POWRÓT

Wiersze

Wioletta Grzegorzewska

 

                          

                          

MĄdroŚĆ w bĄbelkach, styczeŃ 1982

 

 

Nikt mnie nie odwiedza od tygodnia,

na oddziale dziecięcym liczę pekaesy,

przywiozą mamę i kompot z porzeczki.

 

Ulice, jak ja, cierpią na zapalenie zatok,

ślady po ciężkim sprzęcie rozpuściły się,

medyk w ciemnych okularach wykonał

punkcje, żołnierze wąchają przepustki.

 

Kiedy oddziałowa zasypia w dyżurce,

próbujemy uzdrowić głupiego Sylwka,

pompujemy powietrze do kroplówki,

ale chłopak na widok igły ucieka,

pod łóżko i rozpuszcza się jak śnieg.

 

 

 

                     Przez szpary

 

 

Powiesiłam się na niby w wychodku,

aby napędzić strachu młodszej siostrze,

zamiast niej znalazła mnie karlica Jania,

różowe rajtuzy dyndały nad kloaką.

 

Ratunku – spłoszyło wróble w agreście,

słońce cuciło ją przez szpary w dachu,

trzęsła się jak zepsuta laleczka Czaki,

niebieskie oczy uciekły pod powieki.

 

W nocy gończe bateryjki pudłowały,

ciepło-zimno – ciepło-zimno-mróz,

szukajcie mnie na strychu pod plandeką,

pod liśćmi grążeli i na dnie kamionki.

 

Siedziałam na czereśni i łykałam guguły,

drzewo szeptało, że wyda mnie szpakom,

przekrwiony świt wieszał się na rosie

 

 

 

                             Raj traci wilgoĆ

 

 

Niesiemy dojrzałe makówki, tyle fioletów w rękach,

szeleszczące klepsydry przesiewają nas pod koniec lata.

 

Wózek pędzi z górki, znika za kopcem na zbity pysk

szosy, która remontuje się od miesiąca i pozwala zasnąć.

 

Psy włóczą gnaty po ostatnich ubojach, obwąchują piszczele

korzeni, nasz dąb „pupilek” jeszcze się trzyma skarpy.

 

Dym szarpie struny, płoną winniczki w tajemnych kręgach,

zwijają się podziemne rzeki – Nic tu po mnie – mówi dziadek.

 

 

 

    Lekcja dwudziestego wieku

 

 

Musimy tam wracać, tak jak Sadako

która tuż przed śmiercią próbowała

odtworzyć z origami spaloną twarz matki.

Nie znamy siły, która wyrywa domy,

ominęły nas marsze, ucieczki, odwroty

przestraszonych żurawi, potajemne szycie

proporczyków na powitanie papieża.

Kiedy spróbujesz pojąć ten zgiełk,

przypomnij sobie naszego dziadka 

– guzy po eksperymentach w obozie

i starego Balwierza, który w mgnieniu

srebrnego wieczoru zmienił się w herosa,

rzucił się z kosą na pegeerowskie kombajny,

przypominające czołgi nowej generacji.

 

 

 

Trzynastoletnia w KarabaŁuku

 

 

Jechałyśmy ściśnięte jak plewy,

zgubiłam siostry i horyzont za Uralem.

W lepiance próbowałam ugotować zupę,

zmarznięte na kość liście szczawiu

smarowałam baranim łojem,

topiłam śnieg pod kożuchem,

bo nie znam kirgiskiej pieśni,

która wskrzesza ogień w kamieniu.

Zatańcz iskro, wygoń lodowate i tyfus,

obudź matkę piołunowym lekiem.