz osobliwym stylu działania. Jest pewnie odwzorowaniem filozofii Sun-Tsu, w której nadrzędnym celem działań jest identyfikacja słabych stron przeciwnika i ich skuteczne wykorzystanie. Jeżeli Chiny przejmą palmę pierwszeństwa na świecie, z języka zniknie pojęcie „światowego policjanta”, nie będzie mowy o zaangażowaniu w konflikty w sposób aktywny i bezpośredni, wykorzystywane będą zapewne środki pośrednie - dyplomatyczne i wywiadowcze - tak, aby skutecznie sterować natężeniem konfliktów, lecz jednocześnie ukryć swoje działanie. Taka metoda stanie się przypuszczalnie domeną Państwa Środka, co z pewnością spowoduje przewartościowanie ogólnego kształtu dotychczasowych stosunków międzynarodowych.

Chiny to państwo nowego typu, kraj „XXII wieku”, bezwzględne w polityce wewnętrznej i zagranicznej, jednocześnie zwarte, zdyscyplinowane, o ogromnym potencjale militarnym i gospodarczym - wprost stworzone do walki i utrzymania przywództwa w świecie. To powoduje, że w warunkach zastosowania pełnego instrumentarium i przy jednoczesnym bezwzględnym wykorzystaniu wszystkich atutów nie widać już innej alternatywy jak tylko przesunięcie się środka cywilizacji do Azji. Wszystko wskazuje na to, że Państwo Środka przejmie rolę mocarstwa światowego i już niedługo będzie w stanie stworzyć podległy sobie układ międzynarodowy.

 Marcin Małek

fot. Krzysztof Miller / AG