POWRÓT

To przeklęte słowo na „a”

Zbigniew Dominiak

 .

 

Miała twarz, buzię, wpisaną w cudze ciało. Szczególnie dłonie i stopy były o kilka numerów większe od tych, które wynikałyby z proporcji twarzy. W liniach oczu i ust utrwaliło się z czasem zdziwienie, z którym młoda dziewczyna obserwowała niepokojącą metamorfozę podlotka.

Gdy ustabilizowała się w swoich kształtach, kobiecych, ale sprokurowanych na wyrost, po chwilach niepokoju i rozpaczy, w ciągłej obserwacji własnego nieprzystosowania utrwalił się w niej obraz ciała niezgrabnie poruszającego się wśród przedmiotów i ludzi. Szukała sposobu, by znaleźć miejsce w ich zwartych, statycznych związkach, gdy sama czuła się wiązką wirujących cząstek.

Wciągnął ją sport. Było to coś, co usprawiedliwiało jej silne ramiona i umięśnione nogi. W biegu przez płotki otarła się o rekord okręgu juniorek. Ale jej prawdziwe sukcesy zaczęły się dopiero wówczas, gdy odkryto w niej olbrzymi talent na „rasową” dyskobolkę.

Po śmierci rodziców mieszkała u wujostwa P. Wuj, obecnie trener bokserski, był jednym z tych, o których słyszy się, że ze złamaną ręką walczyli przez pełne trzy rundy z samym Laszlo Pappem, i – choć z przeciwnikiem przegrali – przed sobą wyszli z tej walki zwycięsko.

Droga do klubu okazała się łatwa, gdy szlachetny wzór zamieszkiwał pod wspólnym dachem. Po roku intensywnego treningu, który miał zapewnić w przyszłym sezonie tak dobre wyniki, że – jak mówił trener: „wykosi w szybkich abcugach krajowe rywalki i powalczy na europejskiej arenie” – mogła spodziewać się życiowego sukcesu.

U progu nowego sezonu uzyskała kilka obiecujących wyników i w większych klubach zaczęto o niej mówić. Wizyty kaperowników nie dały żadnych rezultatów. Była zbyt uczciwa czy naiwna, aby potrafić się sprzedać. Zresztą wszystko było jeszcze przed nią. Dopiero zasygnalizowała swoją obecność w sportowym środowisku. Pragnęła rzucać jeszcze dalej, jeszcze silniej, nie oszczędzać się. Sport za bardzo się dla niej liczył, aby iść na kompromisy i dać się wciągnąć w pozasportowe interesy. Przyniósł jej tyle dobrego: zastąpił ojca, matkę i chłopaka, z którym zamiast na treningi mogłaby chodzić do kina.

W takim nastroju niezmąconej ufności wyjechała w połowie ligowych rozgrywek na mistrzostwa do Olsztyna. Zapowiadane zagraniczne rywalki nie przyjechały, ale nadszedł odpowiedni moment, aby udowodnić, że w kraju nie ma dla niej silnych. W liceum stawiano na nią 10:2 w amatorskim totalizatorze. Trener został przekwalifikowany o grupę wyżej.

Przyszła chwila startu. Była bardzo zdenerwowana, nic więc dziwnego, że pierwszy rzut nie wyszedł. Spaliła, wyrzuciło ją z koła. Drugi był dobry. Dysk dynamicznie poszybował w powietrzu, a upadając, głęboko wrył się w murawę. Żadna z rywalek nie przybliżyła się nawet do tego wyniku. Już uspokojona, w trzecim chciała zadać nokautujący cios. Niewiele pamięta, obudziła się w szpitalu z obandażowaną ręką. Gdy po dwóch tygodniach wyjeżdżała do domu, wiedziała już, że nie będzie nigdy nosiła, jak wszystkie mężatki, obrączki na serdecznym palcu prawej ręki.

W szkole przez kilka tygodni była jeszcze bohaterką. Z klubu otrzymała odszkodowanie. Na dwa miesiące przed maturą przyszedł niespodziewanie kryzys. Już na studniówkę koleżanki zaciągnęły ją siłą. Teraz nie miała ochoty wychodzić z domu. Ciotka, pełna oburzenia, nie potrafiła zmobilizować jej do czegokolwiek. Zerwała kontakty z klubem i klasą. Wieczorami wychodziła na spacer. W nocy czytała książki lub gapiła się w sufit.

Konflikty w domu wujostwa, których stała się powodem, zmusiły ją na jesieni do podjęcia pracy w biurze. Zapisała się również do szkoły wieczorowej i w następnym roku zrobiła maturę. Odnajdowała się w sobie z trudnością, wewnętrzne napięcie maskowała pozorną obojętnością i gorliwą życzliwością w stosunku do współpracowników.

Spoglądała na swoje ciało jak na marionetkę, którą nieustannie należało kierować. Najprostsze gesty: podanie ręki, wskazanie czegoś, manipulowanie przy obiedzie w restauracji sztućcami – traciły spontaniczność. Kontrolowała każdy swój ruch. Podanie mężczyźnie ręki do pocałunku stawało się doskonale reżyserowanym chwytem. Ten miły uśmiech, ta kokieteryjnie zwinięta dłoń z podkurczonymi palcami, to zaczepne słówko, rzucone w odpowiednim momencie – wszystko to miało na celu odwrócenie uwagi. Nieuświadamiana sobie przez innych konwencjonalność dla niej była zadaniem aktorskim. Należało zagrać swoją naturalność, swoją pewność siebie, swoją swobodę towarzyską.

Po trzech latach odważyła się wybrać na zawody lekkoatletyczne. Spodziewała się, że przeżyje je silniej. Nawet nie myślała, że sport potrafi jej tak zobojętnieć. Publiczności było niewiele; zawody miały niedużą rangę. A jednak ten mecz miał decydujące znaczenie dla jej życia – wówczas pojawił się On. Nie sądziła, że po banalnej rozmowie na trybunach zada sobie tyle trudu, by ją odszukać. A jednak już w poniedziałek czekał tuż po trzeciej przed biurem. Do zmroku krążyli ulicami, nie mogąc się rozstać. Mijał dzień za dniem, a ona niecierpliwie oczekiwała chwili, gdy z okna dostrzeże znajomą sylwetkę i będzie to znaczyć, że za parę minut znajdzie się u jego boku, a potem kolejny wieczór będzie należał znowu do nich.

Któregoś z tych wieczorów po raz pierwszy powiedziała do niego to przeklęte słowo na „a”. Pragnęła, aby usłyszał je jak najbardziej naturalnie. Żeby zabrzmiało w jego uszach jak „chleb”, „kwiat”, „pójść”, „akacja”. I On musiał usłyszeć je w taki właśnie sposób. „Jesteś tak duża – żartował – że starczy mi ciebie na całe życie. A ten palec, którego nie ma... Nie będę zazdrosny, że nie będzie do mnie należał.”

Odtąd należała do niego cała. Świat podzielił się na dwie połowy. Tę okrutną, zewnętrzną, w dalszym ciągu groźną. I tę, której zawsze było za mało. Która była azylem. Którą można było nakryć całe ciało, jak ciepłą kołdrą i zapamiętywać się w miłości. Walczyła o to, by poszerzyć granice tej szczęśliwej krainy. Wzięli ślub, a Ona wystarała się o zastępcze mieszkanie w przyzakładowym baraku. O czymś stałym nie mogli na razie myśleć. On ze swoim nieukończonym awuefem mógł zostać jedynie niskopłatnym nauczycielem w szkole podstawowej. Jej skromne zarobki w biurze też nie gwarantowały, że kiedyś uskładają na własne, spółdzielcze mieszkanie. Wówczas zdecydował, że podejmie pracę w milicji. Liczył na szybkie awanse, na wysoką pensję, która umożliwi żonie kontynuowanie zaocznych studiów ekonomicznych. Nie bez znaczenia był dla niego również fakt, że nie będzie marnotrawił swojej energii w martwocie biurowej.

Minęło kilka lat. Pełny wkład na książeczce mieszkaniowej przybliżał nadzieję na własny dom. Pokój w baraku nasycił się przez te lata niezbędnymi sprzętami. Gdy po służbie wracał do domu, znajdował wypoczynek w swoim fotelu, przy swoim stole, w swoim łóżku. Brał ze swojej półki swoje książki z ulubionej dziedziny: batalistyka i wspomnienia wojenne, czytał przy swojej lampce nocnej, a potem zasypiał w ramionach swojej żony.

Ona budziła się pierwsza. Było zupełnie ciemno lub ledwo świtało. Szła do sklepu. Przygotowywała śniadanie. Zamykała drzwi na klucz i wychodziła do pracy. Wreszcie robiła zakupy, gotowała obiad lub jechała na uczelnię. Miała przerwę w studiach, zbyt absorbowały ją dom i mąż. Teraz już umiejętniej potrafiła wyważać proporcje. Mniej czasu zajmowało jej gotowanie, doszła do wprawy. Wracała wieczorem. Zjadała kolację, która na nią czekała. Przeglądała kilka skryptów przy nocnej lampce, gasiła światło i zasypiała w jego ramionach. Dzieci i samochód odkładali na czas, gdy urządzą się w nowym mieszkaniu.

Tuż przed przeprowadzeniem się do mieszkania w blokach zaczęły się jego kłopoty ze zdrowiem. Nie wyglądało to z początku poważnie. Drętwienie palców u nóg zdarza się każdemu. Drobna ranka, która temu towarzyszyła, nie sprawiała również wrażenia groźnej. Dopiero gdy lekarz wspomniał coś o chorobie Buergera, wpadła w rozpacz. Odżyło w niej znienawidzone słowo na „a”. Lękała się tego słowa, nie zapomniała o nim nigdy. Z czasem wszystko, co robiła, skierowane było przeciwko niemu. Najchętniej zniszczyłaby to słowo – lub siebie. Ćwiczyła się w sprawności zapominania. Latami zmuszała myśl do omijania pewnego obszaru świadomości dla uniknięcia udręki, która w nim mieszkała.

Musiała sama zająć się przeprowadzką do nowego mieszkania, ponieważ On przebywał w szpitalu. Wrócił z niego po kilku tygodniach, już pod nowy adres, bez prawej stopy. Właśnie wtedy, gdy sądziła, że będą w stanie osiągnąć pełnię szczęścia, wszystko zaczęło się walić. Popadł w apatię i Ona potrafiła go zrozumieć. Gdyby było dziecko, myślała, nadzieja potrafiłaby go z niej wyrwać. Tak więc czekała. Czekała.

Po roku i Ona straciła nadzieję. Stała się nerwowa; widok mężczyzn, kieliszek alkoholu, przyprawiały ją o drżenie ciała, o rumieńce. Złościła się sama na siebie.

Myślała: „Nie mogę mu tego zrobić. Czemu On jest winien? To ja zaraziłam go tym strasznym słowem na „a”... To kompletne fiksum-dyrdum. Fiksum-dyrdum, fiksum-dyrdum – powtarzała te magiczne słowa zapamiętane z dzieciństwa. – Zupełnie oszalałam, ale czuję się naprawdę winna. Wniosłam w nasz dom to przeklęte słowo. Właściwie nigdy o nim nie zapomniałam. Powtarzałam je w pamięci co dzień i co godzina, aż sprowadziłam licho. Nie, kochany, nigdy cię nie zdradzę. Nawet za cenę utraconego macierzyństwa. Nigdy tego nie zrobię”.

W listopadzie została wydelegowana na naradę szkoleniową do Krynicy. Była to męcząca nasiadówka, zorganizowana jedynie dlatego, żeby przed końcem roku wyczerpać przewidziany na szkolenie budżet. Wyrywała się wcześniej z zadymionej sali i razem z Jagodą, koleżanką z pokoju, spacerowały ulicami kurortu, zachodziły do starej pijalni wód lub jeździły kolejką na Górę Parkową.

Wieczorem chodziły do kawiarni i rozmawiały o tym i owym. Potem, gdy dosiadali się jacyś panowie, a śmiech Jagody perlił się nad każdą opowiadaną przez nich facecją, opuszczała towarzystwo i samotnie przechadzała się uliczkami albo oglądała telewizję w ośrodku. Jagoda prosiła, aby nie wracała do pokoju przed dziesiątą, to ona już potrafi zrewanżować się za przysługę.

Tak minęły trzy wieczory. Gdy wracała, Jagoda spała albo siedziała w łóżku i paliła papierosy. Tego wieczoru powiedziała: „Jutro tobie zostawiam pokój do dziesiątej. – I spojrzawszy na jej nieszczególna minę, wybuchła – Co ja mogę poradzić na to, że mam kurwę w charakterze! Każdy mnie znudzi, zanim poznam go bliżej...”. Wtedy Ona wyznała żałośnie, nie mogąc poznać swego głosu: „Mój mąż może raz na trzy miesiące, i to nie zawsze wtedy, kiedy potrzeba”. Do drugiej w nocy szeptały przy zapalonym świetle.

Ciążę przechodziła wyjątkowo dobrze. Przytyła znaczniej dopiero przed rozwiązaniem. Właściwiej byłoby powiedzieć: zaokrągliła się. Jak gdyby jej za duże ciało trwało w oczekiwaniu, aż wpisze się w nie macierzyństwo i wypełni brzemieniem. I sensem.

Bardzo ciężkie były te pierwsze tygodnie po urodzeniu małego. Nie dość, że nikt po nią nie wyszedł, nie odwiózł do domu, przez co czuła się trochę jak panna z dzieckiem, to i w domu nie znajdowała męskiej pomocy. Wiedziała już, że przytrzymują go w szpitalu i że z myślą o uratowaniu choć jednej stopy należy pożegnać się definitywnie. Przecież i Ona równocześnie przebywała w klinice, ale jej pobyt o ile był krótszy i jakże inny. Tylko uśmiechnięta twarzyczka dziecka potrafiła oderwać ją od smutnych rozważań.

Dopiero wówczas, gdy powrócił On i stopniowo nabywał wprawy w posługiwaniu się wózkiem inwalidzkim, wszystko zdawało się powracać do normy. Ubyło jej trochę obowiązków. Kiedy wracała z pracy, dziecko zwykle już spało. Leżało w łóżeczku lub wózku, gdy było upalnie – przy drzwiach balkonowych. W kuchni dostrzegała pozmywane naczynia, plastykowe wiadro ze śmieciami przygotowane, aby je wynieść do zsypu. Wieszała płaszcz na wieszaku, z torby wyjmowała wiktuały i umieszczała je w lodówce. Wychodziła na moment do zsypu. Potem poprawiała kilka szczegółów w pokoju, wycierała kurz z półek. Chwilę rozmawiała z mężem przy herbacie. Zabierała się do przyrządzania obiadu. Gdy obiad był gotów, budził się mały i domagał swojej porcji mleka. Bawiła się z nim przez chwilę, przy okazji sprawdzając stan pieluszek.

Mały rósł. Miała w pracy pod szkłem całą serię zdjęć, które dokumentowały jego prawidłowy rozwój. Lubiła wpatrywać się w te fotografie, a spoglądając na nie, doznawała zawsze jakiegoś ukojenia. Lecz tego dnia poczuła się dziwnie podekscytowana. Nie umiała sobie tego wytłumaczyć. Wreszcie wyłowiła z pamięci sen, o którym zapomniała, sposobiąc się pospiesznie do wyjścia z domu. Śniła się jej taśma produkcyjna w jakichś zakładach drobiarskich. Musiała coś takiego widzieć w telewizji. Siedziała w białym fartuchu przed przesuwającymi się hakami z drobiem. Obie ręce w gumowych zakrwawionych rękawicach. W prawej olbrzymi nóż. Gdy kurczak, obrany już z piór, pojawiał się przed jej stanowiskiem, lewą ręką chwytała go za nóżki i olbrzymim nożem odcinała je tuż poniżej uda.

Gdyby nie bilans półroczny, o który już monitowało zjednoczenie, nie pozostałaby ani chwili w pracy. Cóż to była za mordęga doczekać do trzeciej! Nie poczyniła, jak to miała w zwyczaju, niezbędnych zakupów, a taksówka pojawiła się na postoju nadspodziewanie szybko.

Sprawnie otworzyła drzwi mieszkania i powiesiła torbę. Kątem oka dostrzegła zielone wiaderko przygotowane do wyniesienia i pozmywane naczynia w kuchni. Nie wiedzieć kiedy, znalazła się w pokoju. Dziecko spało. Chciała wejść do jadalni, ale drzwi, choć uchylone, nie chciały otworzyć się szerzej. Wówczas wcisnęła głowę w szparę i pierwszą rzeczą, którą zobaczyła, był pusty wózek męża na środku pokoju. Pod drzwiami leżało nienaturalnie skręcone ciało. Dostała się jakoś do środka. Od górnej framugi zwisał sznur z kilku związanych pieluszek. Był na szczęście zerwany. Gdy sobie to uprzytomniła, podbiegła do męża. Odciągnęła ciało na tapczan. Nachyliła się nad nim. Wzięła w swoje silne dłonie jego rękę. Wyczuła lekki puls w nadgarstku. Wtedy dokładnie przyjrzała się dłoni. Między palcami dostrzegła niedużą rankę. Przysypaną pudrem.

 

Zbigniew Dominiak
Rys. Piotr Chrzanowski

 

Maszynopis niedatowany. Powstał prawdopodobnie pod koniec lat 60. Przy przepisywaniu uwzględniliśmy odręczne poprawki i uzupełnienia tekstu przez Autora.