|
Niepewny Zbigniewa Dominiaka Przemysław Owczarek .
Zbigniew Dominiak bywa dla mnie poetą „wielkich słów”. Pisane dużą literą inicjują nie tylko wersy w wielu utworach poety, lecz także przyciągają wzrok w efektownych przerzutniach lub wyrastają pośrodku frazy. Jakby poeta chciał, byśmy szukali w nich czegoś, co wykracza poza dostępne w języku znaczenie. Jakby na ich „dnie”, niczym Józef w studni, zawsze spoczywała tajemnica. Słowo jest tu ponownym przywoływaniem symbolicznych treści, kiedy Gwiazda, Drzewo, Sen, Z·ródło, Labirynt, Noc i Dzień wiodły nas pod Niebem, a my czuliśmy się jego dziećmi. Ale nie oznacza ono powrotu do świata mitycznego. Jestem przekonany, że służy raczej fenomenologicznym zmaganiom z Sensem, które tak chętnie toczyli Thomas Mann i Bruno Schulz. Ów Sens to Genezis, Wędrówka i Apokalipsa pomniejszone do rozmiarów, którym można się „przyglądać” jak pod mikroskopem. Chodzi o to, by W tym oku – pozwolę sobie tak przywołać tytuł jednego z wierszy z tomu Zdarzenia i sny – było „szkiełko” właściwych słów, dzięki któremu lepiej odczuwa się i widzi rozpad tego świata.
Przywoływać zmartwychwstałe rzeczy do porządku, to stwarzać świat na nowo. Nawet jeśli „w kamiennym świecie” jedynym ratunkiem jest słownik frazeologiczny. Pobrzmiewa tu ironia. Towarzyszy jej wołanie, które moglibyśmy usłyszeć w strofach Hölderlina. Oto mowa, która ze świata marnego wstąpić chce ku górze. Dlatego też niektórym frazom towarzyszy pragnienie, by trafiały one wprost w jądro symbolu. Gdy „Głos” w wierszu o tak samo brzmiącym tytule pyta o sny tego świata, „o bezmyślny sen paproci i skrzypów”, „Brontozaurów i innych surrealistów”, „neandertalczyka”, „Pompei i […] Hiroszimy” etc., a w końcu – i tu przywołam ostatnią frazę – o:
ironia i melancholia zostają zniesione przez eksplozję Kosmicznego Wydarzenia. Ostatnie dwa wersy przywołują pradawną solarną symbolikę. Stają się znakiem tego, co niewyrażalne. W wierszu Niepewny Zbigniew Dominiak diagnozuje kondycję współczesnego człowieka i poniekąd zdradza własną wizję świata. Nie chcę tu czynić wnikliwej analizy. Przez ów wiersz wiodą mnie skojarzenia, analogie i przeczucia. Bowiem nie jest łatwo przeniknąć symboliczną gęstwinę fraz Niepewnego.
Ku czemu zmierza inicjalna fraza? Czy należy rozumieć człowieka jako istotę uwikłaną w materię? „Krwawa macica świata” przywodzi mi na myśl obrazy Francisa Bacona. Nasze mięso subtelne skryte pod skórą. Przywodzi także gnostyckie przerażenie cielesnością, jak i chrześcijański dystans do ciała? Przekleństwo materii, od którego nie mogą się uwolnić aforyzmy Ciorana? Podążajmy za wierszem.
Bowiem słowo nie przystaje do świata. Język uwodzi i zwodzi. Nić znaczenia jest cienka. Utrzymuje ciężar świata, którego waga stale rośnie. Sens rzeczywistości jest przed nami ukryty, albo nie istnieje. Słowo nie obleka się w ciało.
To człowiek, który umarł, ale nie zmartwychwstał, nie narodził się do nowego życia. Człowiek – „trup”, wyalienowany z siebie. Wszelkie konotacje prowadzą w stronę symboliki śmierci i odrodzenia, jako przemiany egzystencjalnej, która w tym przypadku nie może mieć miejsca. Proces został przerwany. Jest tylko śmierć. W świecie, w którym symbole zatraciły pierwotne znaczenia i nie wiodą już ku transcendencji, czas przestał krążyć. Już nie rodzi się na nowo. Biegnie do kresu, który wydaje się być katastrofą.
Ten, który „umeblował nicość”, wypełnił ją abstrakcją. Dawniej słowo było jednocześnie symbolem, oznaczało tajemne połączenie niebiańskiego ze zmysłowym. Bogowie chodzili po ziemi i towarzyszyli śmiertelnikom. Gniazdo ponad najwyższym z drzew jest synonimem postępu, który ma wynieść człowieka w kosmos i uczynić go panem stworzenia. Gdzieś tu pobrzmiewa echo głośnej krzątaniny budowniczych wieży Babel. Czyżby Dominiak miał na myśli „zniekształconą” opowieść o mitycznym Drzewie, łączącym niebo, ziemię i piekło? Drzewie, którego fenomen został odkryty przez Mirceę Eliadego w tak wielu kulturach? Pójście tym tropem pozwala bliżej przyjrzeć się innym znaczeniom. Panować „ponad najwyższym z drzew”, to nie wchodzić ze światem w równoprawną relację. Pycha wynosi, ale nie pozwala spojrzeć w górę, gdzie to, co „wyżej”, należy do sfery transcendencji.
„Nieobejmowalne” nie da się zrozumieć. „Uczone zaklęcie” jest pobożnym życzeniem, ale to co niewyrażalne pozostaje poza zasięgiem języka, nie daje się pojąć. To ludzka ułomność, której tak bardzo świadoma jest współczesna humanistyka.
Drzewo nie jest już pomostem między światem śmiertelnych a niebianami. Jego rozrost jest tylko horyzontalny. Zaś wertykalność zostaje tu ograniczona do pełnego pychy patrzenia z góry. Spojrzenie ku temu, co jest wyżej, jednocześnie jest dostrzeżeniem wysokości, która nas przekracza. A więc zarazem doznaniem głębi. Tej głębi nie posiada uniwersum znakowe. Symbole nie prowadzą nas ku źródłom życia. Żyjemy w świecie odczarowanym. „Ani to bliżej, ani dalej, w pół drogi do ni-czegoś.” Oto melancholijny stan zawieszenia, przejścia, bycia pomiędzy, przeczuwania czegoś wyższego, co zbyt często objawia się jako pustka. To wiersz o zwątpieniu, chwiejnym kroku, niespokojnym patrzeniu w niebo, które zamieniliśmy w otchłań. Owo „bliżej” i ”dalej” ma Sens, jeśli – jak zauważył poeta w recenzji poświęconej wierszom Zdzisława Jaskuły – „homeostaza między interioryzacją [bliżej] a eksterioryzacją [dalej] pozwala człowiekowi przezwyciężyć grożące mu alienacje. Ale zachować tę równowagę można tylko wtedy, gdy uznaje się konieczność wyjścia poza siebie i odniesienia swego bytu do absolutu, albowiem transcendencja jest pionową osią tej równowagi”. Ale czy patrząc w górę, nie potkniemy się o własne zwłoki? Niepewność jest kondycją współczesnego człowieka i zarazem warunkiem jego twórczej egzystencji, podczas gdy wiara jest ufnym oczekiwaniem „ni-czegoś”, co nadejdzie. Oczekiwaniem na to, co niewypowiadalne.
Przemysław Owczarek |