|
Kilka prób wejrzenia w
rzeczywistość Andrzej Biskupski .
Zbigniew Dominiak jest autorem wydanego w Bibliotece „Tygla Kultury” wyboru wierszy, który zatytułował Zdarzenia i sny. To przywołane przez tytuł zbioru współistnienie rzeczy wykluczających się jest charakterystyczne również dla poglądów Heraklita. Jeden z nielicznych ocalałych fragmentów jego dzieła powiada: „Jest w nas jednocześnie życie i śmierć, jawa i sen, młodość i starość – [które to] wzajemnie się zmieniają” (przeł. Adam Czerniawski). Albo – to samo – w przekładzie Bogdana Kupisa, bardziej rozwiniętym i równocześnie (to sprawa interpretacji!) ostrzej utożsamiającym rzeczy sobie przeciwstawne, wewnętrznie sprzeczne i – zdawałoby się – niemożliwe do pogodzenia: „Jednym i tym samym jest w nas żywe i umarłe, to, co czuwa, i to, co śpi, młode i stare, ponieważ te rzeczy stają się po swej zmianie tamtymi, a tamte znów po swej zmianie stają się tymi”. I może właśnie to ostatnie ujęcie byłoby samo w sobie bliższe temu Dominiakowemu odczuciu, które pozwala na łączenie przywołanych w tytule określeń, nadając im tym samym status określeń fundamentalnych, kierunkowych dla swego oryginalnego poetyckiego porządkowania świata. A to z kolei upoważniałoby nas do nazwania jego poezji jako „heraklitejskiej” z ducha, a samego autora poetą „Heraklitowego Ognia”. Dobrze byłoby to zobaczyć.
Wejrzenie I: Płomień. – Światło. – Ogień
Heraklit jest filozofem ognia – jako jednego z pierwiastków świata. „Praelementem wszechrzeczywistości według Heraklita jest ogień jako początek zarówno tego, co materialne, jak i duchowe” – pisze Jan Legowicz, charakteryzując poglądy filozofa. „Ogień jako zmienny substrat istnienia jest źródłem powszechnej zmienności i powszechnego stawania się. [...] Ogień jest również logosem – rozumem, zasadą porządkującą, miarą istnienia i poznania”. W otwierającym tom Zdarzenia i sny autotematycznym wierszu Graficzna schizofrenia z marginesami, który należy rozumieć jako próbę zdefiniowania modelu utworu z zakresu „sztuki wierszotwórczej”, autor wykorzystuje wspomniany element doktryny starożytnego filozofa, określając swoje miejsce jako poety pośród żywiołów. [...] Co prawda nie jest to proste sięgnięcie po „Heraklitowy ogień” (pamiętamy wszakże „łzy Heraklitowe” Jana z Czarnolasu, o których trzeba by powiedzieć, że były piekące jak ogień) – lecz po łagodniejszą jego postać – „płomień”; który – zamiast, jak ogień, spalać – potrafi też ogrzać albo oświetlić; podobnie jak Słońce, o którym to Heraklit powie po swojemu: „Słońce jest płomieniem obdarzonym rozumem...” – o ogniu natomiast mówiąc, że „żyje śmiercią ziemi” (w przekładzie Leona Joachimowicza i Kupisa). Chociaż w szczególnych sytuacjach również u Dominiaka płomień może być niszczycielski, jak w wierszu otwierającym Identyfikacje (1981) debiut książkowy poety:
Mamy zatem jakby dwa otwarcia – dwie decyzje co do nakreślenia specyfiki własnego poetyckiego „początku”, które przedziela dwudziestoletni dystans czasu. Otwarcie poprzez „płomień-ognisty” na początku drogi – oraz poprzez „płomień-świetlisty” na końcu drogi. Ale omawiane rozróżnienie „płomień” – „ogień” uzyskuje „zwieńczenie” już gdzieś „na połowie czasu” – w wierszu z roku 1988:
I tak oto: „Początek i koniec schodzą się w obwodzie koła” – moglibyśmy powiedzieć wyręczając się słowami cytowanego filozofa.
Wejrzenie II: „Póki żyję”. – Sztuka po Oświęcimiu. – Świat w stanie kryzysu. – Potrzeba określenia wartości
Określenie „Póki żyję” – pochodzące z wiersza bez tytułu zaczynającego się od tychże słów – odwołuje się zapewne w pierwszej swej warstwie do zagrożeń, jakie niesie współczesny świat i historyczne doświadczenie ludzkości. Podobnie miała by się rzecz z określeniem szerszym: „Póki żyję Jestem na zewnątrz”; przy czym wyjaśnienia dla tej formuły upatrywałbym w tym, że świat jest w stanie permanentnego kataklizmu, a póki mogę stwierdzić, że żyję – jestem na zewnątrz tego kataklizmu, w jakiejś nieprawdopodobnej enklawie, która cudem pozwala na uniknięcie najgorszego: unicestwienia. Dzieje się tak – jak wyzna poeta w wierszu W tym oku – ponieważ przyszło mu żyć „w oku cyklonu”:
Cyklon, w oku którego przyszło poecie żyć, ma podwójne znaczenie (albo nawet potrójne – gdy myślimy o cyklonie jako o gwałtownym zjawisku meteorologicznym prowadzącym do klęski żywiołowej; i na tym dopiero „tle” rozgrywa się „narracyjny” plan przytaczanych znaczeń metaforycznych). Cyklon zatem występuje tu – po pierwsze – jako wyraźna aluzja do nazwy gazu stosowanego w czasie II wojny światowej przez hitlerowców do masowego uśmiercania ludzi w komorach gazowych obozów koncentracyjnych; a w drugim znaczeniu możemy go utożsamić ze światem – z rzeczywistością ludzkiej cywilizacji, w obrębie której zwraca poeta uwagę na dwa wydarzenia o niebagatelnych konsekwencjach, wskazując na „gruzy Persepolis” i ”piekło Oświęcimia”. Są to ramy czasowe obejmujące ponad 2000 lat historii ludzkości. Toteż za najlepszy komentarz do tego zaskakującego w pierwszym wrażeniu, tak szerokiego w zakresie czasowym „narracyjnego” utożsamienia, z jakim mamy tu do czynienia, mogłyby służyć następujące sformułowania Theodora W. Adorno z jego Rozważań o metafizyce, w których ocenia konsekwencje doświadczeń holocaustu dla świadomości człowieka: „Trzęsienie ziemi w Lizbonie wystarczyło, aby uleczyć Woltera z Leibnizowskiej teodycei, a ta łatwa do ogarnięcia katastrofa pierwszej natury była niczym w porównaniu z drugą, społeczną, której ludzka wyobraźnia nie ogarnia, ze zgotowanym z ludzkiego zła realnym piekłem. Zdolność do metafizyki została sparaliżowana, ponieważ to, co się stało, rozbiło podstawę ewentualnego pogodzenia spekulatywnej metafizycznej myśli z doświadczeniem. [...] Administracyjny mord na milionach sprawił, że śmierć stała się czymś, czego jeszcze nigdy w taki sposób się nie obawiano. Nie jest już możliwe, aby śmierć pojawiała się w empirycznym życiu jednostek jako coś zgadzającego się z jego przebiegiem. Indywiduum zostało wywłaszczone z tego, co było jego ostatnią i najbiedniejszą własnością. To, że w obozach umierało nie indywiduum, ale egzemplarz, nie może nie dotyczyć umierania tych, którzy uniknęli owych administracyjnych środków” (przeł. Krystyna Krzemieniowa). Za jedną z tych ofiar „globalnego cyklonu”, które ominął Auschwitz (z tej choćby racji, że potencjalna ofiara urodziła się za późno), możemy uznać autora omawianego wiersza. „Ludobójstwo jest absolutną integracją – dopowiada Adorno – na którą zanosi się wszędzie tam, gdzie ludzie są glajchszaltowani, szlifowani, jak się to mówi w wojsku – póki się ich literalnie nie wyniszczy, jako odstępstwa od pojęcia ich doskonałej nicości”. Auschwitz jest tego potwierdzeniem. Jeszcze wyraźniejsze odniesienie do świata w stanie kataklizmu (w tym również kryzysu wartości) wystąpi w wierszu Zostanie po nas, przypisanym przez autora „Pamięci Tadeusza Borowskiego” w dwudziestopięciolecie samobójczej śmierci poety i nawiązującym do końcowych słów jego Pieśni z tomu Gdziekolwiek ziemia (1942)1:
* * *
Powracając do sformułowania „Póki żyję Jestem na zewnątrz”, od którego zaczęliśmy tę część rozważań, zauważmy, że wskazuje ono na ważne założenie aksjologiczne. A mianowicie założenie o wysokiej wartości, jaką należy wiązać z pojęciem indywiduum, z istnieniem poszczególnych i konkretnych osób – w ich ostrym przeciwstawieniu do zbiorowości, a więc i do wartości przez te zbiorowości reprezentowanych. „Póki żyję” przypomina – chcąc nie chcąc – i przywołuje „Póki my żyjemy”; indywiduum zostaje tu przeciwstawione zbiorowości. Jednocześnie sformułowanie „Póki my żyjemy” uwikłane jest w określoną aksjologię związaną z pojęciem ojczyzny: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy” – i świadomym obowiązkiem dźwigania jej losu na swych barkach; bo jest wartością wyższą – nadrzędną. Poeta zdaje się stwierdzać, że „jest na zewnątrz” wobec tak rozumianego nakazu aksjologicznego: wartość mojego życia jest ważniejsza od wartości, jaką wiążemy z pojęciem ojczyzny i jej istnieniem. Można, co prawda, spojrzeć na tę kwestię w skali nie tak uniwersalnej, by miała się odnosić do „polskości” jako takiej, wiążącej się z pojęciem „bytu narodowego” w całym jego przebiegu historycznym; lecz jedynie do „polskości” w postaci PRL-u. Za możliwością takiego odczytania przemawiałby fakt umieszczenia utworu na początku tomiku debiutanckiego – wydanego w 1981 roku na kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce – jako świadomej ekspozycji dla zaznaczenia swej krytycznej opozycyjnej postawy wobec pojałtańskiej rzeczywistości politycznej (wspiera taką interpretację aluzja do „Karty 77” zawarta w zakończeniu utworu: „Przywróć nam Biała Karto pamięć Powiedz”). Później jest jednak inaczej; w wyborze wierszy z roku 2001 poeta umieścił ten sam tekst w cyklu „Jesteśmy tu wszyscy”, po charakterystycznych wierszach Noc przy córce i Oglądając fotografię zrobioną w Rodrysinie (z dedykacją „Pamięci Wiktorii Skibińskiej”), wskazujących niedwuznacznie na kontekst wartości związanych z konkretnymi osobami i ich istnieniem.
Wejrzenie III: Pytanie o Boga. – Czyimi jesteśmy dziećmi? – Eschatologia zbawcza
„Rzecz ludzka” jest „Rzeczą Boską”, o ile sami jesteśmy „Dziećmi Bożymi”. „Nie ma takich cielesnych czynności czy zachowań człowieka, które by nie mogły wiązać go z Bogiem i innymi ludźmi, bądź też w wypadku fałszywego pokierowania nimi, nie stanowiłyby przeszkody w tych powiązaniach” – czytamy w Słowniku teologicznym (hasło: Człowiek). Naturalne staje się zatem pytanie o obecność Boga, bądź jego nieobecność, w twórczości konkretnego autora. Pytamy więc o obecność Boga w poezji Zbigniewa Dominiaka. W wierszu Adres, z mottem w postaci tekstu André Bretona i Philippe'a Soupaulta, Bóg pojawia się poprzez przywołanie Domu – tyleż rzeczywistego, realnego („Moi protoplasci wprowadzają się do domu”), ile nierzeczywistego, nad-realnego (owa „sur- -realność” może tu sugerować również porządek „nad-rzeczywistości” – transcendentny): „Przejeżdżam autobusem przez dom [...] Przejeżdżam autobusem przez mój surrealny dom”. Ale najważniejsze wydaje się być uwikłanie, w jakim następuje przywołanie „boskości”:
– wskazujące równocześnie na określone wartości. Z jednej strony będzie to przywołanie „Boga Najlepszego i Najwyższego” (D. O. M. = [łac.] „Deo Optimo Maximo” jako napis towarzyszący świątyniom i nagrobkom – najpierw rzymskim, później też chrześcijańskim); z drugiej natomiast przywołanie wartości związanych z kręgiem rodzinnym: Dziecko – Ojciec – Matka. Zarazem jednak wyczuwamy tu pewien rodzaj sceptycyzmu odniesionego do „emanacji” tego, co wiązałoby się z ”boskością”; pewien rodzaj niedowierzania, czy D. O. M. jest znakiem „Najlepszego i Najwyższego Dobra”, jakim jest Bóg, czy „może [jest to] tylko” Dobro usymbolizowane w wartości związku bliskich sobie osób z kręgu rodzinnego. Wskazany sceptycyzm przypomina mi wyznanie Zbyszka, który zagadnięty przeze mnie o swój stosunek do Boga stwierdził krótko, że jest agnostykiem. Konsekwencją opisanej postawy będzie treść – i zakończenie – późniejszego o kilkanaście lat wiersza Kruszynko Którą Kołyszę, adresowanego przez poetę do swej jednorocznej wtedy córeczki. Pytanie o Boga – wyartykułowane przez samego poetę – pojawi się niczym echo naszego pytania w zakończeniu wiersza Głos (1993), gdy mowa jest o ”Śnie Chrystusa”:
Przy czym należy je odczytywać jako pytanie o Rzeczywistość Absolutną, którą w tradycji naszego kręgu kulturowego utożsamiamy z Bogiem. A może jest tak, jak w takim oto pytaniu: Czy nie jest tak, że „Pytać o Boga” to (jak u Cypriana Norwida) „Pojrzeć na dobroć Boga”?
Wejrzenie IV:
Przewartościowanie metafizyki. – Nicość jako osobliwość bytowa.
Dominiak sugeruje istnienie czegoś, co może należałoby nazwać „porządkiem transcendentnym”; ale byłaby to „transcendencja niebytu” – zamiast spodziewanej skądinąd „transcendencji bytu” na wzór „transcendencji boskiej”: podstawy wszystkiego, co jest. Wyłania się zatem zagadnienie przewartościowania metafizyki. „Niebyt”, „nicość” i sformułowania pochodne występują w poezji Zbigniewa Dominiaka w różnych uwikłaniach i pod różnymi imionami. O człowieku mówi się w tej poezji jako o ”wyrzuconym z nicości w krwawą macicę świata” (Niepewny) i jako o kimś, kto „umeblował nicość” (tamże), dając do zrozumienia, iż wbrew temu, co twierdzi Parmenides, że „nie-byt nie istnieje i że z konieczności nie może istnieć” (przeł. Kupis) – Nicość jednak istnieje, jest: jest rzeczywistością, której nie sposób pominąć. Bo w końcu i kres działań człowieka trzeba ująć w słowa, które odsyłają do wspomnianego paradoksu o istnieniu czegoś, co w żaden sposób istnieć nie powinno; on to bowiem – Człowiek –
Człowiek rozumiany ogólnie – jako ludzkość albo gatunek – jest z natury słaby, a przy tym pozbawiony jakiegokolwiek pewniejszego oparcia. Nie jest takim oparciem – zdaje się mówić poeta – żadne „ponad”, nie jest nim ani świat, ani historia. Jest tedy człowiek w ciągłym stanie niepewności – „bo zawieszony na jednym włosie słowa” (Niepewny); nie radzący sobie ani z czasem, ani z miejscem:
– skoro nawet to, co „ponad”, przechowuje „nicość”. „Nie umiał [...] Nie potrafił [...] Nie pragnął [...] I oto mamy go: pod kamiennym niebem, z obnażoną pięścią, na postumencie ze słów” (Nie potrafił).
O czym więc świadczyć mają, służąc mowie, słowa? O czym one mówią? „Język śni świat” – powie poeta w wierszu Hölderlin (1985); ale dopełniającą odpowiedź na postawione pytania znajdziemy w wierszu Półcień (1987) (obydwa utwory z tomu Światło złej nocy [1993]), który traktujemy jako kolejny przykład „ujawniania” tej negatywności bytowej, którą określa się nazywając „nicością” albo „niczym”. Owo „nic” występuje w utworze parokrotnie; i zrazu tak, jakby było tylko niewinnie wypowiadanym słowem pośród innych słów, bez odniesień do stanów rzeczy – do rzeczywistości; i choć przeciwstawione zostaje słowu „jest”, owo „nic” oglądane w tym kontekście właściwie „nie jest” – jeszcze „nie jest”:
– bo za chwilę znów jest słowem zaledwie wypowiadanym, bez cechy ciężaru rzeczy – ciężaru rzeczywistości. Ale dzieje się tak tylko chwilowo: „To nic, że... to nic, jeżeli” (tamże); gdyż przywołane, tuż przed momentem, tło słowa „jest” nie pozwala nie zauważyć, że nie jest to już tylko „niewinna mowa” o ”niczym” – albowiem „nic” wyłania się jako „rzecz-rzeczywista-w-swej-oczywistości-ujrzenia”:
I to do tego stopnia, że kiedy bohater narracji „rzuca się na wiatr i mierzy w nicość” – w gruncie rzeczy „godzi we wszystko” (tamże). Przypisując w ten sposób „negatywności bytowej” wagę szczególną: wagę Całości-Rzeczy-Wypełniającej-Wszystko.
* * *
Dla poruszonych kwestii może okazać się przydatny i pouczający kontekst „przewartościowania metafizyki”, na jaki wskazuje Jadwiga Mizińska, recenzentka rozprawy Światłocienie zła Cezarego Wodzińskiego2, pisząc o potrzebie zbudowania takiej metafizyki, „czy też raczej meta-metafizyki”, „w której odwróceniu ulegną sensy zakrzepłe w słówku „jest””. „Począwszy od Parmenidesa – dodaje – i jego aksjomatu „byt jest, a niebytu nie ma” (resp. A niebyt nie jest), słówko „jest” przysługuje bytowi utożsamianemu z dobrem”. Oczekuje też „dalszego ciągu Światłocienia zła, w którym filozof przedstawi swoją „pozytywną teorię niebytu””. Analizy Wodzińskiego wykazały bowiem, iż „wszelkie dotąd istniejące teorie Zła jako niebytu, luki, przerwy, szczeliny, rozstępu w bycie Dobra – zawiodły. Wobec tego należy zbudować koncepcję Zła jako Bytu – osobliwego Bytu Nicości, Bytu Próżni, Czarnej Dziury wchłaniającej światło”. I konkluduje: „Z prawdziwą ciekawością wypada czekać na taką, doprawdy heroiczną próbę. Aczkolwiek intuicyjnie nieoczywista, bo gwałcąca wszelkie nawyki myślowe, językowe i aksjologiczne, może się okazać nowatorska czy zgoła odkrywcza”. Za sprawą prób poetyckich tu omawianych moglibyśmy powiedzieć, że w pobliżu podobnej potrzeby pracowała intuicja poetycka autora Zdarzeń i snów.
XI 2003 – IV 2004
Andrzej
Biskupski
Przypisy:
1. Mam tu na
myśli ostatnią strofę Pieśni: 2. Omówienie recenzyjne pracy Cezarego Wodzińskiego Światłocienie zła (Wrocław 1998; seria „Monografie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej”) ukazało się w czasopiśmie „Etyka”(nr 32 / 1999) pod charakterystycznym tytułem Od Elei do Auschwitz. Nie przeczytany tekst o holocauście, uzupełnionym dopiskiem „Raport z lektury książki”. |