|
Nie tylko rwący nurt czasu... Marek Wittbrot .
Gdyby nie śmierć Jacka Bierezina, być może wcale byśmy się nie spotkali albo poznalibyśmy się w innym miejscu, w innych okolicznościach, w zupełnie innym okresie czy na innym etapie życia. Nie przypuszczałem, że oprócz Pawła Jocza, Marka Rudnickiego i wielu innych osób Jacek – jakby post mortem – przybliży czy też przyprowadzi do mnie kogoś jeszcze. Zbyszek przybył do Paryża, aby towarzyszyć swojemu przyjacielowi w ostatniej, już pośmiertnej drodze. Chciał jak najwięcej wiedzieć o tragicznym poranku 26 maja 1993 roku, o mojej nocnej – poprzedzającej wydarzenia na quai de l’Alma – rozmowie z Jackiem, a także o tym wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Mimo smutnego obowiązku, wymagającego dopełnienia rozlicznych formalności, mimo bardzo ograniczonego czasu i wzruszeń, jakie są nie do uniknięcia w takich okolicznościach, starał się dotrzeć do jak największej liczby osób. Szukał, dociekał, pytał o szczegóły. Nie zadowalał się suchą relacją ani emocjonalną, niepozbawioną żalu czy pretensji, reakcją. Słuchał, notował, dzielił się swoimi spostrzeżeniami. Miał nadzieję, że odkryje – nie tyle tajemnicę śmierci, co nagle, w dramatyczny sposób przerwanego życia.
Gdy po raz pierwszy go ujrzałem, ujmował swoją otwartością i serdecznością. Nie było w nim nic z chłodnego, beznamiętnego obserwatora, kronikarza zdarzeń. Chciał nie tylko dowiedzieć się, ale i zrozumieć, co i dlaczego się stało. Nie zadowalał się połowiczną prawdą, ale też nie próbował przekraczać granicy, jaką wyznaczają nie nasze oczekiwania czy nasza wola, lecz indywidualna decyzja, niewłasny wybór. Po paryskim spotkaniu długo trzeba było czekać na następne: w redakcji „Tygla”, w Muzeum Sztuki Współczesnej i w Muzeum Kinematografii, a także w łódzkim mieszkaniu na Wodnej, w którym – jak mi się zdało – czas się zatrzymał. W centrum uwagi pozostawały książki, lektury dawne i nowe, ale też żywe, choć nie zawsze jeszcze żyjące osoby, bez których nie wyobrażał sobie literatury. W gruncie rzeczy ona była największą jego pasją, niekiedy niespełnioną nadzieją, nierzadko duchową rozterką, życiowym zmaganiem, próbą dotarcia – tak w wymiarze indywidualnym jak i społecznym – do istoty problemu. Kiedy wyznaczał sobie kolejne zadanie czy podejmował jakieś wyzwanie, czynił to ze świadomością, iż nie da się wszystkiego opisać ani zrozumieć, ani nazwać, zamknąć w zdaniach czy poetyckich formułach. Dziesięć lat temu, przesyłając jeden ze swoich wierszy, pisał do mnie, że skończywszy 50 lat nie zamierza – jak uczynił Paul Celan – skoczyć z mostu do Sekwany. Los ofiarował mu jeszcze niecałe pięć lat. Pięćdziesiątej piątej wiosny nie doczekał. Odszedł pogodzony z nieodwołalnym wyrokiem, choć niepogodzony z myślą, że „omijając kolczaste pędy”, przemierzając ścieżki i zawiłe drogi życia, trzeba w końcu zrezygnować ze wspólnej wędrówki. Nie ograniczał się bowiem do własnych potrzeb i pragnień. Do końca pozostał otwarty i ciekawy wierszy, książek, literackich odkryć, nowych kontaktów i przyjaźni. Wspominając Jacka i innych wspólnych znajomych, rozmawiając o piszących przyjaciołach, a także o ich wyborach i nie zawsze prostych drogach, nie musiałem właściwie dociekać, dlaczego – w przeciwieństwie do wielu innych – tak wiele uwagi poświęca osobom nieznanym, dlaczego nie zadowala się tym, co zobaczył albo poznawał, co jeszcze wczoraj wydawało się zwieńczeniem wszelkich wysiłków, dojściem do celu. Żegnając się po raz ostatni, opuszczając dom na Wodnej, umówiłem się ze Zbyszkiem – że kiedy pojawi się nad Sekwaną, wybierzemy się nie tylko na nabrzeże Almy, lecz i na most Mirabeau. „Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana / I niejedna miłość” – pisał Guillaume Apollinaire. Jednak już nie wybraliśmy się, by powspominać żywych i umarłych, pomyśleć o tym, co odchodzi i co pozostaje. Kiedy czasem przechodzę koło Pont de l’Alma i Pont Mirabeau, nie o tym rozmyślam, o czym pisał francuski poeta, syn polskich emigrantów, lecz o krzyku milczenia, jaki pozostawił po sobie nie tylko czerniowicki przybysz, nie tylko XX wiek, nie tylko rwący nurt czasu...
Marek Wittbrot Paryż, 2 kwietnia 2007 roku
|