|
Zbyszek na ulicy Roosevelta Georgi Minczew .
Spotkanie, poświęcone pamięci Zbigniewa Dominiaka, musi zdominować gatunek – „wspomnienia”, który nie należy do moich ulubionych; nie lubię czytać wspomnień, a jeszcze bardziej ich pisać. Powrót do przeszłości jest przyznawaniem się do starzenia. Im częściej ku przeszłości się zwracam, tym częściej nasila się we mnie lęk, że miniona część życia bezlitośnie zapełnia dysk pamięci, zostawiając coraz mniej wolnego miejsca na przyszłe wydarzenia, przemyślenia i działania. Myśli o czasie pierwszych spotkań ze Zbyszkiem również towarzyszy obawa bezpowrotnie straconej przeszłości. Spróbuję odsunąć ją i w jaśniejszych tonach opisać krótki okres, który rozpoczął coś ważnego, co, jak mi się zdaje, trwa nadal i jest w dużym stopniu zasługą Zbyszka. Może właśnie ta jego „stale trwająca obecność” mnie uspokaja? Pod koniec lat 90., niedługo po tym, jak zacząłem pracować na łódzkiej slawistyce, po raz pierwszy usłyszałem o ”Tyglu Kultury” od Krzysztofa Cichonia, początkowo jednego z nielicznych znanych mi łodzian. W tym czasie slawistyka znajdowała się w budynku na Kościuszki 17 razem z Katedrą Historii Sztuki, w której Cichoń wykładał. Często po zajęciach spotykaliśmy się przy lampce wina czy na piwie i rozmawialiśmy o zagadnieniach jak najbardziej abstrakcyjnych. Później zaczęli do nas stopniowo dołączać inni koledzy – historycy sztuki, studenci i doktoranci – slawiści. Na przykład Ivan Petrov. Nasze rozmowy były w pewnym sensie odkrywaniem innego, czemu towarzyszyło zdziwienie, że ów inny ma podobne poglądy, czytał te same książki i w ten sam sposób posługuje się nożem i widelcem, niezależnie od tego, czy urodził się w Łodzi, Sofii czy Sankt-Petersburgu (dawnym Leningradzie). Szczególny smaczek intelektualny miały rozmowy z pogranicza filozofii i teologii. Krzysztof, który wyniósł z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego dobre przygotowanie teologiczne, dziwił się często, pół żartem, pół serio, faktowi, że moje wyznanie, wymagające raczej pozbawionego indywidualności eschatologicznego przeżywania wiary, nie wpłynęło szczególnie na moje personalistyczne poglądy. Przekonanie o tym, że ważniejszy jest człowiek, a mniej ważne to, czy jest on Polakiem, Bułgarem czy Rosjaninem, tłumaczył moimi kontaktami z jezuitami, wśród których miałem szczęście przez kilka lat uczyć się i wykładać w Rzymie. „Wiesz co – powiedział mi któregoś dnia Krzysztof – jest w Łodzi pismo, które od czasu do czasu przygotowuje numery poświęcone różnym kulturom. Byłoby dobrze, żebyśmy tam poszli. Może coś wyniknie z takiego spotkania. Zaproponuj im, że zrobisz numer bułgarski. Redaktorzy nie mają uprzedzeń do inności. A jakby nawet mieli, możesz spróbować przezwyciężyć stereotypy i przeforsować swoją wizję” – czyli przekonanie, że kultura, tak samo jak człowiek, jest uniwersalna w swojej niepowtarzalności. Tak po raz pierwszy wstąpiłem do redakcji „Tygla Kultury”, która w owym czasie znajdowała się w ciemnej piwnicy na ulicy Roosevelta. Przyznam szczerze, że nie oczekiwałem wiele po tym spotkaniu. Nie czułem się też odpowiednio przygotowany merytorycznie – specjalizuję się w mediewistyce, współczesność wydaje mi się obca i dziwna. Nie miałem pojęcia, jak przedstawić najnowszą kulturę bułgarską „w pigułce”. Przygotowanie antologii jest sprawą ryzykowną – indywidualne preferencje prawie zawsze wchodzą w konflikt z oczekiwaniami czytelnika, który mniej lub bardziej orientuje się w temacie. Koncepcja „numeru bułgarskiego” rodziła się w długich rozmowach z dwoma Zbyszkami – Dominiakiem i Nowakiem. Częste powtarzanie słów „bułgarski”, „Bułgar” przeniosło się z rozmów nad numerem „Tygla” na mnie samego – obaj zaczęli nazywać mnie „prawdziwym Bułgarem” i tak przedstawiali mnie autorom przychodzącym do redakcji. Do dziś nie wiem, co oznacza „prawdziwy Bułgar”. Nie ma Zbyszka Dominiaka, nie wyjaśni mi tego. Może Zbyszek Nowak mógłby mnie oświecić – np. na bazie opozycji „prawdziwy Bułgar”, „prawdziwy Polak”… Nasze obcowanie nie zawsze było bezbolesne; spory o to, co włączyć do numeru, a czego nie, bywały gorące. Szczególnie, kiedy do prac włączali się inni koledzy i tłumacze – ze swoimi pomysłami i preferencjami. W każdym razie coś z początkowej koncepcji pozostało: zaprezentowano wielu autorów z tzw. „pokolenia spóźnionych debiutów”, którzy z różnych przyczyn wydali swoje pierwsze wiersze, opowiadania i powieści po 1989 r. Czas pokazał, że pomysł ten był dobry – autorzy, wtedy zupełnie nieznani za granicą, dziś są czytani i tłumaczeni w wielu krajach europejskich. Spotkania w ”Tyglu Kultury” okazały się bardzo pożyteczne nie tylko dla bułgarystyki, ale i dla łódzkiej slawistyki w ogóle. Jakoś całkiem naturalnie zaproponowano pracę nad przekładami naszym studentom. Praca z młodymi tłumaczami była ryzykowna (o ileż łatwiej byłoby powierzyć teksty doświadczonym specjalistom) i zabierała dużo czasu: mojego, ale przede wszystkim redaktorów pisma. I znów okazało się, że była to słuszna decyzja: dzięki doświadczeniu zdobytemu przy pierwszych przekładach, dziś niektórzy z ówczesnych studentów są już uznanymi tłumaczami z bułgarskiego. Podobną strategię wybrał „Tygiel” w przypadku późniejszych numerów „narodowych” – serbskiego, dwóch rosyjskich i innych.
Może na koniec powinienem wspomnieć o szczególnej atmosferze, która panowała na ulicy Roosevelta, i która później, już po śmierci Zbyszka, przeniosła się na Wschodnią. Zbyszek starał się uczynić „Tygiel” miejscem spotkań i integracji łódzkiej inteligencji. I w dużym stopniu mu się to udało. Dziś, kiedy wchodzę do redakcji „Tygla”, na mrocznym parterze przy Wschodniej, widzę siedzącego za stołem Zbyszka z wiecznym papierosem w ręku. I ten powrót w czasie, kto wie, czemu, wcale mnie nie niepokoi.
Georgi Minczew
|