|
Powitanie w Krzemieńcu 1998 Zbigniew Dominiak .
Zbyszkowi Nowakowi do sztambucha
Ciemno choć oko wykol Autokar Pod brodą kolana Dziury Co chwila rogatka Stać Pięć dolarów w łapę Czy to się nie skończy Północ W podróży od rana Ile mamy spóźnienia jedziemy Co prawda peu à peu
Wreszcie jakieś światła Kościół Pod nim tłumnie Już baby rozdrapują do kwater ludzi z autokaru Do mnie troje I pani Ci do nas Państwo będą u mnie Przez wiele godzin czekały dla tych groszy paru
Ktoś wiezie ciemnym jarem postsowieckim rzęchem Jak tylko może najszybciej Ostro ścinając zakręty Tak jakby się kierował nie wzrokiem lecz węchem – Dusza na ramieniu a strach wchodził w pięty
Dojeżdżamy Ulga Drzwi ciężkie Wchodzimy do środka Cóż to Nie Wypisz wymaluj polski dworek stary Głowę byś dał że nic takiego nie można tu spotkać A te panny przy matce To kto Penaty i Lary
Na stół wnoszą bigos kartofle kotlety schabowe W chwili gdy kończymy jeść barszcz ukraiński Uszczypnij mnie Mówię do żony pochylając głowę Zamiast nas powinien tu być Stanisław Baliński
Ach on umiałby sprawić by w bawialnej sali (Biały kominek kredens lampa – wszystko all’antico) Przy szpinecie pod oknem zasiadła ciemnooka Sally I gości z dalekiego kraju – z Julkiem – bawiła muzyką
Sielsko byłoby znów i śpiewnie (alla campagna&arioso) Lecz duch się nie zjawił I jak dobrze pamiętasz Nazajutrz się dopiero spotkaliśmy z tą widmową kozą (Krową biednych ludzi) przy drodze na cmentarz
O oczach Salomei Nieopodal koń młody łeb skłonił Do ziemi Widać dla niego za ciężka i najlżejsza fura Ale pociąga choćbyś sam był nieszczęśliwy do koni Takie sprzężenie: natura /kultura – kultura/ natura
Nie było w nim nic z przewag naszej polskiej jazdy Raczej przekonanie na którym świat nie od dziś stoi Że nie wszyscy są przecież spod szczęśliwej gwiazdy Nie tylko wśród zwierząt Ów cierpi Ta się daje doić
Ale to będzie jutro Nie dziś Przy zwiedzaniu miasta Teraz noc Chwalimy gospodarzy naszych wielodzietność Gawędzimy przy stole (podano właśnie herbatę i ciasta) Raz po raz podnosząc dawną tych ziem świetność
Właśnie się zachwycamy gospodyni rozśpiewaną mową I długo roztrząsamy razem co polskość tu znaczy Gdy ktoś wychodzi I wraca z tą wieścią hiobową – Brak wody w łazience i nieczynny sraczyk
Powiało dawnością Pozór to okryty iluzji opończą Bo dom był całkiem nowy Od lat niewielu w budowie Żyli tym że go otynkują i wnet w ogóle wykończą Ona była tutaj organistą Kim on był Któż to wie*
A gdy spać szliśmy Uciech syci i serca i jelit Czy był ktoś co umiałby życie oddzielić od mitu I to stąd może rzucaliśmy się wszyscy w pościeli Z boku na bok Wzdychając – Ach byleby do świtu
Zbigniew Dominiak
Maszynopis datowany – II 1999
* Autor
nawiązuje tu do Świtezianki A.M., aby wzmocnić nastrój tajemniczości. A
przecież wie,
|