POWRÓT

Zdarzenia i sny Zbigniewa Dominiaka

Jerzy Jarzębski

 .

 

5 lutego doszła do mnie tragiczna wiadomość o śmierci Zbyszka Dominiaka. Wiedzieliśmy – i on też – że to nieuchronne, choć ta wiadomość spadła na nas zaledwie przed dwoma miesiącami, gdy lekarze wykryli u niego rozwijający się błyskawicznie nowotwór. Tuż przed śmiercią zdążył jeszcze pojechać do Londynu, szukając ratunku w chińskiej medycynie – daremnie. Kilka dni po powrocie był już tylko rozpaczliwy wyścig ze śmiercią: chciał jeszcze zdążyć na promocję przygotowywanego pieczołowicie wyboru swoich wierszy, i na ostatnie spotkanie z przyjaciółmi, których dwa dni przed śmiercią poety zebrało się w sali Towarzystwa Łódź – Ziemia Przyszłości paruset. Zbyszek uczestniczył w tym wieczorze, już chyba tylko niezwykłą siłą woli utrzymując zdolność mówienia i przytomność umysłu.

Znaliśmy się z górą trzydzieści lat i dzięki niemu Łódź była dla mnie zawsze atrakcyjnym miastem intelektualnego fermentu i politycznego buntu. Taka była w latach 70. Łódź Zbyszka i jego kolegów z kręgów antykomunistycznej opozycji: Ewy i Jacka Bierezinów, Zdzisława Jaskuły, Radka Tatarowskiego, Witka Sułkowskiego, Tomka Filipczaka, Łódź podziemnego „Pulsu” i towarzyskich spotkań, na których co jakiś czas zjawiali się smutni panowie z nakazem rewizji. Po stanie wojennym część spośród bywalców tych opozycyjnych salonów znalazła się za granicą – Zbyszek pozostał, utrzymując się z jakichś dorywczych prac literackich i dziennikarskich. Po politycznym przewrocie stał się jednym z członków-założycieli Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a ostatnio prezesem jego łódzkiego oddziału, członkiem PEN-Clubu i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, współredaktorem najważniejszego łódzkiego pisma kulturalnego „Tygiel Kultury”, postacią wyrazistą i bardzo popularną w łódzkich kręgach literackich.

Cóż jednak znaczy: być środowiskowym autorytetem? Na dłuższą metę – nic prawie. Jeśli mam jakieś poczucie winy wobec Zbyszka, to dlatego, że nie odkryłem w porę jego poezji. Nie odkryliśmy my wszyscy – to będzie pewnie bliższe prawdy, bo jego twórczość, mimo nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za tomik Światło złej nocy, mimo tłumaczeń wierszy na kilkanaście języków, była na arenie ogólnopolskiej stanowczo zbyt mało znana. Czy dlatego, że nie był Zbyszek poetą-profesjonałem, chodzącym wokół swej sławy, publikującym regularnie i nagłośnionym przez tubę pokoleniowej krytyki? Pewnie tak. Jak na rówieśnika Nowej Fali wystartował zbyt późno, publikował stosunkowo niewiele i w rytmie narzucanym przez osobiste przeżycia. Tomiki poetyckie: Identyfikacje (1981), Od okna – do okna (1991), Światło złej nocy (1993), Siedem wierszy z Aliną i Różą (1997), Itinerarium (1998) oraz wspomniany, tuż-przedśmiertny wybór wierszy Zdarzenia i sny – oto całość dorobku niespełna 55-letniego poety.

Mało to, czy dużo? Jeśli „na wagę” mierzyć, pewnie niewiele, ale przeczytana w całości – do czego skłania pożegnalny, pięknie wydany tom wyboru wierszy – robi ta poezja naprawdę duże wrażenie. Przede wszystkim: jest niezwykle różnorodna formalnie. Autor zdaje się pod tym względem „wszystko umie!?”. Ale nie chodzi mu na pewno o epatowanie czytelnika rzemieślniczą sprawnością. Odnosi się wrażenie, że każdy temat wiąże się u Zbyszka z pewnym szczególnym ustawieniem poetyckiego głosu, wprost domaga się odrębnej, zgodnej z nastrojem stylistyki, tak jakby autor, zaczynając wiersz, zaczynał zarazem od początku odkrywać poetyckie chwyty i nurkował w ich poszukiwaniu w obszar tradycji literackiej.

W tym obszarze tradycji znajdziemy formy już spatynowane – poetyckich „zdań i uwag” w Mickiewiczowskim stylu, znajdziemy poetyckie spowiedzi, listy i autobiografie nieodległe od stylistyki Miłosza, rozpoznamy wspartą na logicznym paradoksie i zarazem wrażliwości na naturę dykcję Szymborskiej, ale obok będzie nie mniej wyrazista metaforyka nowofalowa czy nadrealistyczna itd. Znać, że autor głos ustawiał sobie na najlepszych wzorcach – przecież jednak nie był poetycko wtórnym naśladowcą. Poezję jego znamionuje nade wszystko wewnętrzna tożsamość, wierność pewnym tematom i pytaniom.

Zdarzenia i sny – taki tytuł nosi Jego ostatni tom. Jego poezja istotnie jest wierna zdarzeniom, jeśli zobaczymy w nich pewne wyraziste, namacalne obrazy pojawiające się jako punkt wyjścia refleksji i jednocześnie (wątły) dowód na istnienie świata. Tych obrazów, niesłychanie zmysłowych i wiernych, często opatrzonych datą, jest tu cała masa, bo też poeta prowadził poetyckie dzienniki podróży, swoiste itineraria, naśladujące – jak mówił Wojciech Ligęza – pielgrzymie marszruty wędrówek. Pielgrzym jednak chce od świata czegoś więcej niż tylko piękna czy ukojenia duszy. Dlatego wzrok poza zasłoną zmysłowego obrazu szuka zawsze ukrytej istoty – jak w wierszu Łyczakowska 55 z notatnika podróży na dawne kresy:

Ręka kobiety wyciągnięta w geście: TUDY!

 

Szklisty ślimak oka wędruje po ochrze ściany

Aż po sam dach oficyny w poszukiwaniu znaku

Obecności Patrzą z góry martwe natury okien

Ta z cieniem skrzydła na zielonej draperii

Ta z rozbitą karafką nieba i suchą gałązką

l tylko uchylony lufcik Kwadrat Malewicza

Zaprasza do wnętrza w którym mieszka czas

Ostatecznie dowodząc zwycięstwa abstrakcji

Nad małymi mistrzami zmysłów

 

                      I jedynie smak

Przez chwilę walczy z goryczą spalającą język

Nie ma w tej poezji obrazów dla nich samych, nie ma kojącej wiary w rzeczywistość jako plaster na ranę metafizyki. Drugie skrzydło tytułu – „sny” – przenosi nas zatem w tę strefę marzenia, w której zmysłowy obraz pęka, pojawiają się zjawy umarłych gadających z żywymi, fizyczne kształty objawiają swoją problematyczność, nakładają się różne czasy i miejsca. To tam rodzą się pytania o sens egzystencji, o wartości, o szansę przetrwania, zwycięstwa nad czasem. To zwycięstwo zapewnić nam mogą inni – sukcesorzy pamięci, będący zarazem sukcesorami wątpliwości i pytań.

W poezji Zbyszka niezwykłą rolę odgrywa rodzina: dziadek, rodzice, żona, córki – Róża i Alina. Galeria postaci rzeczywistych jest w tych wierszach zresztą znacznie dłuższa, bo ludzie istnieją przecie po to, aby w nich szukać odbicia samego siebie, aby zadawać im wciąż najbardziej zasadnicze pytania, dobijać się o poznanie wewnętrznej tajemnicy. W centrum uwagi jest jednak rodzina, bo to w jej obrębie odbywa się to, co najważniejsze: przekazywanie z ojca na syna brzemienia Niepoznawalnego. Wizerunek ojca staje się ważny w momencie, gdy odkrywa się w nim rozdarcie.na potwierdzony oczami dziecka autorytet Tego Kto Wie – i bezradność starzejącego się człowieka, którego syn zapytać może w końcu o taką tylko Prawdę: „Które z tych jabłek było najsmaczniejsze” (Prześwietlanie sadu). „Po co się ludzimy?”, pyta z kolei autora trzyletnia Róża, na co on próbuje odpowiadać wierszem Entelechia:

Nie odpowiem ci

Nie wiem

To mnie przerasta

Jak dąb pod którym stoimy gdy szukasz żołędzi

Mam lat czterdzieści i wciąż jestem za mały

Podnieś oczy Spytaj starszych Pamiętają więcej

 

Dąb-mędrzec rozpościera wielopalce liście

Jak gdyby błogosławił twym pytaniom pierwszym:

Dlaczego się rodzimy-ludzimy-i stajemy ludźmi

 

Cały w zwojach kory jakby myślał na zewnątrz

Jakby od dawna wszystko wiedział – za nas

 

Niczego nie skrywa oprócz tajemnicy: początku

I celu Może wie nawet o ostrych zębach piły

 

Czytaj więc w niemych hieroglifach jego kory

Pękała tyle razy a potem zasklepiała swe rany

 

Pod takim dębem stary Empedokles grał w dwa ognie

Przyczyny wszystkich przyczyn: niezgodę i miłość

Ale poecie nie zawsze idzie w sukurs genialna językowa wynalazczość dziecka. Najbardziej dotkliwe są tajemnice niewyrażalne, nie wypowiedziane, dające o sobie znać tylko jakimś nieokreślonym bólem. Ten ból rad bym nazwać pisanym wersalikami Miłoszowskim TO. TO Zbyszka jawi mu się wielokrotnie jako nieusuwalny kłopot z istnieniem. Nieważne, że umie leczyć się ironią i dystansem do świata, nieważne, że potrafi snuć wierszem epickie opowieści, zarysowywać w pełnym świetle dnia plastyczne, bogate emocjonalnie postacie. Rzeczywistym punktem wyjścia tej poezji jest mrok, z którego próbujemy – z trudem, bez gwarancji sukcesu – wyjść na światło: może już nie słoneczne, ale symboliczne, oślepiające światło wiedzy i zrozumienia:

(...) Nie odpowiadaj na nic Jesteś tu

Pytaniem tylko a nie odpowiedzią

Inie wierz jej Bywa niewierna

Do prowokacji skłonna i zaprzeczeń

 

Ale gdy nagle z ziemi się podnosi

Na moment niknie wszelki cień

A kiedy oczy nam otwiera

Już nie widzimy nic a nic

I trwamy w trwodze by nie zostać

Poza zasięgiem jej niemego głosu

Gdy nasza stara strona swata

Jak zmięty list wypadnie z Księgi

                                  (Nic a nic)

Księga Poezja Zbyszka jest – w bardzo delikatny, nie ostentacyjny sposób poezją religijną, stawiającą pytania zarówno światu – naturze i ludziom, jak Bogu. Bo tylko wiara w istnienie pozaświatowego ładu, opieki i sankcji uleczyć może twórcę z lęku przed okrucieństwem i bezwzględnością istnienia, z poczucia bezsensu i bezsiły.

Śmierć przedwczesna przecina zwykle dzieło poety byle jak, w poprzek niedokończonych projektów, przed chwilą spełnienia. Tak było z pewnością w przypadku poezji Zbyszka. A przecież powodowany jakimś niepojętym przeczuciem skomponował swój pożegnalny tom wierszy jako całość. Jego wizerunek jako poety i człowieka zdaje się w nim – mimo wszystko – spełniony, kreska dociągnięta do końca, świat (o ile to tylko możliwe) uchwycony w słowie, pytania postawione, ludziom oddana sprawiedliwość. Ale z tego portretu emanuje jeszcze coś więcej, aurą miłości do najbliższych, to coś, co nie ulatuje i nie rozprasza się. Z niej wynika wzruszający wiersz Kruszynko którą kołyszę, skierowany do młodszej córki, Aliny. Napisany siedem lat przed śmiercią, dziś staje się przesłaniem także do nas – przyjaciół Zbyszka – do wszystkich, którzy go kochali.

 

Jerzy Jarzębski

 „Tygodnik Powszechny”, nr 8 (2746), 24 lutego 2002