POWRÓT

Takiego właśnie zapamiętałem

Dariusz Wołodźko

 .

 

Zbyszka poznałem późno, bo jesienią 1997 roku. Wstyd się przyznać, ale nie znałem też wcześniej jego wierszy. Przyjechałem do Łodzi za namową Leszka Engelkinga, który pokazał mi „Tygiel Kultury” stwierdzając, że warto by z nim nawiązać współpracę. Jako prezes świeżo powstałego Stowarzyszenia Literackiego „Scriptus” udałem się więc do miasta, w którym często spędzałem wakacje jako dziecko.

W redakcji przywitało mnie dwóch Zbyszków, a raczej jeszcze wtedy Zbigniewów – choć mówić sobie po imieniu zaczęliśmy już na pierwszym spotkaniu. Zaproponował to Zbyszek Dominiak, gdy siedzieliśmy razem i oddając się zgubnemu nałogowi palenia, zaczęliśmy dyskutować o literaturze. Z początku z pewną nieufnością z obu stron. Ja – wówczas dwudziestosiedmiolatek chcący ciągle zmieniać świat oraz On – poeta, krytyk, redaktor z doświadczeniem literackim i życiowym. Po kilkunastu minutach nieufności już nie było, a w jej miejsce pojawiła się dyskusja na Ważne Tematy.

Gdy Zbyszek usłyszał, że też zdarza mi się pisać wiersze, chciał je zobaczyć. Pokazałem, a on zaczął czytać i... pastwić się nad wszystkimi słabościami, które w nich wyłapał. Tak – pastwić się! To nie była subtelna krytyka! To było pastwienie się nad. Byłem zaskoczony. Zaskoczony w dwójnasób: i krytyką konkretnych obrazów, sformułowań, i bezceremonialnością. Ta bezceremonialność bardzo mi się wtedy spodobała. Kto dziś potrafi z prawdziwą pasją krytykować, wskazywać błędy i mówić, jak nie należy pisać i dlaczego? Kto na tyle kocha poezję, by nie móc znieść zgrzytów w wierszu i artykułować to bez ogródek przy autorze, którego widzi pierwszy raz w życiu? W ciągu tego spotkania zrozumiałem kilka spraw. Zbyszka uwagi były całkowicie trafne i do dziś staram się nimi kierować. Tego spotkania nigdy nie zapomnę.

Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie, których przez najbliższych pięć lat było jeszcze wiele, choć o wiele za mało. Kilka miesięcy później, w maju 1998 roku, zaprosiłem Zbyszka do Gdańska, na spotkanie promujące jego tomik Itinerarium. Na drugi dzień wybraliśmy się wspólnie do Sopotu. Pod wieczór, na słynnym deptaku zwanym Monciakiem, siedzieliśmy wspólnie przy stoliku jednej z licznych kafejek przy piwie i podziwialiśmy przechodzące obok dziewczyny. W pewnym momencie, Zbyszek rozglądając się dokoła, powiedział: – Darek, jak wy tu znajdujecie czas, żeby czytać...?

Takiego Zbyszka właśnie zapamiętałem: inteligentnego, wrażliwego twórcę z pasją i człowieka, który nie zamyka się na świat. Autora subtelnych i pięknych wierszy dla Aliny i Róży.

Znałem go przez pięć ostatnich lat jego życia, podczas których mogliśmy spotykać się wielokrotnie, współpracując i przyjaźniąc się mimo znacznej różnicy wieku. Z perspektywy całego życia, to krótki czas. Ostatni raz widziałem go trzy dni przed śmiercią, już na wózku, z głęboko zaawansowaną chorobą, o której wiadomość głęboko mną poruszyła. Zapewne nie mogę powiedzieć o nim tyle, co przyjaciele i znajomi znający go dużo dłużej. Zapewne. Jednak zaryzykuję i napiszę, nawet jeśli zabrzmi to banalnie czy patetycznie, że brakuje mi Go nie mniej.

 

Dariusz Wołodźko