|
Wspomnienie zdarzeń Anastazja Tymińska .
Alinie i Róży
Czytam o żywej i martwej wodzie. Martwa woda powstaje ze stopniałego śniegu, lodu... Łączy, co rozdzielone. W bajkach strzeże jej mądry i stary kruk. Martwa woda łączy w całość porąbane ciało, połamane kości. Ale nie daje życia. Potrzebna jest żywa woda. Woda z góry, z wiosennego deszczu, który wszystko ożywia. Zbieram, łączę szczegóły z moich dzienników, notesów, pamięci, żeby scalić wspomnienie o Zbyszku i Ani. Moje wspomnienie. Wspomnienie jest zawsze „moje”. Czy to „moje” będzie komuś potrzebne? Siedzę nad stosem kartek i naraz pojawia się myśl o dziewczynkach, o Róży i Alince. Ta myśl jest żywą wodą, nadaje sens moim wspomnieniom. Już wiem, że mam wręcz obowiązek zmierzyć się z pustką narastającą z roku na rok, z brakiem... Ta żywa woda obmyła moje wspomnienia, ożywiła je i znów włączyła zdarzenia w normalny rytm czasu i życia.
Wystawa moskiewskiego malarza
Na początku lat dziewięćdziesiątych na wieczorach poetyckich w Klubie Nauczyciela i na spotkaniach grupy „Centauro” poznałam Zbyszka Dominiaka. Nie lubił wschodnich sąsiadów i wszystkiego, co przyszło z tamtej strony. Myślałam, że mnie też. Byłam Moskalem, jak parę razy mnie ochrzcił, i coś tam zawsze „rzucił” do braci Moskali w moją stronę. W 1993 roku Antoni Szram zgodził się, żebym w Muzeum Kinematografii, którego był wówczas dyrektorem, zorganizowała wystawę moskiewskiego malarza, grafika polskiego pochodzenia, Stefana Centomirskiego. Na otwarciu wystawy, wiosną 1994 roku znów spotkałam Zbyszka Dominiaka i w gabinecie dyrektora wymienialiśmy uwagi na temat artystów w Związku Radzieckim i ich sytuacji, mówiliśmy o Moskwie i Petersburgu. Szram ciekawie opowiadał o swoim wielomiesięcznym pobycie w mieście nad Newą. W pewnym momencie Zbyszek zaczął się zbierać, wyjaśniając, że „jest szczęśliwie uśmiechnięty teraz”, bo urodziło mu się dziecko i musi już lecieć do domu, by je wykąpać. Westchnęłam z zazdrością, że „kąpanie mam już za sobą”. Zbyszek uśmiechnął się i zaprosił mnie na kąpanie dziecka, żeby „odżyły wspomnienia tej cudownej chwili”. I to już był zupełnie inny Zbyszek Dominiak – pogodny, szczęśliwy. Tak trafiłam do domu Zbyszka i Ani Dominiaków. Przyszłam na kąpanie Alinki. Ania po-witała mnie bardzo ciepło, poznałam Różę, cieniutką jak gałązka, z twarzy podobną do ojca. Zbyszek kąpał, rozmawiając z dzieckiem i z nami. Ania podawała zabawki, olejki, ręczniki. Alinka była duża, smagła i bardzo kształtna. Nie płakała. Po kąpieli, ukołysana przez Zbyszka, szybko zasnęła. Po herbacie poszliśmy w trójkę do biblioteki. Oglądaliśmy książki. Okazało się, że Ania zajmowała się teorią przekładu, co i mnie interesowało. Znalazła dla mnie ciekawą książkę na ten temat. Zbyszek wyraził żal, że nie zna dobrze literatury rosyjskiej. Tego wieczoru podarował mi swój tomik poezji. To były odwiedziny w ciepłym, szczęśliwym i bardzo gościnnym domu. Wracając z pracy na Księżym Młynie, spotykałam często Anię spacerującą z Alinką w Parku Z·ródliska, przyłączałam się do nich, rozmawiałyśmy. Od tamtego czasu Zbyszek nie nazywał mnie już Moskalem, tylko zawsze, do naszego ostatniego spotkania mówił do mnie po nazwisku – Tymińska. „Tymińska, cześć, we wtorek jest bardzo ciekawe spotkanie. Serdecznie zapraszam, dobrze, żebyś była.” Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, jak było to dla mnie ważne.
OglądĄjąc fotografiĘ zrobionĄ w Rodrysinie
Zbyszek zadzwonił i zaprosił mnie na herbatę. Wypiliśmy ją z Anią i Różą, a potem w bibliotece pokazał mi fotografię w czasopiśmie i powiedział, że bardzo by chciał, żebym jego wiersz, poświęcony temu zdjęciu, przetłumaczyła na rosyjski i odczytała ten przekład na wieczorze poetyckim jego przyjaciela Ziemowita Skibińskiego, którego mamie, pani Wiktorii, ten wiersz jest dedykowany. Mówił jeszcze o tym, że dla poety jedne wiersze bywają ważne, a inne mniej. Ten – sam nie wie dlaczego – jest dla niego bardzo ważny. W następnych dniach często dzwonił, pytał: „jak ci idzie tłumaczenie”, poganiał. Wreszcie skończyłam. Miał kilka uwag do przekładu. Doczytał, że „własne życie” przetłumaczyłam na „swoja żyzn’”, ale zgodził się na to. Drugi problem był poważniejszy, bo u Zbyszka była – „gołębica”, a u mnie „gołub”. Nie wiem, dlaczego tak się uparłam, że ma być rodzaj męski. Teraz napisałabym „gołubica”. Wyjaśnił mi, że Ziemowit Skibiński zajmował się literaturą rosyjską i przyjemnie mu będzie usłyszeć ten język. Pochwaliłam się, że byłam w ŁDK na spotkaniu z panem Ziemowitem i nawet mam przełożony jego wiersz o górze. „No widzisz, wiedziałem, kogo proszę. Zmień jednak gołębia na gołębicę.” Nie zmieniłam. Przeczytałam wiersz na wieczorze. Ręce mi się trzęsły... Teraz „Oglądając fotografię...” – kiedy światłem w niej są Ania, Zbyszek, pan Ziemowit – wszystko mi mówi o tym, dlaczego ten wiersz był tak ważny. Ten wszechogarniający wiersz w twórczości Zbyszka.
Palestyna
Telefon: „Tymińska, przyjdź do Klubu Nauczyciela. Pani Golicka-Jabłońska napisała książkę o swoim wyjeździe na Bliski Wschód. Będzie ciekawie”. W sali z zegarem tłok. Stanęłam przy drzwiach. Zbyszek prowadził spotkanie. Pani Małgosia bardzo ciekawie opowiadała o wydarzeniach w tym zapalnym rejonie świata. To były obrazy-reportaże. Wspomniała o rosyjskich Żydach... zrobiłam dwa kroki do przodu. Ktoś twierdził, że ci ruscy pozajmowali miejsca na uczelniach, bo dużo ich wyjechało do „praojczyzny” matematyków i muzyków. Słucham z rosnącą uwagą. Na uniwersytecie moskiewskim przyjaźniłam się z grupą fizyków i matematyków – byli Żydami. Potem skierowano ich do pracy na różne stacje atomowe. Kiedy wybuchł Czarnobyl – myślałam o tych chłopcach, czy któryś z nich tam był? „Słyszałem, że ci ruscy nawet papier toaletowy kradną z toalet publicznych i z różnych instytucji – Cha – cha – cha!” Całym ciałem przywarłam do futryny drzwi. „Wiadomo, z jakiej kultury wyszli...” Wyprostowałam się, żałując, że kultura nie pozwala mi trzasnąć drzwiami, i wyszłam. Szłam Piotrkowską i łzy mi leciały jak grad. W domu Dominiaków było spotkanie polsko-serbskie. Ania przygotowała grzyby z ich lasu w Justynowie. Zoran –Derić zaczął dyskutować ze Zbyszkiem na temat piątej kolumny i wpływów żydowskich. Rozpalał się coraz bardziej i bardziej. Zbyszek się uśmiechał. Postanawiam przerwać tę dyskusję i wzniosłam toast za „moich” chłopców z uniwersytetu. Dlaczego ich było tak dużo w jednej grupie? A dlatego, że to był ostatni rok, kiedy egzaminy na uniwersytet zdawano według treści, którą zawierała ludzka czaszka. To był ostatni normalny rok. Potem z pochodzeniem żydowskim nie przyjmowano na większość kierunków, szczególnie na fizyczno-matematyczne, w rozporządzeniu wyraźnie mówiło się o oddawaniu pierwszeństwa młodzieży z pochodzeniem robotniczo-chłopskim. Zbyszek słuchał mnie bardzo uważnie Przypomniałam mu tamten wieczór z panią Małgosią, uwagi publiczności. Nie pamiętał tego. Powiedziałam, że wyszłam i płakałam. Potem opowiedziałam o buncie z lat 1968-69 na uniwersytecie moskiewskim, o tym, jak studenci protestowali przeciwko dyskryminacji. Między innymi o umówionej godzinie wyrzucili ze wszystkich pięter wieżowca stare aluminiowe czajniki. Bardzo ciężkie z dziesięcioletnim osadem. I ten kuchenno-żydowski bunt był uświetniony niesamowitą kakofonią czajników spadających z drugiego po dwudzieste piętro... Zbyszek wstał, objął mnie i pocałował w głowę. Ania zauważyła: „Polacy nic nie wiedzą, co się tam dzieje”. W 1998 roku w parku przy Muzeum Książki Artystycznej było wesele syna Jadzi i Pawła Tryznów. Był też Zbyszek Dominiak. Podczas rozmowy powiedział nagle: „Jak moje dziewczynki rosną! Niedawno jeszcze kąpałem Alinkę. A wiesz, chciałbym, żeby nauczyły się rosyjskiego. Jak słucham – piękny język, a jaka kultura... Tak, trzeba na tyle znać język, żeby poznawać kulturę”.
Paczka dla wiĘŹniarek
Do Galerii Manhattan, Pani Krystyny Potockiej, przyjechała grupa artystów z Sankt Petersburga. Zbyszek poprosił, żebym wzięła udział w podejmowaniu rodaków. Opierałam się. „Tymińska, masz być. Potocka do ciebie zadzwoni”. Poszłam do pani Krystyny. Był już Zbyszek i Władimir Drozd, który pracuje w „Ruskom muzejee” i jest kuratorem prywatnej Galerii „Borejart” (Borej – północny wiatr). Opowiadał o 7 latach tułaczki i lepszych czasach. Jego zespół przygotowywał w tym czasie instalację i jedna z dziewczyn zapytała, czy mam w domu konfitury. Odpowiedziałam, że mam z truskawek. „Jak to dobrze, bo nasze artystki nie chcą za bardzo jeść polskiego dżemu, nie smakuje im”. Co za artystki? Okazało się, że w instalacji biorą udział muchy – brzęczący ciemny obłok z 30 ogromnych much w siatce jak na motyle, umieszczonej na końcu grubej przezroczystej rury. Następnego dnia odbył się wykład Drozda, a po wykładzie performens, przedstawienie wykonywane przez 3 aktorów z grupy „Nowi tępi”. Na scenie zawieszony hamak. Przy hamaku stołeczek, przy nim koszyk pełen jajek. Wchodzi dziewczyna, właśnie ta Inga, która dba o muchy, kładzie się w hamaku, zaczyna się bujać, bierze jajko i z rozmachem podrzuca do góry. Jajko się rozbija, część skorupki przykleja się do sufitu i zwisa długi gil, z którego powoli kapie na dziewczynę. Cisza niesamowita. Ona bierze drugie jajko – i następny gil spływa i trzecie... Zbyszek na cały głos: „O! Potocka malowania chyba nie przewidziała!...” Ten głos wyprowadził mnie z odrętwienia i błagalnie szepnęłam po rosyjsku: „Proszę, nie rozbijajcie wszystkich na suficie”. Dziewczyna popatrzyła na mnie i dwa jajka rzuciła za siebie. Rozległy się śmiechy, pani Krystyna kiwała głową z uśmiechem. Zbyszek zapytał: „dostarczyłaś paczkę więźniarkom?”. „Dostarczyłam. Co się śmiejesz? Przecież tu naprawdę będzie potrzebny remont...” Roześmiał się: „współczesna sztuka musi naplamić... Grunt, że twoje latające rodaczki będą żyły. Nie martw się”. Tak, sztuka współczesna: muchy w stresie wożą, głodzą. Jajka na suficie tłuką... Wiatr Borej z mojej kochanej Północy.
Ojciec i mĄŻ
Zbyszka zawsze było widać. Wtedy, kiedy prowadził spotkanie i gdy siedział wśród publiczności. Duży człowiek. Uważnie słuchał, zawsze miał coś do dopowiedzenia, zadawał pytania, dostrzegał nieoczekiwany aspekt tego, o czym się mówiło. Jego uwagi bywały czasem złośliwe, ale nikogo nie obrażały. Nawet tych „Moskali”, w stosunku do mnie, a później „Samarytankę” (urodziłam się w Samarze) zawsze wypowiadał z uśmiechem. Ania ze względu na małe dziecko i pracę na uczelni rzadko przychodziła na spotkania. Siadała skromnie, gdzieś z tyłu. Nie pamiętam jednak prowadzonego przez Zbyszka spotkania, na którym nie zwróciłby uwagi na jej obecność: „tam siedzi moja urocza żona, która brała udział w wydaniu...”, „moja żona, która właśnie jest na sali, ma inne zdanie na ten temat”, „moja żona, znawczyni staropolszczyzny, pokaż się, moja żono, objaśnia to inaczej...”, „tak wynika z rozmów z moją żoną, która jest dzisiaj z nami...”. Taki szacunek dla bliskich był mi dobrze znany z rodzinnego domu. Tak samo postępował mój ojciec, gdy na jego spotkaniach z czytelnikami obecna była mama. Zbyszek Dominiak, podczas wieczorów autorskich rzeczowy, sarkastyczny, nastawiony krytycznie, w swoim domu był ciepły, delikatny i łagodny. Powiedziałabym, że ta delikatność nie miała granic. Czasem przypadkowa scena powitania pozwala dobrze zrozumieć, co łączy ludzi. Byłam świadkiem wizyty Zbyszka w szpitalu, w którym Ania leżała po potrąceniu jej przez samochód na przejściu dla pieszych. Patrzyłam, jak się do siebie uśmiechali, jak poprawiał jej bandaż na głowie, jak i o co pytał, w jaki sposób brał w swoje ręce jej rękę. W języku rosyjskim jest słowo, które najlepiej oddaje rodzaj troski Zbyszka o żonę i córki – nieżno (czule). On troszczył się o nie „s nieżnoj lubowju”. Rozmawiałyśmy kiedyś z Anią po śmierci Zbyszka o różnych sprawach, unikając tematu „jak teraz”. Ale i tak wypłynął. „Nie wiem nawet, jak to wyrazić – powiedziała Ania – OGROMNY BRAK. Trzeba sobie powiedzieć: nie ma. Ale i tak nie maleje.” Opowiadała, jak sobie radzili, gdy Róża była mała: „Oczywiście pomagała moja mama. Wymienialiśmy się. Ja szłam na uczelnię, a Zbyszek zostawał z dzieckiem, usypiał, karmił. Kiedyś skończyłam wcześniej zajęcia i lecę na łeb na szyję do domu. Otwieram drzwi – cisza. Wchodzę do pokoju, a tam Zbyszek śpi na wersalce, a malutka Róża łazi po nim. Obudził się. »Usypiałem, usypiałem i nie wiem, jak to się stało. Ale moja malutka stanęła na wysokości zadania i pilnowała taty«”.
Festiwal poezji
Wiosną 2001 roku Zbyszek dostał zaproszenie na festiwal poezji nad Bajkałem. Zdecydował się jechać i poprosił o przełożenie trzech wierszy. W Itinerarium postawił krzyżyki przy tytułach Nicpoń, Zaosie, 24 czerwca 1966, Bourdelle w Nowogródku, 24 czerwca 1996. Przypomniałam, że już dawniej przetłumaczyłam kilka jego wierszy. Wziął je również. Korespondował w tym czasie z Anatolijem Kobienkowem, syberyjskim poetą, jednym z organizatorów festiwalu. Tłumaczyłam listy od Kobienkowa i do niego, a jednocześnie dopracowywaliśmy przekłady poezji, żeby były „w brzmieniu dobre”. Zbyszek analizował wszystko dokładnie. Jego uwagi były rzeczowe i słuszne. Przed samym wyjazdem zadzwonił, że jest mu potrzebny przekład jeszcze jednego wiersza, bardzo dla niego ważnego – Konika polnego. Była godzina 9 wieczorem, a on o 4 nad ranem miał wyjeżdżać taksówką na lotnisko. Nie miałam w domu tego wiersza. „Nie szkodzi, przyjeżdżaj, tu przetłumaczysz. Dam ci na taksówkę.” Zbyszek zrobił mi herbatę i kanapki. Siadłam przy stole i tłumaczyłam. Wiersz malutki, ale zakończenie bardzo trudne. Zbyszek pakował walizkę, a ja czytałam mu głośno przekład. Koniec mu się podobał, a początek nie – „ma być szorstki”. Po 12 w nocy wszystko ułożyło się od początku do końca tak, że Zbyszek był zadowolony. Powiedział, że już nie położy się spać. „Wiesz, Tymińska, boję się. Tych stron się boję. I samolotem boję się lecieć.” Miałam w torebce papierową ikonkę, przygotowaną do wysłania mojej Daszy. Dałam ją Zbyszkowi: „masz, nazywa się Powiększenie miłości. Żeby miłość i do ciebie i w tobie się zwiększała. Oddasz mi po powrocie, wtedy wyślę do Daszki.” Zaśmiał się. W domu uświadomiłam sobie, że zapomniałam poprosić Zbyszka, by przywiózł mi troszkę ziemi z brzegu Bajkału. Już pewnie nigdy tam nie pojadę. Nie mogłam zasnąć. Leżałam i wspominałam Syberię – moją ziemię, ulice, staruszki na ławeczkach, wiatr – tam zawsze wieje wiatr. O wpół do czwartej zadzwoniłam. Zbyszek natychmiast odebrał: „W ogóle nie spałem, ale już się nie boję. Zaraz będzie taksówka”. Poprosiłam o ziemię. Przywiózł mi tę ziemię w pudełku po „tiktakach”. Ciemnoszary i czarny, gruby piasek. Zażartowałam, że pewnie na lotnisku naskrobał. „Coś ty. Stałem na brzegu, na samym brzegu i nabrałem do pudełeczka. Taki jest tam piasek ciemny.” Zadowolony, wprost promieniujący radością i spokojem, opowiadał mi: „no, Tymińska, ikonka pomagała cały czas. Już od samolotu, bo siedziałem obok księdza, który mnie potem kilka godzin woził samochodem po Moskwie. A nad Bajkałem... Nie wiedziałem, że tam ludzie tak kochają poezję. Nigdy dotąd nie rozdałem tylu autografów. Tak, mój stosunek do tego kraju i ludzi się zmienił. Są piękni”. Dostałam od niego w prezencie dużą ikonkę Matki Boskiej Kazańskiej – Zbawicielki Rosji. Miał mnóstwo planów. Pokazał mi książki rosyjskich poetów, fotografie. Opowiadał, że ma do nich przyjechać z Francji Galina Pogożajewa, poetka, z pochodzenia Rosjanka. „Po moim powrocie z Serbii będziesz miała dużo roboty. Bo teraz Bałkany przed nami, przed „Tyglem”.” Na początku listopada, było w redakcji spotkanie z Adamem Szyperem, któremu towarzyszył niemiecki poeta, mówiący po polsku. Gdy Niemiec przeczytał swój wiersz, Zbyszek miał dużo uwag. Nawet pomyślałam: „i po co on tak dręczy tego biednego Niemca”. Był wyraźnie rozdrażniony. Bardzo kaszlał, schudł, miał podkrążone oczy, ale do głowy mi nie przyszło, że to – to najgroźniejsze. W styczniu, przed wyjazdem do Londynu, zadzwonił i poprosił, żebym przyszła. Dał mi książkę Kobienkowa z dedykacją: „Dorogomu Zbyszku”, oczen’ mnie blizkomu poetu – Anatolij Kobienkow”. Powiedział: „Weź i masz tłumaczyć”. Wracałam tramwajem i odganiałam myśl, że się ze mną pożegnał. W swoim stylu – „Tymińska, masz tłumaczyć”. W dniu pogrzebu padał deszcz. W środku zimy. Obok mnie stała Galina Pogożajewa w futrze z długim włosem. Na każdym włosku futra była kropelka deszczu. Pogożajewa płakała: „Wśród tych zwariowanych, filozofujących, niezadowolonych, znanych i nieznanych z różnych krajów, nagle zjawia się Zbyszek – Polak, normalny, ciepły, czyta piękne wiersze, opowiada o żonie i córkach... Wszystkich przyciągał do siebie... Wszyscy go pokochaliśmy...”. Opowiadał o żonie i córkach... Trzy lata później staliśmy w tym samym miejscu. Przy córkach Zbyszka i Ani. Tak samo przerażeni.
Anastazja
Tymińska
|