|
Niedziela u poety Tina Stroheker .
Zagmatwane, piękne i smutne sploty wypadków. Tu, w Eislingen, w pobliżu
Stuttgartu, kiedy pisałam poniższy krótki tekst, myślałam w ostatnich
dniach bardzo intensywnie o Zbigniewie Dominiaku, między innymi o jednym z
naszych spotkań w Łodzi. Przy tej okazji znów zajrzałam do jego wierszy
(niestety, zbyt zawiłych jak na moją znajomość polskiego). Nie wiedziałam
o jego ciężkiej chorobie. Tekst był już gotowy, kiedy następnego ranka
dowiedziałam się o niej,
Eislingen, 8 lutego 2002 Niedziela u poety (ul. Wodna, Łódź, 12 listopada 2000)
Piękna, zadziwiająca przemiana: w niedzielę poeci stają się ojcami rodzin. W niedzielę napominają dzieci, aby zachowywały się grzecznie przy stole, biorą na ręce kota, może nawet stawiają na stole sól i pieprz. W niedzielę witają się z żonami, które, podobnie jak oni, spędzają dni powszednie poza domem, w niedzielę gawędzą z teściową. Ubierają wygodną kamizelkę i wcale nie muszą silić się na dowcip, nawet kiedy mają gości. Niedziela jest przyjemna, chociaż poeci szybko stają się niespokojni i chcą usiąść przy swoim biurku. Jestem zaproszona. Zbyszek zaprosił mnie na niedzielny obiad. Mam dużo czasu, obiad w Polsce jest dopiero około trzeciej. Zbyszek jest autorem, którego poznałam w mieście partnerskim Łodzi, w Stuttgarcie. Podczas naszego pierwszego spotkania siedział w Domu Pisarzy przed stosem manuskryptów stuttgarckich autorów, z których chciał wybrać teksty dla miesięcznika „Tygiel Kultury”. Czasopismo to między innymi przedstawia w nieregularnych odstępach czasu literaturę miast partnerskich, piętnastu, jeśli się nie mylę. Zaczęliśmy rozmawiać i od tego momentu wiem, że Zbyszek kocha język, kocha jego tysiącrakie meandry. Kocha go tak bardzo, że pełnym, męskim głosem mówi bardzo szybko, tak szybko, jakby chciał także jako mówiący możliwie intensywnie wykorzystać swój czas na ziemi albo jakby słowa wprost napadały na niego, a on próbował nadążyć za tempem tych ataków. Kiedy przed kilkoma dniami przyjechałam z Poznania do Łodzi na odczyt, przyszedł po mnie na dworzec. Na jego pytanie „Jak było w Poznaniu?”, odpowiedziałam zmęczona „Ładnie”, a on stwierdził ze śmiechem: „Tu nie jest ładnie, w tej Łodzi”. Tkliwa duma z tzw. „brzydkiego miasta” podobała mi się. Akceptuję (choć nie biorę tego zbyt poważnie) również to, że poeta z Łodzi zachowuje się szorstko i trochę w stylu westernowym, żeby nie pomylono go z poetą z Poznania albo wręcz Krakowa. Myślę, że Zbyszek rozumie to tak samo. Zbyszek podarował mi wtedy w Stuttgarcie niemieckie tłumaczenie wiersza Dorotheenstädtischer Friedhof, 1 lutego 1998, zainspirowanego berlińskim cmentarzem Dorotheenstädtischer Friedhof i grobem Hegla. Najpierw poczułam się po prostu poruszona – te niemieckie słowa w tekście polskiego kolegi! „Hölderle”... Wrażenie wywarł na mnie przede wszystkim sposób, w jaki elementy niemieckiej literatury przeplatają się z postaciami i wydarzeniami pruskiej, polskiej, rosyjskiej i francuskiej historii (jesteśmy w XIX wieku!), i jak dzięki temu powstaje spójny, europejski tekst, czyli tkanina. Obok Hegla spotykamy tu studenta Sanda, Aleksandra von Humboldta i właśnie Hölderlina, a także podejrzanego czarnego pudla. Jest trochę tak, jakby wszyscy umówili się na pogaduszki, tak jak w Rosji rodziny i przyjaciele spotykają się na Wszystkich Świętych przy grobach zmarłych, rozmawiają ze sobą, jedzą i piją. Przede wszystkim jednak wiersz jest dialogiem między apologetą „Vernunft” (rozumu) i ”nieroztropnymi” i ”łzawymi”. Porozumienie nie jest łatwe: jest to dialog prusko-polski, polską stronę reprezentuje (ma się rozumieć) „Herr von Mickiewicz”, który poprzedza tekst trafnym mottem: „Chadzam na Hegla. Dwie lekcje zajęła różnica między Vernunft i Verstand” (rozsądek i rozum) Zdecydowałam, że pójdę do Zbyszka na piechotę, dla podróżnika droga jest też często celem. I patrzcie, muszę przejść ulicą Tuwima – ulicą, której patronuje poeta, idzie poetka do poety. Ulica jest smutna i dość podupadła. W jednym z raczej podłych domów Tuwim spędził dzieciństwo. W ogóle okolica staje się coraz nędzniejsza, starsze bloki i wielkie, wysokie, socrealistyczne budownictwo płytowe przypominają atmosferę niektórych ulic Bronksu czy Brooklynu. „Tu nie jest ładnie, w tej Łodzi.” Prawie nie spotykam ludzi, niedzielna pustka, tylko w otwartym, niezbyt atrakcyjnym supermarkecie, w betonowym kompleksie, gdzie mieszka Zbyszek, panuje nieco większy ruch. Chudy pies na długich łapach biega między regałami. I wreszcie nadszedł czas stawienia się na rodzinnym obiedzie, u ”kolegi”, u zakochanego w słowie i mowie poety. Stoi we wzorzystym swetrze pod drzwiami mieszkania, wygląda jak zwykle, trochę zmęczony i blady, patrzy po bratersku (czy wręcz po ojcowsku?) i zaprasza mnie do środka. Jedzenie pachnie, zostaję przedstawiona żonie i teściowej. Przez otwarte drzwi pokoju widzę rozgardiasz i dwie dziewczynki, które się ze mną witają, a potem przechodzimy do pokoju stołowego. Zbyszek z czułością i odrobiną dumy podprowadza małą córeczkę do stołu. Czy to ona występuje w jego pięknym, krótkim wierszu (ojciec jako poeta)?
Klasyczny polski obiad niedzielny zostaje podany (przez kobiety!). Rozpoczyna się czerwonym barszczem, potem jest ryż, kluski, kurczak i sznycel, sałata, ogórki, na koniec kompot z czereśni. Dorośli mają też od początku wódkę do soku. Mała patrzy na mnie i dziwi się, „jak śmiesznie mówi ta pani”. Można to wytrzymać, ma rację. Zbyszek dzieli ze swoją żoną, która jest naukowcem, dyskretny nadzór nad dziewczynkami, upomina delikatnie raz tu, raz tam. Do pokoju wchodzi kot, Zbyszek bierze go na ręce, kot się jeży, zeskakuje na podłogę. Po obiedzie Zbyszek zabiera butelkę wódki i prowadzi mnie do swojego gabinetu, najprzytulniejszego pokoju w całym domu, jak mi się wydaje. Od razu czuję się w nim swojsko. Jest maleńki, każde miejsce wykorzystane na regały. Książki, książki, książki. Także wiele starszych, matowe okładki z ery komunizmu. Oczywiście, polska literatura również w trudnych czasach nie pozwoliła odebrać sobie blasku, wręcz przeciwnie. W jej bliskim sąsiedztwie stoją na regale dzieła literatury światowej. Maleńkie biurko z widokiem przez wąskie okno. Nagle całe życie rodzinne znikło. Także ja niczego już nie słyszę z korytarza. Pokoik jest tak mały (jego mieszkaniec też trochę się na to uskarża), tak bardzo przypomina pustelnię „Biednego Poety” na obrazie Carla Spitzwega, to jest schronienie. Jego mieszkaniec wciąż próbuje przeniknąć swoimi wierszami „rzeczywiste”:
Tutaj pracuje, kiedy zamyka za sobą drzwi. Chyba, że jest w redakcji „Tygla Kultury” (co zdarza się najczęściej) i przygotowuje następny numer, spotyka się z kolegami po fachu w kraju lub na Litwie albo właśnie zbiera w Stuttgarcie teksty. Siedzimy obok siebie w pokoiku (w domu nigdy nikogo nie zapraszam do swojego również małego gabinetu), spoglądamy ponad dachami, pijemy wódkę, nawet palę dla towarzystwa. I rozmawiamy (na ile to oczywiście możliwe: mam wrażenie, że mój polski pozwala mi zrozumieć najwyżej jedną trzecią z tego, co mówi Zbyszek) – o niemieckich i polskich autorach i moich wrażeniach z Łodzi, gdzie „nie jest ładnie”, ale czuję się bardzo dobrze. Nie mogę mu powiedzieć dokładnie o wielu rzeczach, to jest przykre i męczące, postanawiam wyjść od nich po kawie. Ale mimo to kolega jest mi bliski z powodu jego zaangażowania w poezję i tych kilku zdań, których nie mogę zapomnieć, odkąd się na nie natknęłam. Musi mi wybaczyć, że z jego trudnymi polskimi tekstami obchodzę się raczej dziecinnie albo eklektycznie. Wybieram sobie kilka sformułowań, jakby były błyszczącymi kamykami i potem żyję sobie z nimi. Ufam, że istnieje pomiędzy nami kontakt, który poradzi sobie również bez heglowskiego „Absolute” (absolutu). A co właściwie jest „rzeczywiste”? Czy nie ma jeszcze czegoś innego, na co wskazuje Zbyszek pod koniec Bourdelle w Nowogródku, 24 czerwca 1996:
Tina Stroheker, Przełożyła z niemieckiego Anna Wziątek
Tekst ukazał się w książce Tiny Stroheker Frytki w Gliwicach, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2006
|