POWRÓT

Wojciech Drozdek

Lieber Herr Zet,

 .

 

dawno się już nie widzieliśmy a i kontakty medialne coraz rzadsze.

Czy wina to czasów, w których żyjemy, czy nasza? A może, jak mawiał pamiętnego sierpnia 68 roku kapral Głuszek w Braniewie: „pamiętajta podchorążowie: wyżej ch... nie podskoczyta?!”.

À propos Braniewo: czy wędrując dalej, na Wschód, W celi Konrada odnalazłeś swoje korzenie? Moich szukałem gdzie indziej: idąc śladami pasażerów opuszczających promy, które cumowały na Ellis Island; wśród wyblakłych fotografii zastraszonych mieszkańców sztetel przed inspektorem immigration office; między rudobrązowymi kuframi z czytelnym dziś jeszcze napisem: „Krakau-Bremenhafen-N.Y”; na plakatach, które – podczas Wielkiej Wojny wzywały krzykiem Kościuszki i Pułaskiego, byś jadł mniej mięsa i tłuszczów, byś zaciągnął się ochotniczo do armii...

Miałem trochę żalu do Ciebie... że nie marzyłeś o tym, byśmy spotkali się na begla i koszerne wino na Lower East Side lub wypili „ombrę” na Riva degli Schiavoni, lub tam wszędzie, gdzie dziś świętuje się United Colors of... Veneto; a w Zatoni Dolnej – jest bowiem i Górna – am westlichen Oderufer, a więc na Ziemiach Odzyskanych i Wiecznie Słowiańskich, postrzegałeś przede wszystkim skaczącego po stole diabełka historii, i nie dane Ci było doznać, jak będzie, Gdy in Europa wird es keine Grenzen mehr geben... Ach, Ziemie Odzyskane i Wiecznie Słowiańskie...

Wiem, że daleko im do Twej Małej Ojczyzny, choć z wypiekami na twarzy wspominałeś o krucjatach do nich, by pod koniec opowieści dodać ...i nie zapomnij: Które Powróciły Do Macierzy! Dziś zapytałbym Ciebie: „Do której z Macierzy wróciły...?” Ha, ha..., Witz taki...

Czy pamiętasz jeszcze wycieczkę na „Teufelsberg”?

Przez pierwsze trzy dni pierwszej z wypraw na wyspy Nieznane milczałeś jak zaklęty... Nasz wspólny, łódzki Przyjaciel był lepszy od Ciebie: dwa tygodnie spędził na szezlągu, czytając literaturę zza kordonu, ciężko przy tem wzdychając – a Ty, przyciśnięty do Muru wydusiłeś wreszcie z siebie: U was, jak i u nas, tyle że peweksów tu więcej. Jedynie Ku-damm – berlińska Piotrkowska – powaliła Cię na ziemię i z rezygnacją dodałeś: Ku-Damm? – Kuda nam!

Czy pamiętasz jeszcze, kiedy to po raz ostatni gotowałem dla Ciebie? – jakby w rewanżu za Twoje pichcenie, opiekę nad Dagną... kiedy my z Basią na berlińskim bruku... Jaki smak miał wówczas merlot ze Wzgórz Piave; nasze rozmowy o willach Palladia i ”brodo”, które dla Ciebie było raczej bulionem...? Ryż, który musiał być „al dente” i vinaigrettę do zieleniny, która tygodniami nie mogła Ci przejść przez gardło i prowokowała do uwag, iż „cuccina” nasza wprawdzie „nuova” tyle, że pominęła jedno z ogniw odwiecznego łańcucha pokarmowego. W procesie asymilacji producentów pierwotnych – bowiem! – a są to głównie rośliny zielone, przechodzi się przez poziom roślinożerców, do poziomu mięsożerców – inaczej mówiąc: królik żre zieleninę, a człowiek królika – u was, drogie Drozdy, królik jest pomijany...

 

Pamiętam, jak wstrząsnął Tobą nasz kulinarny eksperyment (przeprowadzany na każdym łódzkim organizmie, który nawiedzał nas zza Muru): obligatoryjna wycieczka do jednego ze słynnych berlińskich „imbissów” – czegoś więcej niż tylko rożna z pieczonymi kiełbaskami, sosem curry, frytkami i kartoflaną sałatką. Liczyliśmy na to, że wyprawa owa rozszerzy nie tylko Twoje horyzonty kulinarne, czy uzupełni niedobór białka, ale ów element narodowy w postaci białego majonezu i czerwonego keczupu złagodzi nieco tęsknotę za Krajem Dziadów, jak wówczas nazywałeś ojczyznę, ale gdzie tam...!

Jak przystało na Prawdziwego Polaka, wyrzucając pierś do przodu, zakrzyknąłeś:

A na imbissy – mamy wisy!

 

Pamiętasz, gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych odbiliśmy od brzegu tej Niegdyś-Wyspy, udając się w odwrotnym niż Twoje wcześniejsze wyprawy kierunku? Te kilkaset kilometrów, dzielące Friedenau od Widzewa, było najdziwniejszą z wypraw, której przyszło mi doznać. Nie milczałeś już O naszych ojcach i ojczyźnie, gorączkowo – jakbyś się bał, że zabraknie Ci wspólnej trasy – kreśliłeś drogę od grubej kreski po Magdalenkę; cierpliwie odczytywałeś mi po raz wtóry instrukcję obsługi Najjaśniejszej Nowonarodzonej Rzeczypospolitej; gdzieś tam, na podpoznańskim parkingu, wyjaśniałeś różnice między Matką Polką a Ojcem Niemnem; między rynsztokiem a ryngrafem; zawijasem a zawijakiem (który z nich był bardziej łódzki?); między nocnym plakatowaniem z panną A. a podpaleniem Lenina w Poroninie. Przypomniałeś mi, jak ojciec Twój próbował wtajemniczyć mnie w technikę offsetu i sita, i kiedy wreszcie pod wieczór dotarliśmy na Wodny Rynek, wydawało mi się, że przejechaliśmy 30 lat i odpoczywamy w kawiarence Buły – tej starej, jeszcze na Matejki, a obok nas przechodzi Piękna Helena, grożąc wszystkim tym, którzy ze strachu (i głupoty!) zapomną przeczytać do egzaminów, leżących przed nimi na wyciągnięcie ręki, owiniętych dla niepoznaki w Trybunę, Giedroyciów.

 

„Dla Niepoznaki też zapisaliśmy się do partii” – pamiętasz? Tak mawiał wśród zaufanych Teoretyków Literatury nasz inny autorytet moralny, jakby przypomnieć nam chciał(a), że czasy Wallenrodów jeszcze nie odeszły w zapomnienie i że z pamięci wymazać musimy jeno Marzec, bo siedemnasty wrzesień był straszniejszy, i wszystko będzie już cacy.

 

A mnie przypomniał się wspomniany wcześniej już kapral z Braniewa i... Andzia, która cierpliwie tłumaczyła mi po raz -enty: „O, niech tak Wojtuś przymknie gębę i rękę pod pierś włoży, i co, i co tam puka...? A to Polszcza właśnie...”

 

Lieber Zet!

Wuerdest Du heute noch zur Geschichte stehen, um in Gegenwart zu leben?

 

Uściski – także od Basi

i do zobaczenia

W.

 

Berlin, 13 lutego 2007 roku

Wojciech Drozdek