|
...ta podróż miała dalszy ciąg Grażyna Kompel .
Wiosna 1970 roku. Byłam wówczas studentką łódzkiej polonistyki. Mój rocznik należał do bardzo licznych i nie wszystkich swoich kolegów znałam z twarzy, a już na pewno nie z nazwiska. Pewnego dnia zwróciłam uwagę na niedużą grupkę, która, trzymając się razem, oddzielała się hermetycznie od innych. Być może nie zauważyłabym jej, gdyby nie pewien kruczowłosy młodzian o sylwetce Apollina. Wkrótce dowiedziałam się, że ci przybysze to desant z wyższych roczników, który – wszedłszy w kolizję z administracją wydziału – wylądował wśród smarkaczy, czyli nas, mając ich za nic. Po pewnym czasie dowiedziałam się, że dojrzalsi koledzy to: Witold Sułkowski, Jacek Bieriezin, Wojciech Drozdek i Zbigniew Dominiak. To właśnie ów ostatni ściągnął na siebie mój wzrok – i tylko wzrok, bo dostępu do nich nie miałam, tak silnie trzymali się razem, za nic mając pospólstwo. Późna jesień 1986 roku. Ciasne mieszkanko przy ulicy Popowskiego i moja pierwsza w nim wizyta. Dostałam zaproszenie od młodszej, bliskiej koleżanki z lat studenckich, Ani, wówczas już Dominiakowej, aby zobaczyć jej maleńką córeczkę, Różę. Pamiętam jakieś strzępy opowieści Zbyszka o jego podróży na Zachód, trochę rozmów na temat aktualnej sytuacji w kraju i częsty płacz maleńkiej, dobiegający z drugiego pokoiku, który odgradzał ją od kłębów papierosowego dymu. Utkwił mi w pamięci obraz jej troszkę zniecierpliwionego ojca, próbującego zapanować nad wydobywającymi się z dzieciny dźwiękami. Przełom wiosny i lata 1995. Przypadkowe spotkanie ze Zbyszkiem u zbiegu ulic Nawrot i Sienkiewicza. Nie ma już sylwetki Apolla, wszak „od czasu mojego urodzenia natura nie poczyniła zadowalających postępów, a wręcz przeciwnie – popsute zęby, zgarbione plecy, znaczny nadmiar tkanki tłuszczowej na brzuchu i pośladkach świadczyły dobitnie o cofaniu się ku formom prymitywnym”1 (AB URBE, 1973). Ma za to drugą maleńką córeczkę Alinkę i ambitne plany zawodowe. Wie, że będzie redagował miesięcznik poświęcony kulturze. Dowiedziawszy się, że mam za sobą roczną pracę na Uniwersytecie Masaryka w Brnie i świeżo zaczętą posadę visiting professor w Łotewskiej Akademii Kultury, nalega na spotkanie. Godzę się i odtąd nasze kontakty mają już charakter stały, coraz bardziej zażyły. Kiedy Zbyszek dowiedział się, że na zaproszenie Uniwersytetu Łódzkiego przyjeżdża z wizytą roboczą rektor Łotewskiej Akademii Kultury, Pēteris Laķis, poprosił mnie, abym w programie jego wizyty znalazła chwilę, w której będzie mógł nawiązać z nim kontakt. Rezultatem spotkania obu panów, które miało miejsce w gościnnym domu Dominiaków – już na Wodnej – była opublikowana przez „Tygiel Kultury” (nr 8-9 / 1996) rozmowa na temat sytuacji Łotwy tuż przed i w pierwszych latach po odzyskaniu przez Łotwę niepodległości. Do dziś jest to jeden z najlepszych, z wielką kompetencją napisanych tekstów na ten temat. Kiedy żegnaliśmy się z gospodarzami, Zbyszek podarował nam swój tomik Światło złej nocy (Wydawnictwo BIBLIOTEKA, Łódź 1993). W moim zamieścił następującą dedykację: „Grażynie do Rygi dawam Zbyszek”. Był w tym cały on – z jego ironią i celną kpiną. Około półtora roku później otrzymałam z rąk poety Itinerarium wydane przez jego przyjaciół 25 kwietnia 1997 roku z okazji 50. rocznicy urodzin Zbyszka. Nie mogłam być na tej uroczystości, ponieważ prowadziłam zajęcia ze studentami w Rydze, nie trafił mi się więc egzemplarz z numerem2, ale cenię go sobie również i dlatego, że posiada autorską, ręcznie wykonaną korektę oraz następującą dedykację: „Grażynie Kompel dzięki której ta podróż miała dalszy ciąg Najserdeczniej Zbyszek”. Ów rara avis trafił do mych rąk z ośmiomiesięcznym poślizgiem. Zaliczenie mnie do grona dziewięćdziesięciu dziewięciu posiadaczy – przy setkach znajomych, pośród których obracał się Dominiak – ostatecznie przesądziło o tym, że dziś, kiedy wspominamy Zbyszka w 60 rocznicę jego urodzin – po wielu wahaniach – zdecydowałam się jednak upublicznić moje reminiscencje. Niewątpliwie najlepiej pamiętam go z kilku kwietniowych dni, które spędził w Rydze dzięki zaproszeniu, jakie otrzymał od rektora Łotewskiej Akademii Kultury. Podróż ta była dalszym ciągiem wypraw Zbyszka na Wschód Europy. Nie wiem, czy słusznie, ale zdaje mi się, że dziesięć lat wcześniej wzgardziłby tą częścią starego kontynentu, teraz zaś chłonął ją łapczywie. W czerwcu 1996 roku z grupą pracowników Uniwersytetu Łódzkiego, wśród których była jego żona Anna, wybrał się Zbyszek śladami Mickiewicza i Orzeszkowej na Litwę i Białoruś. Bardzo głęboko przeżył tę wyprawę, czego dał dowód w wierszach Bohatyrowicze, 23 czerwca 1996; Zaosie, 24 czerwca 1996; Koło jakiegoś kamienia w krzakach, 24 czerwca 1996; Bourdelle w Nowogródku, 24 czerwca 1996; Chwila w celi Konrada, 25 czerwca 1996. Jestem przekonana, że poruszył go również kolejny, już nieco dalszy wyjazd na Wschód – do Rygi. Plonem tej podróży stał się Traktat ryski, w którym – z właściwym dobremu poecie metaforycznym skrótem – zawarł swe spostrzeżenia, emocje, odkrycia. Analizę tego utworu zostawiam specjalistom, z pewnością jest jej wart. Sama pragnę skoncentrować się jedynie na fragmencie 9:
Miałam okazję towarzyszyć Zbyszkowi podczas jego pobytu w Rydze. Dostaliśmy od rektora Laķisa na jeden dzień samochód, byśmy mogli zwiedzić nie tylko piękną, starą Rygę, ale troszkę bardziej odległe miejsca. Z przedstawionych gościowi propozycji Zbyszek wybrał Salaspils, miasteczko leżące w odległości 20 km od stolicy Łotwy, które ongiś nazywało się Kircholmem. Wiedzieliśmy, że od niespełna roku, z inicjatywy ambasadora Jarosława Lindenberga, pojawił się na polu bitwy kamień upamiętniający zwycięstwo z września 1605 Jana Karola Chodkiewicza nad wojskiem szwedzkim. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, kierowca trochę błądził, a że pogoda nie dopisała, więc w okolicy nie widać było żywego ducha. Po kilku próbach znaleźliśmy się w miejscu, według naszego kierowcy właściwym, ale okazało się być ono terenem po obozie koncentracyjnym, w którym podczas II wojny Niemcy mordowali Żydów, przeważnie łotewskich. Było tam dwoje starszych ludzi, którzy uprzątali teren przed mającymi się odbyć nazajutrz uroczystościami. Zbyszek przyjrzał im się z uwagą i zapytał, gdzie może być poszukiwany przez nas obelisk. Nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi, więc wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy dalej. Sceneria była dość dziwna – rozległa przestrzeń i żadnego człowieka, który by mógł wskazać drogę. Kierowca krążył, deszcz padał coraz bardziej, u mnie pojawiły się pierwsze oznaki niecierpliwości, jednak Zbyszek nie dawał za wygraną. Wreszcie – eureka! – jest. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy, że napisy w języku łotewskim i polskim są prawie nieczytelne, bo płytko wyryte w granicie, a zacinające krople jeszcze dodatkowo je rozmywały. Cel – dzięki uporowi Zbyszka – został jednak osiągnięty. Postawiliśmy nasze stopy na ziemi, przez którą czterysta lat wcześniej przetoczyły się 4 tysiące wojska polsko-litewsko-kurlandzkiego pod dowództwem Chodkiewicza, rozgromiając 11 tysięczną armię króla Szwecji, Karola IX. Wyobraźnia poety, nieznająca granic w przestrzeni i czasie, łatwo zestawia trupy poległych żołnierzy z trupami zamordowanych 340 lat później bezbronnych więźniów, by sprowadzić to do jednej pointy: „Niewinna krew / Łatwo wsiąka w ziemię”. Nigdy nie powiedziałam Zbyszkowi, że jestem mu wdzięczna za ten Kircholm. Robię to dopiero dzisiaj z nadzieją i wiarą, że usłyszy moje „dziękuję”.
Grażyna Kompel
Przypisy:
1. Wszystkie cytaty w tym tekście pochodzą z:
Z. Dominiak, Zdarzenia i sny, Biblioteka 2. Na ostatniej karcie widnieje następująca nota wydawcy: „Z nakładu 99 egzemplarzy pięćdziesiąt zostało ponumerowanych (1-50) z przeświadczeniem, że zostaną sygnowane przez autora”. |