POWRÓT

Nikłe wspomnienie o Zbyszku Dominiaku

Iwona Słaby-Góral

 .

 

Miałam osiem lat. Ulokowano mnie na prywatnych minikoloniach w malowniczej wsi Rogów (z przyległymi doń wsiami Kiełbasa, Marianów i Jeżów, co nie jest bez znaczenia dla ciągu dalszego moich wrażeń). Kilka dwunastoletnich dziewczynek i paru chłopców w podobnym wieku było moim towarzystwem. Pewnego ranka, kiedy piliśmy świeże mleko i jedliśmy chleb z masłem posypanym cukrem – rzecz niemożliwa absolutnie w moim domu rodzinnym, a więc najsmaczniejsza pod słońcem – w jadalni pojawił się GOŚĆ. Wydał mi się „strasznie dorosły” (miał piętnaście lat) i niezwykle piękny (szczupły, wysoki, o falujących włosach i bardzo smutnych oczach; po latach zrozumiałam, że były to oczy „notujące rzeczywistość”, refleksyjne; wtedy wydały mi się po prostu inne niż łobuzerskie spojrzenia moich dotychczasowych kolegów). Nazywał się Zbyszek Dominiak, mieszkał niedaleko (nie wiem, czy miał w Rogowie lub okolicach rodzinę, czy też spędzał tam u kogoś wakacje) i został „opiekunem” kolonistów. Na powitanie Zbyszek uśmiechnął się cokolwiek ironicznie i stwierdził, że „opiekę zacznie od poznawania nas”, po czym wziął mnie na kolana, mówiąc, że uwielbia takie „czarnulki z loczkami”. Byłam malutka i najmłodsza, ale wydawało mi się, że owo niewątpliwe wyróżnienie zawdzięczam „pokrewieństwu dusz ludzi, którzy znają Józefa” – czytałam wtedy zachłannie wszystkie dostępne wówczas w Polsce tomy Ani z Zielonego Wzgórza – i serce podskoczyło mi ze szczęścia tak wysoko, że oddałam „opiekunowi” pół grubawej pajdy chleba z cukrem, czyli najcenniejszą rzecz, jaką posiadałam. Zjadł z godnością, dokarmiając skórką małego kundla, i w ten sposób zawarliśmy „braterstwo” – Zbyszek, kundelek i ja, co zaprocentowało nierozłącznością już do końca wakacji.

Od tego momentu wszelkie „wyprawy”, zabawy i gry nabrały dodatkowego czaru. Umiał nazwać wszystko. Dowiedziałam się, co to „jar”, co to „parów”, gdzie mieszkają osy, jak robią miód, co pogryzają wiewiórki, a co dziki, dlaczego sarny boją się ludzi, po czym rozpoznawać gatunki drzew, po czym ptaki (znał i upierzenie, i głosy) oraz co „w trawie piszczy”. Czułam się, jak bohaterka Tajemniczego ogrodu, którą wprowadzano w arkana sztuki życia. Zobaczyłam na własne oczy maciorę karmiącą prosiaczki i krowę rodzącą cielaczka. Dla miejskiego dziecka były to cuda same w sobie, a komentarz „nauczyciela – opiekuna” wynosił je dodatkowo na wyżyny boskich cudów natury, kodu instynktu życia, macierzyństwa, miłości. Nawet towarzyszący nam wszędzie kundelek słuchał Zbyszka z zainteresowaniem i nigdy nie szczekał na inne zwierzęta. Wyraźnie delikatniał w Jego towarzystwie, jak my wszyscy.

Z Marcinem Pydą na placu zabaw

Zwykle chodziłam ze Zbyszkiem „za rączkę” – była to Jego odpowiedzialność i nadawanie tempa grupie, ale dla mnie wtedy oznaczało to najpiękniejsze „dopuszczenie do Wtajemniczenia”. Do dziś widzę wszystko; śnią mi się wypchane dziki, króliki i sowy, przyszpilone, kolorowe „Admirały” rogowskiego muzeum, wielkie, niebiesko-liliowe hortensje z arboretum i głos Zbyszka przenoszący nas w uważne postrzeganie „innego” świata – roślin, zwierząt, ludzi. Nie mogłam wiedzieć (jak nikt z nas), że ów ogarniający wszystkich „witkacowski dreszcz”, spotkanie z Naturą, Pięknem, Dobrem, notowanie wzrokiem, umysłem, ubieranie w słowa każdego szczegółu, objawu życia, był wyjściem naprzeciw Czystej Poezji, drzemiącej w przyszłym Poecie. Chłonąc barwy, dźwięki, zapachy, opisując je lapidarnie i ekspresyjnie zarazem, umiał Zbyszek „odpowiednie dać rzeczy słowo”, jak nikt inny. Był przy tym absolutnie „normalnym”, żywym chłopakiem, co to i ”w kosza” i pływać szybko umiał, i orientacja w największym lesie była mu nieobca.

Wakacje dobiegły końca. Wyjechaliśmy do swoich domów bogatsi w wiedzę odróżniania słomy od siana i pszczół od os, ale także i w coś więcej „na życie”, w umiejętność chłonięcia spraw wielkich, nowych i poznawania świata traktowanego z podziwem, ale też niezwykłą tolerancją dla „innych form życia”. Dziś wiem, że trzy zakazane owoce – pierwsza fascynacja chłopakiem, chleb z cukrem i wolność (wycieczki bez nadzoru dorosłych, ustawicznie obserwujących swoje dzieci) – wywarły piętno na moim istnieniu. Dzięki Zbyszkowi.

Śledziłam potem z uwagą, już jako studentka polonistyki, a potem pracownik UŁ, wszelkie Jego Poczynania. Z daleka, ale z dobrą pamięcią, szacunkiem i nutą nostalgicznej sympatii. Spotkaliśmy się dokładnie po 35 latach na otwarciu wystawy plastycznej wspólnego znajomego, i co dziwniejsze, rozpoznaliśmy się natychmiast. Nie byłam już maleńką dziewczynką, ale nadal miałam „tamte czarne loczki”, Zbyszek był grubszy, miał ciemne cienie pod oczami i ”dysydencki”, skórzany płaszcz. Wypiliśmy morze piwa i przegadaliśmy kilka godzin, siedząc na jakichś schodach wśród zieleni (jest taki śliczny teren za murem na rogu Piotrkowskiej i Żwirki w Łodzi, gdzie człowiek natychmiast oddziela się od zgiełku ulic). Zbyszek zaprosił mnie do „Tygla”. Zajęta milionem spraw codziennych, zawodowo nauczaniem języka, jego teorią i gramatyką – nie zdążyłam. Dziś więc – na moje trzecie ze Zbyszkiem spotkanie – nie żałuję czasu i inwencji. Szkoda, że może za późno. A może nie?!

Dzięki Ci, Zbyszku. Widzisz to przecież, czytasz i... wiesz.

 

Iwona Słaby-Góral