POWRÓT

Od okna – do okna (Entwicklungsroman)
– u źródeł artystycznych koncepcji Zbigniewa Dominika

Konrad W. Tatarowski

 .

 

I

Utwór, którym chcę się tutaj zająć, z kilku powodów zajmuje w pisarstwie Dominiaka miejsce szczególne. Ten poemat – czy może raczej: opowieść poetycka – powstał, jak mówi podana przez autora data jego ukończenia, w grudniu 1988 r., opublikowany został w roku 1991. A zatem jako drugi, po debiutanckich Identyfikacjach (1981), tomik poety. I wnosi do jego twórczości ton nowy, wcześniej niespotykany. Jak można sądzić, jest to owoc długich i mozolnych poszukiwań i zmagań warsztatowych poety, zmierzających do znalezienia własnej formy artystycznego wyrazu, wykraczającej poza utarte konwencje gatunkowe i rodzajowe.

Dominiak – idąc śladem Czesława Miłosza, do którego często się odwoływał – poszukiwał nowej poetyckiej dykcji, języka, którym mógłby się posługiwać jak własną pieczęcią i znakiem firmowym. Jeżeli udało mu się ten język odnaleźć – to pierwszym tego świadectwem jest właśnie poemat Od okna – do okna. Napisałem: „poemat”, i nie będę już tego zmieniał. Choć Zbyszek pewnie by się w tym momencie obruszył i powiedział: „to nie jest poemat, to jest powieść!”. Do wprowadzonych w ten sposób genologicznych sporów powrócimy w dalszej części – najpierw zakończę wątek artystycznego programu Dominiaka, sposobu widzenia przez niego poezji, jej roli, funkcji i zadań. Sięgnę tutaj do wypowiedzi poety w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim pod koniec jego życia (zob. Droga do pisarstwa, część I, „TK”, nr 1-3 / 2003 oraz O przyjaźni, poezji i jej kontekstach, część II, „TK”, nr 4-6 / 2003).
 

II

„Gdyby szukać pewnej linii rozwojowej – to trzeba by jej szukać między tym, co jest poezją, co udaje poezję, co się wysila, żeby być poezją – a tym czymś, co poezję przekracza, co nie jest ani poezją, ani prozą... To trzeba opukiwać, żeby w ten gest poety nie dać się zakuć. To ten nurt wytoczony przez Czesława Miłosza” – tak określał sens swoich poetyckich poszukiwań. Można by tę wypowiedź uznać za artystyczne credo Dominiaka. Uzupełnijmy je jeszcze o wyznanie następujące: „Przez długi czas myślałem, ze jestem do Nowej Fali w opozycji estetycznej, bo pokoleniowo do niej należę... Ktoś kiedyś próbował mnie wpychać w następne pseudo-pokolenie Nowej Prywatności, no może coś w tym jest, ale nie za bardzo...

Teraz, po korektach tego wyboru wierszy Zdarzenia i sny, zwłaszcza jego części pierwszej, zrozumiałem, że jestem nowofalowcem, który zaproponował inny ton mówienia o zjawiskach społeczno-politycznych. Czasem, jak mi się wydaje, głębiej i przy pomocy innego języka. Warto by tu skonfrontować, jak się mieszczę między Kornhauserem, wczesnym Zagajewskim, Barańczakiem. Warto by to teraz zobaczyć. Godne jest też do prześledzenia, co się działo dalej z niektórymi nieprzejednanymi wrogami Herberta, czy Rymkiewicza i jego klasycyzmu. Sami weszli w epokę klasycystyczną, co widać przede wszystkim u Zagajewskiego, ale także Barańczaka. Tu można by szukać analogii między moimi poszukiwaniami, pewnej gry z tradycją, z klasycyzmem, przełamywanymi poprzez ironię i inne zabiegi”.

Warto też wskazać na początek, tło i punkt wyjścia drogi Dominika do artystycznego samookreślenia. A zatem do nurtów dominujących w poezji polskiej lat 60., kiedy to kilkunastoletni młodzieniec (rocznik 1947) wchodził w okres krytycznego myślenia i krystalizowały się jego zainteresowania. Jak sam mówił w innym miejscu przywoływanej rozmowy: „Jeśli zaś idzie o poezję współczesną – czytywałem też „Współczesność” – to wtedy, w latach 60., pojawiało się tam pokolenie, moim zdaniem, mętniaków, jak na przykład Bordowicz. To było dla mnie nie do strawienia. To była również szkoła Przybosia; ja w strzępach słów nie czuję się dobrze. Moim zdaniem poezja powinna się mieścić między zwojami mózgowymi, a nie między słowami. To odnalazłem dopiero u Miłosza, i to dużo wcześniej, nim zaczął być modny. Pod koniec lat 60. „nowa dykcja” nowofalowców przywróciła mi jakiś oddech”.

Poezja zatem, skonstatujmy, ma być sposobem na wyrażanie prawdy o otaczającej rzeczywistości i o sobie samym. Jak mówił Dominiak – „w pewnych sferach: sferze rodzinnej, egzystencjalnej, społecznej, w sferze metafizycznej. Wiersz idealny, którego nie napisałem, ma w sobie to wszystko. Mówiłem wcześniej o poszukiwaniach Andrzeja Biskupskiego w kręgu „wiersza jako modelu świata”. Takim idealnym wierszem byłby wiersz – model, dający się zewsząd otworzyć, i pokazujący – jednocześnie – różne perspektywy, różne spojrzenia na człowieka”.
 

III

Znowu jesteśmy u źródeł programu artystycznego, Dominiakowego pojmowania ars poetica. Wróćmy zatem do przywołanego na początku utworu Od okna – do okna, zaopatrzonego w ujęty w nawias podtytuł „Entwicklungsroman”. Mamy tu do czynienia z wyraźnym sygnałem genologicznym, autorską decyzją, włączającą ten utwór do kategorii epiki, jako poetycką odmianę tego gatunku powieściowego. Gatunku, dodajmy, już historycznego, przynależącego do nurtu mieszczańskiej literatury niemieckiej drugiej połowy XIX wieku, i przede wszystkim na tym gruncie zaistniałego1. XX-wieczne kontynuacje „powieści rozwojowej” – w prozie Tomasza Manna czy Hermana Hessego – do tradycyjnego wzorca „entwicklungsroman” (zawartego między innymi w Latach nauki Wilhelma Meistra Goethego) nawiązują w sposób polemiczny, znacznie go modyfikując.

Tak więc mamy tu problem, związany zarówno z właściwym odczytaniem intencji Dominiaka, jak i z weryfikacją proponowanej przez niego nazwy gatunkowej z literaturoznawczego, genologicznego punktu widzenia. Jeśli chodzi o intencje autora, to wyraził je jednoznacznie w rozmowie, którą wcześniej przywołałem. Zbyszek był mianowicie przeświadczony, że Od okna – do okna to powieść! Nie rozwijałem tego wątku, by nie wprowadzać do rozmowy dodatkowych elementów, licząc na to, że do sprawy jeszcze powrócimy. Nie powróciliśmy. Kwestia ta nie jest zapewne istotna dla oceny wartości i zawartości omawianego poematu. Ale nie sposób ją pominąć. Bo jest to również ważny sygnał dla czytelnika: „masz czytać ten tekst jak prozę, nie jak poezję!” – nakazuje poeta. Być może zatem kwestią zasadniczą nie jest to, że ma to być nowa odmiana gatunkowa „enwicklungsroman”, ale że – przywołując ponownie wypowiedź Dominika cytowaną już wcześniej – utwór ten ma być „tym czymś, co poezję przekracza, co nie jest ani poezją, ani prozą”... I z tak postawioną tezą zgodzić się znacznie łatwiej.
 

IV

Bo „powieścią rozwojową” omawiany tekst Dominika, moim zdaniem, nie jest, nawet gdyby przyjąć dla tego gatunku bardzo elastyczne granice. Łączy go z ”entwicklungsroman” zakończenie, fakt, że narrator poematu pozostawia swego bohatera w momencie rozwoju intelektualnego ważnym, zapewne – kluczowym i przełomowym – ale pamiętajmy przy tym, że jest to 9-letni chłopiec, który stoi dopiero u progu życiowych wyzwań –

Tu cię porzucam Mój biedny zachmurzony chłopcze

Zanim przełkniesz tę gorzką kroplę płynącą do ust

– a także fakt sportretowania go w kilku innych sytuacjach, we wcześniejszych fazach życia, w formujących go (czy też aspirujących do tego) kontekstach rodzinnych i społeczno-politycznych, w realiach wewnętrznych, domowych i zewnętrznych (miejskich i w świecie natury). Rzecz jednak w sposobie owego portretowania, w zastosowanej technice pisarskiej, która nie pasuje do genotypu powieściowego.

Gdyby szukać dla tego tekstu odpowiedników wśród gatunków epickich – to najbliżej by mu było do „opowieści”, gatunku, który nie doczekał się do tej pory genologicznego opracowania, na co zwracała uwagę Stefania Skwarczyńska (Niedostrzeżony problem podstawowy genologii [w:] Problemy teorii literatury, red. H. Markiewicz, Wrocław-Warszawa-Kraków, 1967). „Enwicklungsroman” opierał się na pewnym szkielecie fabularnym, portretującym duchowy rozwój bohatera i jego drogę życiową w dłuższym okresie (od dzieciństwa do osiągnięcia dojrzałości), jako pewien proces edukacyjny, następujący w następstwie zdarzeń o charakterze przyczynowo-skutkowym. Tekst Dominiaka nie nawiązuje do kompozycji fabularnej charakterystycznej dla prozy realistycznej. Świat przedstawiony utworu zbudowany jest co prawda z szeregu zdarzeń, przywoływanych przez podmiot mówiący (nazwijmy go, jak w prozie, narratorem) – ale każde z nich, autonomicznie niejako, pełni rolę samoistnego ośrodka kompozycyjnego.

Tak na przykład strofa VI „poematu” (albo: część szósta „opowieści poetyckiej”) rozpoczyna się od słów „Śmierci nie ma Dla nas śmierci nie ma” – i zawiera, streszczony w 10 linijkach, zapis propagandowych haseł ery stalinowskiej i zawartej w nich esencji komunistycznej ideologii. Strofa VII zaś przedstawia piękny i plastyczny opis biegnącej przez łąkę Matki – Kobiety, opis ewokujący skojarzenia estetyczne i erotyczne („Biegnie ku mnie łąką Przez pastele pól aby nagle / Odsłonić pąsową różę między piersiami”). Owa erotyczna myśl czy skojarzenie zostaje natychmiast skonfrontowane ze sferą tabu, z przypomnieniem twarzy Matki Boskiej „z wiejskiego ołtarza gdy na jabłku ziemi stopą / Przygniata robaka grzechu”.

Między tymi strofami-częściami poematu nie ma żadnego związku przyczynowego. To, co je łączy – to fakt, że zdarzenia owe odegrały istotną rolę w życiu młodego bohatera utworu (a zarazem samego Zbigniewa Dominika, bo poemat ma przecież charakter autobiograficzny). I wzbogacają jego portret o coraz to nowe elementy. Ale w sposób bardziej chyba charakterystyczny dla liryki, niż dla epiki. Tym bardziej, dodajmy, że poemat Od okna – do okna całkowicie pozbawiony jest elementów fikcjonalnych, co znajduje potwierdzenie w wypowiedziach samego Zbyszka, w rozmowie, którą przywoływałem, i do której jeszcze powrócę.

Pora wyciągnąć wnioski z tych genologicznych rozważań. Proponowałbym zatem utwór Od okna – do okna nazwać „poetycką opowieścią o dojrzewaniu”, nie rezygnując równolegle z pojemnego i nieostrego znaczeniowo określenia „poematu”, jako gatunku łączącego cechy rodzajowe liryki i epiki.
 

V

Przejdźmy teraz do bardziej analitycznego toku rozważań. Rozpocznę od charakterystycznego stwierdzenia samego Zbyszka, że „ten poemat jest wykuty z dziesięciu dziesięciowersowych strof, dość regularnych, choć bez ortodoksji meliczno-sylabotonicznej”2. Oparty jest na melodyce zdania, utrzymanej w rytmie charakterystycznym dla prozy. Miejsce klasycznej interpunkcji zastępują duże litery, które pojawiają się na początku zdań, również podrzędnych. Oto początek utworu:

Ojciec wraca z pracy Pachnie drukarską farbą

Która odurza jak krew z moich startych kolan

Efekt „poetycki”, obrazowy, Dominiak osiąga przez używanie porównań (jak w cytowanym fragmencie, czasem sięgając do zestawień słów z odległych pól semantycznych, na przykład: „Mocna jak śmierć” w strofie VII), nagromadzenie epitetów, zabiegi animizacji i personifikacji i – przede wszystkim – metaforyczne zdania-obrazy. Oto dziadek bohatera, w strofie IV, „przez wielojęzyczny świergot / Co wieczór z uporem usiłuje zwabić białopiórego orła” (mowa tu o słuchaniu Głosu Wolnej Polski RWE, któremu z reguły towarzyszyło zagłuszanie, tutaj elegancko nazwane „wielojęzycznym świergotem”); Matka (w części VII) biegnie „Przez pastele pól aby nagle / Odsłonić pąsową różę między piersiami”. W następnej strofie poznajemy „Sąsiada z niepamięci którego do raju zagarnęła rajza” oraz „Wujka z fotografii”, który również wyłania się z jakichś przepastnych otchłani zatracenia. Rozmawiają ze sobą i z ojcem narratora – jakże to charakterystyczne dla systemów totalitarnych – „Szepty chroniąc w kaskadzie cichej wody”, a na dodatek „Jeszcze mają źrenice odwrócone do wewnątrz”. Przykładów takiego „pseudonimowania”, czy „szyfrowania” znaczeń w tym poemacie dałoby się przytoczyć znacznie więcej.

Mamy tu więc do czynienia z ciekawym zabiegiem artystycznym: narrator (tożsamy z autorem poematu, mężczyzną w okresie jego pisania dojrzałym, po czterdziestce – przypominam datę ukończenia tekstu: grudzień 1988) kształtuje swoją wypowiedź w taki sposób, by była ona postrzegana z punktu widzenia (i wrażliwości) dziewięcioletniego chłopca tam i wtedy: jesienią 1956 roku. Ta „podwójność perspektywy” ja – dziewięcio- i ja – czterdziestoletniego jest tu dość konsekwentnie zachowana – aż do ostatniej części owej „poetyckiej opowieści o dojrzewaniu”, kiedy to narrator porzuca bohatera i kiedy – z pozycji wszechwiedzącego narratora, z dystansu doświadczenia i nabytej przez nie mądrości, choć zapewne nie bez ironii – konstatuje, przechodząc od narracji w drugiej osobie, a zatem formy podawczej bezpośredniej, do narracji bezosobowej:

Będzie żył długo i szczęśliwie tak jak nakazują baśnie

W tym zbuntowanym młodzieńcu W tym tęgim mężczyźnie

I jak dobrze pójdzie Kto wie W tym kościstym starcu

W tym domu W tej trumnie W tamtej garstce popiołu

VI

Zastanawiając się nad impulsem intelektualnym, który skłonił Dominika do napisania tego poematu, natknąłem się na następujące zwierzenie Imre Kertesza, zawarte w jego autobiograficznej książce Fiasko: „Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że kojąco działa na człowieka znalezienie początku, jakiegoś, jakiegokolwiek punktu oparcia w czasie, który to punkt potem może nazwać przyczyną. Kiedy mamy wrażenia, że poznaliśmy przyczynę, każdy kłopot wydaje się racjonalny”. Potraktujmy to zdanie jako wprowadzenie do dalszego toku naszych rozważań.

Poemat Od okna – do okna, jak już powiedzieliśmy, obejmuje dziewięć lat z życia bohatera utworu (również, podobnie jak narrator, tożsamego z autorem). Tę identyczność Zbyszek potwierdził w rozmowie ze mną: „Zaczyna się to od urodzenia, kiedy „schodzą się nade mną dni jasne z ciemnymi nocami”, i od momentu odkrycia kosmosu – aż po dziewiąty rok mojego życia, początek listopada 1956 roku. Do pierwszego gwałtu, jaki zadano mojemu młodemu sumieniu i mojej wrażliwości, wówczas kiedy czołgi sowieckie niszczyły ostatnią wolną radiostację na Węgrzech –

Turkot gąsienic miażdży świeże pędy głosów

Przed przemocą uciekających w przepaście eteru.

To jest właśnie ten moment, kiedy codziennie słuchamy z dziadkiem Radia Wolna Europa i stamtąd dowiadujemy się, co się dzieje na Węgrzech. I tutaj następuje kulminacja, upadek ostatniego bastionu wolnego słowa. To jest moment, kiedy mój bohater – ja – dojrzewa. Już wie – i od tej pory nie da się wciągnąć w żadne akcje propagandowe, w slogany, organizacje młodzieżowe.

Taki byłem i twierdzę, że taki zostałem. Kiedy to pisałem, mniej więcej przez miesiąc – a skończyłem w grudniu 1988 roku – pozwoliłem sobie powiedzieć, że tu się rozstaję z moim bohaterem i – nieco ironicznie – że „będzie żył długo i szczęśliwie”.

To jest suma moich młodzieńczych doświadczeń”.

Mamy tu więc do czynienia z klarownym, założonym w tekście i potwierdzonym przez autora, przypadkiem postawy autobiograficznej, zakładającej autentyczność przedstawionych w utworze postaci i zdarzeń. Z wyraziście określonym pozatekstowym układem odniesienia, będącym prototypem lub lepiej modelem dla podmiotu wypowiedzi, zakreślającym granice „paktu referencjalnego”3 i wewnątrztekstowych relacji między narratorem, bohaterem i elementami świata przedstawionego poematu.
 

VII

A zatem doświadczenie, egzystencjalna prawda, dramatyczne zderzenie jednostki i świata – i jego konsekwencje – są materią tego poematu. Obserwujemy tu człowieka u progu doświadczenia i wyrastającej z niego refleksji. Prześledźmy jak to wygląda na początku utworu, przypomnijmy: „Ojciec wraca z pracy Pachnie drukarską farbą / Która odurza jak krew z moich otartych kolan” – i przejdźmy do początku drugiego rozdziału tej „opowieści”:

Ja także chcę poznać co skrywa słodki zapach liter

Chociaż ojciec mówi że to trucizna i że go zabija.

Niezwykłe to zestawienie: oto pod kuszącą powierzchnią ukrytej wiedzy pojawia się świadomość istnienia sfery zła. Poruszyłem ten temat w rozmowie ze Zbyszkiem. „To musiało być szokujące spięcie dla tego małego chłopca” – stwierdziłem. „Z pewnością – odpowiedział. – Ojciec pracował w drukarni RSW Prasa, która zajmowała się w znacznej mierze powielaniem propagandy. Drukowano jakiś komiksy czy pseudo-komiksy o kułakach i biedniakach, etc. Ojciec czasem przynosił to do domu. Jako antykomunista z przekonań, pracując tam, był uczestnikiem owej kampanii kłamstw. Ów pociągający zapach farby drukarskiej skażony był więc kłamstwem. To była ambiwalencja. Lektura plus kłamstwo, najkrótsza charakterystyka stalinizmu”.

Tak się dokonał akt swoistej inicjacji do życia w komunistycznym raju. W dalszej części tej strofy wątek ów jest rozwinięty, pojawia się otaczający bohatera opowieści świat rzeczy, przedmiotów, a także słów, zbitek słownych, tamtą rzeczywistość opisujących:

czerwony autobus ulicami miasta mknie

Wyskakiwanie z niego grozi śmiercią lub kalectwem

Zbieranie makulatury chroni Nie było nas był las

Idą idą leśni Na każdym drzewcu cztery ostre profile

Ponownie oddaję głos autorowi: „Te slogany próbuję nasycić życiem, nadać im dramatyczności... Pamiętam z doświadczeń mojej rodziny traumatyczne przeżycia okupacyjne, związane z partyzantką, z ”leśnymi ludźmi”, na przykład mojego wujka – i jego późniejsze wchodzenie w skłamaną rzeczywistość komunistyczną.

I tak to w moim tekście ta pieśń, która była wyrazem buntu, innej rzeczywistości – „Idą, idą leśni”, wkracza w pochód pierwszomajowy: Na każdym drzewcu cztery ostre profile – oczywiście idoli komunizmu, pamiętam to doskonale. Później wycięto Stalina. Był to też świat niewybuchów, często się słyszało, że komuś urwało nogę czy rękę. To był świat bliskiego powojnia”.

Obraz rzeczywistości „realnego socjalizmu” pojawia się ponownie w części szóstej, tym razem również poprzez reminiscencje literackie: „Za nami pozostała wielka noc historii” – wers ten przywołuje na pamięć Tadeusza Borowskiego i jego słynną strofę: „Nad nami – noc. Goreją gwiazdy / Dławiący, trupi nieba fiolet”.

Dominiak – ironista zderza ją z rzeczywistością, która z założenia ma być radosna, przywołując na początku wers z socrealistycznego wiersza Woroszylskiego:

Śmierci nie ma Dla nas śmierci nie ma

Za nami pozostała wielka noc historii

Wam ze spalonych miast głodujących wsi

Dziś dom budujemy Stupiętrowy Świetlicę

I jeszcze raz oddaję głos Zbyszkowi: „Mieszkałem wtedy przy fabryce im. Dubois – w tej chwili tam stoją jakieś urządzenia nadawcze radia czy telewizji – ale za moich czasów ta fabryka pracowała na trzy zmiany, a w nagrodę ozdobiono ją taką olbrzymią, czerwoną gwiazdą, która stała tam i dominowała nad fabryką i całym otoczeniem, między innymi nad moim podwórkiem.

Przypominam też próby wciągania w jakieś kretyńskie gazetki ścienne – aż po śmierć Stalina, tutaj ironicznie potraktowaną i łzy różnych ciotek rewolucji („Nie płaczcie towarzyszko Nie wycierajcie oczu gazetą”)”...

 

VIII

Szczegóły biograficzne okazują się przydatne do pełniejszego zrozumienia i odczytania całego utworu i pojawiających się w nim postaci. Na przykład dziadka poety, słuchacza Wolnej Europy, który w czwartej strofie „przemierza pokój od okna do okna”. Jak mówił Dominiak, dla niego słuchanie RWE „było poszukiwaniem prawdy i poszukiwaniem polskości. Bo w krwi mojego dziadka, Roberta Pilza, płynęła obcość, on nie pochodził stąd. Ale to on przez sześć lat wojny nie uległ naciskom germanizacyjnym. Tak więc jest w tym rozdziale z pewnością więcej prawdy psychologicznej o moim dziadku, jest trochę o jego młodości, o jego pasjach zoologicznych, którymi zresztą mnie zaraził i które przez długi czas podzielałem”.

A także „przybyłych z niepamięci” jesienią 1956 roku, w ósmej części opowieści, wspomnianych już wcześniej postaci Wujka z fotografii i Sąsiada. Jak mówił Zbyszek: „Chodzi tu o dwie postaci i dwa różne losy. Okres stalinowski był również pełen nieufności i szpiegomanii w odniesieniu do grup innowierczych. To w naszym domu moja ciotka, żona Świadka Jehowy, przechowywała owe pisma. Jej mąż w okresie stalinowskim był w więzieniu, zwolniono go w 1956 roku w ramach amnestii. I to jest ten wujek, który odbiera owe księgi.

Ale oprócz niego pojawił się wtedy, w złagierowanej kufajce, sąsiad – jeden z młodych Żydów, którzy uciekli z naszego podwórka w 1939 roku. Teraz się pojawił, by wyspowiadać się przed moją babką z pewnego grzechu. Wraz z kolegą, przed ucieczką, okradli moją babkę z wywieszonych na strychu ubrań i bielizny. Przeprosił za to i pożegnał się przed wyjazdem do Belgii, do swojej siostry. Mówił, że ani chwili tu nie zostanie, poznał komunizm doskonale.

To jest właśnie ten „sąsiad z niepamięci którego do raju zagarnęła rajza”.
 

IX

W poemacie Dominika można prześledzić drogę, którą przechodzi refleksja poetycka – od biografii do wiersza i zawartego w nim „modelu świata”. Autorskie komentarze doskonale przylegają do materii tej opowieści, utkanej ze wspomnień. Pomagają w procesie konkretyzacji znaczeniowej zawartych w niej detali. Ale przecież nie są dla rozumiejącej lektury tego tekstu niezbędne. Bo to, co osobiste i jednostkowe – utrwalone w języku – staje się ogólne i przedmiotowe. „Materiał przeżyć” uległ transformacji, stał się – otwartym na różne możliwe odczytania – tekstem, wielowarstwowym modelem zaszyfrowanej w nim rzeczywistości. Każdy odczyta go zgodnie z własną wiedzą, wrażliwością i intelektem. Ale zawsze, mówiąc metaforycznie, patrząc w oczy sportretowanego w poemacie dziewięcioletniego Zbyszka Dominiaka

...Wspartego o radio marki „Elektric”

Z wypaloną przez dziadka dziurą w beżowym płótnie

W krótkich spodenkach i w zmyślnej uprzęży szelek

Z poobijanymi kolanami w pończochach zwanych patentki.

Konrad W. Tatarowski

 


 

Przypisy:

1. Zob. H. Orłowski, Schemat fabularny niemieckiej „powieści rozwojowej” [w:] Poetyka i historia. Konferencja teoretycznoliteracka w Połczynie, Wrocław-Warszawa-Kraków 1968, J. Jabłkowska, hasło Enwicklungsroman [w:] Słownik rodzajów i gatunków literackich, Kraków 2006

2. Dominiak nawiązuje tu do swoich pasji rzeźbiarskich, o których mówił wcześniej: „Gdyby tu poszukać analogii, to obtłukiwanie zdań i słów, żeby wydobyć pewien kształt – może brylasty i trójwymiarowy – to taki byłby mój stosunek do słowa poetyckiego”.

3. Określenie Ph. Lejeune Pakt autobiograficzny, „Teksty”, nr.5 / 1975. Zob. też M. Czermińska Autobiografia i powieść, czyli pisarz i jego postacie, Gdańsk 1987