POWRÓT

Spójnik w białej szczelinie

Tomasz Cieślak-Sokołowski

 .

 

Umarł człowiek. Umarł poeta: autor tomów poetyckich Identyfikacje (1981), Od okna – do okna (1991), Światło złej nocy (1993), Siedem wierszy z Aliną i Różą (1997), Itinerarium (1998) oraz wyboru wierszy Zdarzenia i sny (2001); laureat nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek w 1996 roku; członek-założyciel Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, prezes Oddziału w Łodzi; członek Polskiego Pen Clubu; jego utwory tłumaczone były na języki niemiecki, angielski, francuski, szwedzki, bośniacki, serbski, czeski, litewski, hebrajski, rosyjski i bułgarski. Umarł krytyk literacki: autor zbioru szkiców W poza siebie. Dziennik paru lektur (1992); współpracownik „Nieregularnego Kwartalnika Literackiego Puls”, a następnie „Więzi”, „Kalejdoskopu”, „Bestsellera”; od 1996 roku współredaktor „Tygla Kultury”. Umarł dziennikarz: autor obszernej monografii Lecha Wałęsy jako laureata Pokojowej Nagrody Nobla (1993 Zug, Szwajcaria); członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Umarł człowiek, który odbył szereg podróży literackich (m. in. do Berlina Zachodniego – 1985, Paryża – 1993, na Litwę i Białoruś – 1996, do Stuttgartu i Berlina – 1999, Bośni i Hercegowiny – 2000 oraz Irkucka i Belgradu – 2001), przyjaciel, domator... Umarł człowiek z portretu, tego ponoć najładniejszego, tego, który wymknął się spontanicznie spod palca małego chłopca, początkującego fotografa Mateusza Nowaczyka (swoją drogą to niezwykła sytuacja, by taki człowiek zawdzięczał najładniejszy portret dziecku...) umarł człowiek, który tak jak na tej fotografii – zawsze życzliwie, choć czasem z ukosa – patrzył na moje, często dziwne (choćby debiut krytycznoliteracki w formie wywiadu z autorką przeczytanej książki), pomysły. Ten człowiek odszedł.

Pozostała pamięć, osobista dedykacja w szkicach W poza siebie, pozostały wreszcie książki same. I to ich czytanie jestem winien temu, dzięki któremu piszę ten tekst (choć miałem pisać przecież teksty inne...)

 

CZYTANIE PIERWSZE

 

Poezja Zbigniewa Dominiaka jest miejscem spotkania szeregu przeciwieństw, napięć. W jej słowach stają obok siebie prawa historii i dążenia jednostki, bycie w drodze (podróże) i zadomowienie (egzystencja wśród przyjaciół, a nade wszystko rodziny), wreszcie jawa i sen. Materia wiersza, krótkiej prozy pozwala na rozważanie sprzeczności lub na ich wspólne bytowanie. Poeta staje się w tym znakiem graficznym, immanentnie przynależy do swego utworu. Staje się jednak znakiem nie byle jakim, jest spójnikiem, łączy (spaja, zestawia, czasem zderza) – jak w wierszu Graficzna schizofrenia z marginesami:

po równo podzielony pomiędzy imię i nazwisko

skrywam się w białej szczelinie – nadaremny spójnik

(...)

na równi się wznoszę na równi się staczam

w graficzną schizofrenię z marginesami

w wiersz

Wiersz Zbigniewa Dominiaka jest więc przede wszystkim (?), przeważnie (?) spotykaniem się dwóch wymiarów. Poeta, nawet za cenę metaforycznej schizofrenii, starał się jakoś je połączyć, zespolić.

 

CZYTANIE DRUGIE

 

Cytowany utwór został napisany w roku 1979, a więc niemal na początku poetyckiej drogi autora Zdarzeń i snów. Najważniejszym tematem, obsesją (jak sam powiedział w jednym z wywiadów) tamtych myśli poetyckich był problem zderzenia „ja”, jednostki i jakiegoś procesu dziejowego, zderzenia „drobiny i czegoś, co ją zdecydowanie przerasta, kształtuje, czemu się przeciwstawia, z czym walczy”. Stąd może ów „nadaremny spójnik”.

Podmiot liryczny odnajduje bowiem siebie w określonym miejscu: "gdzieś niedaleko geometrycznego / serca Polski" (Wtedy) i czasie: „nasz wiek dwudziesty”. To tu i teraz „niewinna krew / Łatwo wsiąka w ziemię” (Traktat ryski). Waloryzacja jest jednoznaczna, tutaj „raz po raz skacze po stole diabełek historii” (Zatoń Dolna). W tych warunkach jednostki, „My trzydziestoletni / Opozycjoniści lat siedemdziesiątych”, są „za słabe / Jak na historię” (Przyjaciele). Może właśnie dlatego głos „Polaków” w wierszu z roku 1989, Moja praska wiosna, nawiązującym tytułem do wydarzeń z 1968 roku, „jakoś bez specjalnego przekonania” woła „Jeszcze Polska nie zginęła”. Żywioł historii, nieuniknione tryby i trybiki dziejów pochłaniają jednostkę, stawiając jej wolność pod nieuniknionym znakiem zapytania.

Poeta jest tutaj tylko – i aż – „nadaremnym spójnikiem”. Jego zdolność prawdziwego łączenia, zestawiania możliwa staje się dopiero „za progiem tego morderczego wieku” (Kruszynko którą kołyszę).

 

CZYTANIE TRZECIE

 

To właśnie za granicą niespajalnego rozpościera się kraina człowieka wędrującego-zadomowionego. Podróż pozwala skonfrontować obrazy literackiego mitu ze współczesnymi realiami, pozwala, by: „bezradna pamięć wyruszyła na poszukiwanie samej siebie / To jest wyobraźni” (Zaosie, 24 czerwca 1996). Staje się w ten sposób swoistym spotkaniem w poetyckim słowie owej gry wyobraźni pomiędzy tym, co się wie, a rzeczywistym przeżyciem, doświadczeniem. Itinerarium, czyli dziennik podróży, może być zapisem – jakby powiedział sam Zbigniew Dominiak – „wędrującej świadomości”. Itinerarium jawi się także jako świadectwo oswajania przestrzeni. To, co obce, staje się tu bowiem podwójnie bliskie: poprzez mityczny obraz utrwalony w literaturze oraz przez rzeczywiste przeżycie. W każdym z tych przypadków bliskość jest owocem przybliżenia, podróży.

Są jednakże okolice, gdzie swoistość zjawia się jako coś pierwotnego. Taką przestrzenią zdaje się być dom: „(D. O. M. / Deo Optimo Maximo a może tylko Dziecko Ojciec / Matka)” (Adres). W poezji Zbigniewa Dominiaka rodzina stanowi bowiem wartość nadrzędną, swoisty locus amoenus, miejsce miłe, jasne, zacisze:

W wiaderku Róży dorodny łeb koźlara

Przeziera przez złote runo kurek

Matka myśli o wigilii i Bóg wie o czym

 

Siedzę po prawicy ojca Trwamy tak rodzinnie

                                                    (Na działce)

Szczególne miejsce pośród owego trwania zajmują córki poety, Alina i Róża. To ich „równy zaśpiew serca” (Noc przy córce) urasta do roli pierwszej inspiracji poezji, jak w wierszach EntelechiaMotyl, gdzie zjawiają się: pytanie trzyletniej Róży: „Po co się ludzimy?” oraz „pytanie za trudne”: „czy naprawdę niebo jest niebieskie”? Córki, którym Zbigniew Dominiak poświęcił przecież osobny tom (Siedem wierszy z Aliną i Różą), wydają się być niesamowicie bliskie Uty Juliana Przybosia – Uty, czyli po prostu poezji. W tej perspektywie nie dziwi już zakończenie utworu Oglądając fotografię zrobioną w Rodrysinie:

A przy nas w białym obłoku fotela przysiada nasza córka

Widzę jak pod stolikiem wymachuje nogami Wozi diabła

Jak mówiła moja babka I nic sobie nie robi ze słów Eliota

Że Róża jest kwiatem stworzonym przeciw ziemi jałowej Że

 

Sama jest ogrodem z którego niegdyś wygnał nas upadek

A to przecież w mitycznej symbolice ogrodu, w tym rajskim miejscu wszelkie przeciwieństwa stapiają się w harmonijne trwanie. Róża jako Uta czy może inaczej – Róża jako ogród poezji przekreśla „nadarenmość” poety-”spójnika”, nadaje sens, choćby nawet miał to być sens pytania bez odpowiedzi.

 

CZYTANIE CZWARTE

 

Cel tak rozumianej poezji wydaje się być nader oczywisty: „związać spełnienie z początkiem / Uchwycić sens pierwszego zdania i ostatniej kropki” (Zaosie). Pozostaje jedynie przyjrzenie się stylowi, refleksji nad tworzywem, korzeniom twórczości Zbigniewa Dominiaka.

Charakterystyczna dla niej jest niezwykła świadomość tradycji, przede wszystkim romantycznej, tej spod znaku Adama Mickiewicza. Grażyna, Konrad Wallenrod, ale i Dziady powracają często w wypowiedziach autora. Można nawet odnaleźć fikcyjny list Maryli do Mickiewicza (Na cmentarzu przykościelnym w Bieniakoniach, 24 czerwca 1996). W utworach Zbigniewa Dominiaka nie brak też licznych odniesień do innych wielkich poetów, tworzących polską tradycję literacką. Wiersz Nieudaną walkę o sławę prowadzą poeci to swoista gra z tomikiem Przybosia W głąb las; od Czesława Miłosza przejmuje chociażby częsty gest wskazywania (TO); tonacja ironiczna wielu utworów (Kaktus, Panfloryzm czy wiele utworów z prozy poetyckiej) jest jakże bliska myśleniu, odczuwaniu właściwemu Wisławie Szymborskiej.

Nie jest to jednak bierne wykorzystywanie pewnych wzorców. Tradycja stanowi bowiem dla Zbigniewa Dominiaka niezbywalny punkt wyjścia dla budowania tonacji własnej. „Ci starzy mistrzowie” (tak poeta zatytułował jedną z części wyboru Zdarzenia i sny) pojawiają się jako punkt odniesienia, czasem inspiracja. Myśląc chociażby o dziedzictwie Mickiewiczowskim, autor nie popada w stylizację, imitację, obniżając ton wypowiedzi, stając blisko mowy kolokwialnej (najlepszym chyba tego przykładem jest poemat ironiczny Vilnius – Muzeum Duchów, 25/26 czerwca 2006).

Zwraca uwagę niezwykła różnorodność formalna poezji Zbigniewa Dominiaka. Znajdziemy bowiem i wiersze-aforyzmy (jak je nazywa sam poeta „zdania”), i dłuższe poematy, także prozę poetycką. Czasami język wypowiedzi jest prosty, niemal idealnie przejrzysty, innym razem silnie zmetaforyzowany. Zadziwia więc różnorodność, pojemność tej poezji, której Jerzy Jarzębski przypisał wyjątkową umiejętność „szczególnego nastawienia poetyckiego głosu”.

 

CZYTANIE PIĄTE

 

O poezji Zbigniewa Dominiaka można także mówić od nieco innej strony. Jak pisze sam poeta: „język śni świat” (Hölderlin). Sen zjawia się więc jako swoista dziedzina „domilczania słowa” (***[Po to we śnie...]), sprawdzania, a może nawet budowania rzeczywistości.

Problematyka oniryczna prowadzi do podstawowej antynomii tej poezji, przeciwstawienia snu – jawie. Pierwszy z tych wymiarów jest dziedziną życia pojedynczego, indywidualnego. Jawa zaś to przede wszystkim domena zbiorowości. Mówiąc jeszcze inaczej, historia, podróże, dom dążą ku ogólności, śni się zaś zawsze samemu: „mój społeczny pokój (tuż obok śpi żona / pojękując do innego snu)” (Nokturn). Sen w poezji Zbigniewa Dominiaka jest właśnie jak ów nawias, zerwaniem więzów z rzeczywistością:

Słychać tylko najodleglejsze dzwony Czekaj

Na topór snu który odetnie tułów twego ciała

Pochyl głowę nim uderzy w nią światło

Złej nocy

                                                  (Inne życie)

Charakterystyczne jest skojarzenie snu z jasnością. Dlaczego? Może dlatego, że to właśnie w tym wymiarze można pytać o rzeczy pierwsze, podstawowe, jak w wierszu Głos. Pewnie także dlatego, że w przeciwieństwie do rzeczywistości jawnej, sen nie stawia żadnych przeszkód, jest doskonale otwarty: „Sen / Sny nie znają granic” (Traktat ryski).

 

CZYTANIE SZÓSTE

 

Sen rozprasza ciemność, prowadzi ku jasności. Czymże więc ona jest? Odpowiedź, niejednoznaczną, nie wprost, kryje w sobie dystych z wiersza bez tytułu z roku 1988:

Na dnie nocy jest spokój To znaczy śmierć

Odgarniamy ciemności by nie zginąć we śnie

           (*** [W naszych ponurych miastach])

Śmierć nie jest więc czymś strasznym, a może inaczej – nie zjawia się jako zaskoczenie, przychodzi spokojnie. Do Zbigniewa Dominiaka przyszła jednak niespodziewanie. Ofiarowała mu zaledwie dwa miesiące choroby. Ale poeta był na nią przygotowany.

Problem śmierci pojawiał się w jego poezji niemal od samego początku, stając się jej integralnym składnikiem (przypomnę może jedynie utwory Półcień, Dom na smyczy, Ćmy), to oswajanie pierwsze. Drugie rozegrało się podczas układania wyboru wierszy Zdarzenia i sny. Tom był składany na długo przed wieścią o chorobie, a mimo to ma się nieodparte wrażenie, że poeta przeczuł nadejście śmierci. Cały zbiór bowiem zdaje się przechylać na jej stronę. Nade wszystko zadziwia dedykacja: „Tym, które kochałem”. Śmierć została oswojona jeszcze na innym poziomie, w wymiarze pożegnania. Oto jak kończą się dwa utwory:

A córkom moim jakie daję wiano

Różową stokrotkę z rumowisk pomiędzy kartkami zielnika

Niech znajdują pociechę w krzepiącym rytmie przyrody

I niechaj w świadectwach moich klęsk poszukują piękna

                                                     (Berlin, Paryż, śmierć)

 

Więc wpatruj się we mnie uważnie i przytulaj główkę

Do piersi w której bije zatrwożone ale dumne serce

Był Powiesz I kochał Nie pragnę innego zbawienia

                                           (Kruszynko którą kołyszę)

CZYTANIE SIÓDME

 

Zbigniew Dominiak patrzył na poezję z boku, czytał, by o niej pisać. Z lektur powstał zbiór jego tekstów krytycznoliterackich W poza siebie. Książka ważna jako świadectwo pewnego stylu lektury, pewnej wrażliwości krytycznej. Książka ważna także dla mnie, jako pierwsze wtajemniczenie, wejście do ogrodu krytyki literackiej.

Zbigniew Dominiak podąża w swym wysiłku czytelniczym za Roladem Barthesem (tym już z okresu tekstualnego swej myśli). Widzi bowiem lekturę jako spotkanie z Innym, „poznanie drugiego i współ-wydanie na świat siebie”. Wyłania się więc model krytyki literackiej, która „jest ze swej istoty transcendowaniem, wychyleniem poza samego siebie, wychyleniem ku Innemu”. Czytanie staje się czynnością egzystencjalną, stawką zaś – tożsamość krytyka-człowieka. Zbiór zamyka taki oto passus: „Nie można wykluczyć, że gdyby inne były obiekty moich odczytań, inne dzieła, czy już mówiąc najprościej, inny zestaw recenzowanych tomików – inaczej by wyglądał i sam inwentarz, i inny być może również byłbym ja, a może raczej – „ja” wyłaniający się z tych szkiców”.

Zbigniew Dominiak to także krytyk świadomy indywidualności swych sądów: „ktoś inny zupełnie inaczej mógłby odpowiedzieć na owo „wołanie” Innego, na jego „apel””. Owa świadomość przychodzi zaś z samej poezji, jeszcze raz potwierdzając, że tu się wszystko zaczyna (i kończy), także dla krytyka:

Chmury chmury chmury

I tyle tylko widzi człowiek

Ile mu bóg lektury

Wyświetli na ekranie powiek

                       (Traktat ryski)

CZYTANIE OSTATNIE?

 

Kończąc ten szkic, mam świadomość, że zaraz przyjdzie mi zamknąć teczkę notatek z napisem „Zbigniew Dominiak”. Zdaję też sobie sprawę, że nasze wspólne marzenie, moje i mojej narzeczonej, że będziemy kiedyś regularnie wpadać do Pana Redaktora, schodzić po schodkach do redakcji „Tygla Kultury”, by choć chwilę porozmawiać... nie ziści się. W tym miejscu poeta-redaktor powiedziałby, używając formuły księdza Jana Twardowskiego: „Boże tyle doświadczenia / Trzeba się spieszyć kochać” (Noc przy córce).... i miałby oczywiście rację. Poczucie zmarnowanych chwil jednakże pozostaje. Może je osłabić jedynie wierna, zaczynana wciąż od nowa lektura.

Zakończę tak, jak chciał tego sam Zbigniew Dominiak, zamykając swój pożegnalny zbiór Zdarzenia i sny zabarwioną ironicznie prozą poetycką Odkupienie. Tak może powiedzieć tylko poeta, który oswoił koniec, człowiek, który spoił koniec z początkiem:

 

Wśród nabywców [drzewka wiadomości dobrego i złego – TCS] zostaną rozlosowane telewizory kolorowe i terraria z wężem. Możliwość odkupienia – niewykluczona!

 

Tomasz Cieślak-Sokołowski


Wizyta Wisławy Szymborskiej w pierwszej siedzibie redakcji „Tygla Kultury” w Muzeum Książki Artystycznej. Od lewej: Wojciech Ligęza, Wojciech Górecki, Zbigniew Dominiak, Wisława Szymborska, Jadwiga Tryzno, Lucyna Skompska i Agnieszka Skolasińska. Czerwiec 1996

 

Artykuł sponsorowany przez jedynego dystrybutora w Polsce – PARADISE AT HOME.
2002 r.