POWRÓT

Kociuba1

Zbigniew Dominiak

 .

 

Nadnarrator
 

Ulica peryferyjna: 1. Rynsztoki, którymi dopiero przed kilku laty przestały płynąć fekalia. 2. Rachityczne drzewa z łapczywie rozłożonymi konarami. 3. Wydeptane trawniki i rabatki z irysami, ulubionymi kwiatami tej ulicy, powszechnie zwanymi liliami. 4. Bruk, który niespodziewanie przechodzi w pylistą szlakę. 5. Różnorodność domów: zapadające się w ziemię drewniaki, ale nie one przeważają; parterowe lub jednopiętrowe murowane kuby, bezładnie przyklejone do siebie – bokiem, skośnie, podpierające się, jak gdyby jedynie wspólnym wysiłkiem zdolne by były oprzeć się zębowi czasu (lub mniej patetycznie – jęzorowi wiatrów, wiejących z nieodległych pól).
 

Plan
 

Mówiłem: umieścić na tych brukach chłopskie wozy z główkami kapusty, przesypującymi się kopami ziemniaków, snopkami żółtej słomy do sienników, albo mniejszymi – siana dla królików hodowanych w drewnianych, dusznych komórkach obok węgla, desek opałowych i rozklekotanych wózków dziecięcych, służących do przewożenia „dodatków” ze składu węglowego. Wpraw to wszystko w ruch stanowczością demiurga drzemiącego pod sklepieniem czaszki, przygnij barwę, wywołując wrażenie senności. Niechaj się toczą koła dawno rozbite na tych twardych brukach. Potrzebna jest pomoc wyblakłej fotografii – nie odrzucaj jej. Podeprzyj się rocznikiem starej gazety nie wychodzącej od lat kilkudziesięciu. Wpatrz się w twarze starców – odszukaj w nich poprzez błękit niezmęczonych oczu dawne wizerunki. Szukaj reliktów, zachowanych fragmentów dawnej rzeczywistości, przywróć im chropowatość ginącą pod świeżym tynkiem i jaskrawą farbą.

Tak myślisz. Ale dobrze wiesz, że wszelka rekonstrukcja jest tylko złudzeniem. Cząstki poskładane z wielu wykopalisk nie tworzą całości, same w sobie prawdziwe, zlepione w całość tracą autentyczność.

A potem myślisz: podkreśl w naczyniu, mozolnie klejonym, rysy scalające, gips łączący gliniane ułomki. Pokaż: tak, to jest ten szkielet, nie wykoncypowany, nie założony z góry, lecz szkieletem się stający niezbędnym, by utrzymał części autentyczne. Bądź dumny, że narodził się potem, już po zebraniu całości odszukanych, bardzo zniszczonych glinianych skorupek. Potem te fragmenty ponumeruj skrupulatnie, w indeksie do pracy podając miejsca ich odkrycia. Tak zrekonstruowany dzban lub waza (to stworzone dzieło...) może mieć wartość wyłącznie dla ciebie. Może cię zachwycać wypracowany kształt, w którym podejrzewasz zręczną robotę dawnego mistrza lub tylko wątpliwą wartość mozaikowej składanki. Może ci się uda zlepić je tak dobrze, że siła sugestii wielu potwierdzi, że dużo w nim prawdy, dużo autentyzmu i ty uderzywszy lekko palcem uzyskasz rezonans przyjemny dla ucha. [...]

 

Krawiec to nie nazwisko. Nie tylko zawód. To przede wszystkim sposób bycia. Być Krawcem znaczy wierzyć w możliwość scalenia wszystkich części w całość. Całość o nadrzędnej wartości. Zresztą nie bądźmy zbyt wymagający. Idzie o jakąkolwiek sensowną wartość. Krawiec miał tę wiarę, jako krawiec oczywiście, ale i jako człowiek. Wierzył, iż doświadczenia w człowieku sumują się, a nie wykluczają. Przekonanie to było powodem chłonności umysłu, aktywnego do końca życia.

Pożegnajmy się w końcu z przekonaniem o możliwości istnienia ideału. Jest schyłek wieku dwudziestego i doskonałość wymarła. Krawiec zwątpił w nią w ostatnich latach swojego życia. Gdyby umarł wcześniej Doskonałość jako idea nie narodziłaby się nigdy. Nienarodzeni są wieczni. Od chwili, gdy Krawiec uwierzył w Doskonałość, żył w strachu, że zwątpi. Zwątpił na koniec. Ale niebezpieczeństwo nie tkwiło w tym, że zwątpił, ale w tym, że kiedyś uwierzył. Oto istota grafomanii. A mimo to namawiam do jej kultywowania.

Jestem Krawcem. Po napisaniu tego zdania mocniej ściskam w palcach długopis. Drogi Czytelniku, kimkolwiek będziesz, czy profesorem literatury, czy szarą myszą w mojej sieni, chciałbym, abyś wiedział, jakim gestem odwagi jest to zdanie. Jestem Krawcem. Wytężam całą swoją siłę, by nie ulec zwątpieniu przy ponownym wykaligrafowaniu tych dwu słów. Pisząc ten pamiętnik, piszę jak gdyby swoje epitafium, ale po śmierci zabraniam wypisania na grobie imienia i nazwiska. Uprzedzę wszystkich znajomych, aby na tablicy wypisano: „Tu leży Krawiec”. Jestem Krawcem. Właściwie byłem krawcem. Ale można przecież zmienić zawód i to o niczym nie świadczy. Nie zmieni się natury człowieka. Jeżeli czuję się w dalszym ciągu krawcem, to proszę o tę ostatnią przysługę. [...]

 

1.

Zauważyłem u Kociuby zgubną dla niego tendencję do naturalizmu. Tak wówczas sądziłem, dzisiaj byłbym bardziej rozsądny. Rozpatrzę to na przykładzie aniołków. Aniołki ze swej natury są istotami bezpłciowymi. Toż samo jest z amorkami, choć bezwiednie kojarzy je się z płcią męską. Jeżeli we wcześniejszych pracach Kociuby aniołki czy amorki (mistrz używał obu nazw wymiennie) bywały absolutnie bezpłciowe, to w okresie starzenia się artysty obdarzone są obfitymi cechami męskimi. Takie można spotkać jeszcze w jednym z pokoi Reicherta, malowanych na krótko przed śmiercią. Przez ten, wydawałoby się, szczegół, aniołek tracił klasyczne u Kociuby proporcje i stawał się – jak to określił Reichert – sprośny i wyuzdany. U samego Reicherta, gdym oglądał je onegdaj, nie wyczułem w tonie jego wypowiedzi przygany, natomiast druga żona gospodarza domu wypowiadała się na ten temat nie bez złośliwości, cytuję: „Księdza po kolędzie do tego pokoju nie wpuszczam, przecież nie będę wymagała, aby ksiądz, osoba bądź co bądź duchowna (to jej ulubione powiedzenie) nagie kutasy święcił...”.

 

2.

Wymienię polichromie Kociuby do tej pory zachowane, bez lub z niewielkimi zmianami, w mieszkaniach:

a/    babci Ogórkowej, sień i fragment sufitu koło pieca w pokoju (1)

b/   Stefanii Skwierczyńskiej duo voto Zając, mniejszy pokój, szczególnie ściana zachodnia (2)

c/    małżeństwa Skwierców, salon, sufit, ściany odnawiane (3)

d/   wdowy po Olgierdzie Jastro, Józefacie Marii Jastro, dwa pokoje, polichr. częściowo zniszczone na skutek wilgoci (4)

ad   1 – ul. Krokusa 12 m. 4 b, w podwórzu

      2 – ul. Długa 4 m. 3, parter, prawa oficyna

      3 – ul. Krokusa 7 m. 12, 3 piętro, front

      4 – ul. Ks. Brzózki 15 m. 9

 

3.

– Skąd wziąłeś ten motyw? – spytałem Kociubę. Był to rysunek bardzo oryginalny, wzór niespotykany w przyrodzie. Mistrz spojrzał na mnie zdziwiony, jakby nigdy nie przyszła mu na myśl możliwość postawienia takiego pytania.

– Skąd?

– Tak. Skąd się w tobie wziął? – powtórzyłem.

– Z patrzenia w rzekę – powiedział wymijająco, bo wzór był połamany, linie ostro krzyżujące się, różne od fali rzecznej, kreślącej krągłości i sinusoidy. Po chwili uzupełnił. – Stałem na kładce ułożonej na strumieniu. Dokładnie pamiętam. I właśnie wtedy...

Bardzo trudno mu było wyjaśnić ten postawiony przeze mnie problemat. Zmienił temat rozmowy, ale pytanie to nie przestało mnie nurtować i przy innej okazji zadałem je powtórnie. Nie pamiętam już o jaki motyw jego twórczości chodziło. Musiał to być jednak motyw rzadki, nietypowy dla Kociuby, bo inaczej zapamiętałbym z pewnością.

– To powstało podczas wychodzenia z psem – odparł. – Widziałem domy i ludzi. To był właśnie ten związek, to co łączyło tych ludzi z domami. I oddzielało ich...

Notuję te strzępy dialogu z Kociubą, bo w wypowiedziach Aleksa było coś tajemniczego, nieodgadnionego dla mnie. Może to był ten kontakt z nieznanym, właściwy prawdziwej sztuce. Gdzieś o tym czytałem i jeżeli jest ta tajemnica, to musiała z pewnością tkwić i w Kociubie.

[...]

Szybkimi krokami zbliżała się zawierucha wojenna. Wojska niemieckie miały rychło przekroczyć granice województwa. Ostatnie oddziały Strzelców Kaniowskich opuściły już miasto. Ewakuowała się policja i gimnazjaliści zrzeszeni w oddziałach przysposobienia wojskowego. Wszyscy zdolni do noszenia broni spieszyli na wschód. Nadgorliwcy szli dalej, aż za linię Bugu i Swisłoczy, gdzie niedługo potem otworzyła się szeroka perspektywa na Kraj Rad: na górzysty Ural, suche stepy Kazachstanu lub dorzecza Leny i Obu z Irtyszem.

Nie wiem, o czym wówczas myślał Kociuba, ale pewne, że nie przejawiał ochoty na tak długą wycieczkę. Być może małżonka Kazimiera, strofując go łagodnie: „Niemłody już jesteś, Olek, co będziesz dupy nadstawiał...” – przytrzymywała go przy sobie.

Pewne jest więc, że Kociuba jako jeden z ostatnich pospieszył na ratunek stolicy. Niecierpliwił się w domu i dopiero, gdy jego szwagier Leon Jujka, aktywista robotniczy, stawił się przed nim i odezwał w te słowa: „Chociaż macochą była mi Polska kapitalistyczna, choć sanacja wyrzuciła mnie poza nawias życia, to przecież ja i mnie podobni musimy ruszyć, by bronić stolicy” – Kociuba ubrał się w czarny garnitur i powędrował w kierunku Warszawy.

Tak więc, w dniu 7 września 1939 roku Kociuba pożegnał znajomych, ukochaną żonę i opuścił robotnicze miasto. W drodze towarzyszył mu Leon Jujka, aktywista robotniczy i szwagier, który od początku widział jasno, że jedyna droga przed narodem polskim, to droga walki. Kociuba podziwiał jego niespożytą energię:

– Toś ty, bracie, musiał się byczyć w tym więzieniu?

Niecierpliwym czytelnikom należy się wyjaśnienie, dlaczego Jujka nazwał kapitalistyczną Polskę – „macochą” i dlaczego sanacja „wyrzuciła go poza nawias życia narodu” oraz dlaczego „byczył się w więzieniu”. Wyjaśnienie tego można znaleźć w pięknym wierszu pisarza Broniewskiego pod tytułem „Bagnet na broń”.

Leon Jujka został aresztowany w połowie maja 1938 roku za politykę. Nie tracił jednak humoru i w więzieniu uczył się, wiedząc, że w przyszłości będzie potrzebny ojczyźnie i narodowi polskiemu. Interesował się każdym szczegółem życia politycznego w kraju i za granicą. Wiedział, że wojna z Niemcami jest nieuniknioną i lada dzień może wybuchnąć. W tej sprawie miał nawet prorocze sny, które opowiadał innym towarzyszom w więzieniu, bo oni nie chcieli się uczyć i nie zawsze interesowali się szczegółami życia politycznego w kraju i za granicą, a już zupełnie nie byli pewni, czy wojna z Niemcami jest nieuniknioną, i że lada dzień może wybuchnąć. Byli to ciemni towarzysze i tylko Leon Jujka, szwagier Kociuby, widział to wszystko jasno i przeważnie przez sen. Gdy rozległy się huki pierwszych bomb rzuconych na miasto, Leon Jujka nie mógł spać i trochę ciemniało mu w oczach. Z pierwszego piętra, gdzie siedział z towarzyszami, przeprowadzono ich na trzecie i zamknięto w celi bez sienników; tu Jujka już w ogóle nie mógł usnąć, bo posłaniem miała być cementowa, zimna posadzka.

Było ogólne zaniepokojenie: – Co zamierzają z nami zrobić?

Rano 6 września nie było apelu, nie było śniadania. W oczekiwaniu przeszedł następny dzień. Nikt im nie otworzył. Mieli wrażenie, że godziny, które mijały, były to całe długie lata. Mózg każdego z nich pracował gorączkowo. Przez zakratowane okienka patrzyli na przygnębioną ludność, uciekającą przed armią niemiecką. A potem dopadli [...]

 

Na początku okupacji Kociuba został złapany podczas jednej z pierwszych łapanek ulicznych w naszym mieście i wywieziony do Prus Wschodnich na roboty. Praca w rolnictwie była z gruntu obca delikatnym dłoniom mistrza.

Wyznał mi to kilka lat przed śmiercią w barze Andrus. Prace polowe w żyznej okolicy nad Niemnem wytwarzały w Kociubie wzgardliwą niechęć. I umarłby o kilkadziesiąt lat wcześniej, bo mimo dostatniego wyżywienia u pruskiego bauera, praca była ciężka, czy to przy żniwach, czy to przy nawożeniu pól uprawnych, czy też na odległym karczowisku, gdyby nie talent i żywotność artysty, zbliżającego się wówczas ku pięćdziesiątce. Opatrzywszy się trochę w miejscowych stosunkach społeczno-ekonomicznych, Kociuba od razu stwierdził, że właściciel gospodarstwa, spasiony bauer, jak najdalszy jest od tego, aby ocenić mistrzowski talent i przydzielić artystę do pracy innej, niż oporządzanie bydła i wywóz gnoju z długiej jak pociąg towarowy obory. Poszukał więc Kociuba pomocy na niższych piętrach hierarchii społecznej. Najemne robotnice wiejskie, młode Niemki, wydawały mu się bardziej tolerancyjne w ocenie artystycznych talentów.

Robił więc Kociuba małe pocztówkowe portrety dziewczyn, które przesyłały je w listach swoim chłopcom, zmobilizowanym przed napaścią na Kraj Rad. (Nb. Kociuba do końca dni swoich nie mógł uwierzyć w fikcyjność kapitana Klossa, święcie wierząc, że jest on Jankiem Kuzdroniem, który na początku czerwca 1941 roku przepłynął Niemen i uciekł do ZSRR). Za swoje prace otrzymywał Kociuba obfitsze posiłki i skierowanie do robót lżejszych.

Och, gdyby się na tym skończyło, mógłby Kociuba do końca wojny być najszczęśliwszym z przedstawicieli „niższej rasy”. Niestety. Nieszczęście stało się za sprawą Helgi, która pragnęła przypomnieć się ukochanemu w pełni swej krasy, ale nim akt był gotowy, Kociuba nie mógł się oprzeć, zresztą nie bez aprobaty, rzeczywistym wdziękom oryginału. Po Heldze poszło łatwiej z innymi, którym sam proponował malowanie uroczych obrazków dla wygłodniałych żołnierzy Wermachtu. Stał się więc Kociuba pierwszym donżuanem w gospodarstwie bauera Schwartza. Stan ten nie mógł trwać długo. Czyjeś zawistne słowo odsłoniło Schwartzowi dywersyjną robotę tej „die Polnische Schweine”, jak się wyraził podczas egzekwowania 50 batogów na obnażonym zadku Kociuby. Helgę i jej koleżanki ostrzyżono do skóry, nie pomnąc na ich patriotyczne, mobilizujące intencje. [...]

 

Nowelka szachowa, czyli o tym, że gdy artysta gra w szachy i pije denaturat (nawet gdyby przegryzał go cebulą), twórczość artystyczna leży odłogiem, i również o tym, jak błędna polityka kulturalna powoduje, że szewc bez butów chodzi, a malarz opuszcza ziemie świeżo odzyskane

 

W okresie minionym Kociuba, jak większość intelektualistów w kraju odcięty administracyjnie od pracy, w której znajdował sens swojego życia, popadł w gnuśność i marazm. I jak większość intelektualistów w kraju, aby nie zaprzepaścić en gros artystycznych talentów, pił wódkę i grał w szachy. Dodam, że działo się to w czasie, kiedy dobrowolnie poddał swój punkt usługowo-malarski w Świnoujściu socjalistycznej nacjonalizacji. Ściśnięty jak cytryna domiarami, nie skrzywił jednak cierpko ust, gdyż rychło wytłumaczył sobie, że ziemie tak niedawno odzyskane do całego narodu należą, a nie do jakiegoś tam Kociuby, i powróciły do Macierzy nie dla jakiegoś tam widzimisię, ale żeby odzyskane były i północno-zachodnie. Spakował więc manatki – nie wszystkie jednak, lecz tylko te, które uprzednio ukrył w piwnicy dozorcy – i powrócił na łono rodziny, które znajdowało się w naszym Mieście.

W zgrzebnej izdebce szewca Frejtaka, o sprzętach prostych jak ich właściciel: szafie bez nogi (podpartej grubą księgą pod tytułem „Uszkodzenia wojenne narządów płciowych i układu moczowego”), wodniarce udającej stół oraz barłogu, odbywały się owe obiady u Mani, na których Kociuba, emerytowany bon vivant, był ozdobą towarzystwa. Romantyczna ta sceneria wymaga wyjaśnienia. Otóż Józef Frajtak, ongiś przedniej klasy kopytnik i cholewkarz, pozbawiony możliwości legalnego nabywania skóry spauperyzował się był gwałtownie. A nawet wszedł w kolizję z prawem, gdy z kradzionego materiału buty szyć zaczął. Gdy po kilku miesiącach powrócił do domu, żony już nie zastał, bo z większością rzeczy i sprzętów wyprowadziła się do siostry w Zduńskiej Woli. Od tego czasu rozpił się strasznie i stał się utrzymankiem Mańki Łatoszko, tęgiej i czerstwej dziewczyny, która utworzyła w jego mieszkaniu punkt usługowy dla ludności, zgoła daleki od profilu szewskiego, bo przeznaczony jedynie dla brzydszej połowy. Prosto mówiąc: kurwiła się w jego domu, gdy przesiadywał w knajpie, i basta! [...]

 

O tym jak Kociuba wybrał się z pielgrzymką do Częstochowy, a trafił do Nowej Huty, czyli o tym, że niekiedy wsteczne motywy naszego działania prowadzą do postępowych celów

 

Ani się obejrzeć, a już człowiek wchodzi w schyłek wieku produkcyjnego. Podobnie Kociuba. Do życia zarówno w wieku produkcyjnym, jak i w wieku nieprodukcyjnym, potrzebne są, jak wiadomo, pieniądze. Gdy o nie zaś chodzi, to Olek wiedział, co myśleć.

– Talent się ma, pieniądze się tylko miewa – zwierzał mi się wielokrotnie w barze Andrus.

Miewał się więc Kociuba jeszcze dobrze, ale pieniądze miewał jeszcze rzadziej.

– Gdy trwoga, to do Boga – westchnął i doznał olśnienia, jakiego się doświadcza jedynie wówczas, gdy myśli się o rzeczach zasadniczych. Kościół. Tak, duży kościół ze zniszczonymi polichromiami.

I już Kociuba był w domu, a raczej w kościele. Namawiał proboszcza sąsiedniej parafii, aby wnętrze kościoła odnawiać albo chociaż sentencje łacińskie, które w usta niektórych świętych dawniej jakiś niekomunikatywny artysta powkładał, na polskie, rodzime, zamienić. Ksiądz, istota konserwatywna, przystać na propozycję Kociuby nie kwapił się. Olek ponawiał swoje wizyty, namawiał, przekonywał, a schyłek wieku produkcyjnego nieubłaganie nadciągał, jak to tylko on potrafi. Proboszcz łamał się w sobie. Kociuba miękkość jakąś w odmowach księdza wyczuwał i postanowił kuć, póki gorąco.

Pierwszego lipca pielgrzymka do Częstochowy z sąsiedniej parafii wyszła nowocześnie, dyskretnie, bez rozgłosu. Proboszcz zniknął. Kociuba myślą o kościele i schyłku przeniknięty niewiele się zastanawiał: z domu wziął, co pielgrzymowi w drogę zabrać przystoi, i na rogatkach miasta proboszcza z tłumem dogonił. Z tydzień tak szli. Idą. Kociuba w ucho księdzu nowe argumenty sączy. Przystają. Proboszcz pod figurą lub krzyżem z pielgrzymami modły odprawia. Kociuba w gospodzie przydrożnej robaka odmowy zalewa, argumentów silnych poszukuje. Znów idą. Kociuba perswaduje. Przystają. Kociuba myśli i pije. A tu już Częstochowa wynurza się spośród mgieł. Olek przystępuje do ostatniego oblężenia. Na nic zdaje się ono. Kociubie pozostaje jedynie poczekać, gdy pociągiem do domów powracać procesja będzie, a z nią i proboszcz zatwardziały.

Poszedł więc na dworzec w barze na powracających oczekiwać. Wieczór nadchodził, a pielgrzymi nie wracali. Zdrzemnął się Kociuba w przedziale pociągu, który stał na bocznym torze i obudziło go wstające słoneczko, w czerwonej cegle miasta Nowa Huta radośnie pobłyskujące.

[...]

Gawędziliśmy jak zwykle w barze Andrus, gdy Kociuba wyznał mi, że przeżył okupację niemiecką dzięki zakonnicy. Znałem wiele osób, które zawdzięczały swe życie przypadkom tak zupełnie nieprawdopodobnym, jak ugrzęźnięcie bomby między pierwszym piętrem a parterem tuż nad sklepieniem bramy, w której się znajdowały, czy zwykłej pierzynie z puchem gęsim (po raz który to gęsi ratują ludzkość!) będącej ostoją dla zabłąkanego szrapnela. Znałem i przypadki inne, jak ten, który przyniósł śmierć dwu dorosłym synom Franciszka Dery, gdy wybrali się do wygódki rankiem pierwszego września. Nieszczęsny Dera przez dwa dni zbierał ich szczątki w kloacznym dole, tak niespodziewanie powiększonym do rozmiarów kilkumetrowego leja po niemieckiej bombie.

Toteż nie zdziwiłem się zbytnio, gdy Kociuba, popijając piwo w barze Andrus, wyznał z pewną nieprzeczuwaną wówczas przeze mnie satysfakcją, że przeżył dzięki zakonnicy.

– Zdradziłem swoją żonę tylko raz! – powiedział.

Znałem już ten zwyczaj zastrzegania się Kociuby, który był na dnie duszy pantoflarzem i chociaż wiedziałem o co najmniej kilkunastu jego przygodach, trzeba przyznać, że nigdy nie mówił tego samego dnia o więcej, niż jednej. Opowiadając zaś o niej, zapominał o innych, nie kłamał więc, mówiąc, że zdradził tylko raz. Dopiero teraz, kiedy rekonstruuję życie zmarłego przyjaciela, ktoś postronny mógłby przypiąć Kociubie łatkę rozpustnika. Przestrzegam go przed tym, prosząc, aby uszanował pamięć zmarłego, tak rozsądną i tak ludzką.

– Pracowałem wówczas w Hamburgu, a ponieważ nie byłem jeszcze stary – westchnął, a było to westchnienie bardzo głośne, połączone bowiem z przełknięciem dużego łyku piwa, zostawiającego na jego zaroście białą obwódkę piany – wszystkie ułomności ludzkiego ciała nie były mi obce. Poznałem kobietę, Niemkę, niemłodą i niezbyt urodziwą... Wyjął z paczki papierosa, gniótł go w palcach, miętosił, obstukiwał o blat stołu i długo przymierzał do szklanej lufki, jak gdyby pozostawiając mi czas na przynaglenie wyobraźni.

– Rozpustna stara zakonnica, która uznała czas wojny za okres zwalniający od modłów i wstrzemięźliwości przynależnej jej stanowi, szybko się zadomowiła w moim umyśle. „Zmarnowałam wiele najpiękniejszych lat życia – mówiła. – Ciało moje wygląda jak zwiotczały kalafior, a tam, gdzie powinna znajdować się ciepła włosiana mufka, na którą kiedyś zazdrośnie spoglądała w kąpieli siostra przełożona, tam teraz jest coś, co przypomina wyleniałego jeża o gorącym, wiecznie głodnym pyszczku. Czemu by – mówiła – nie powetować sobie strat zadanych młodości z tym jurnym, wygłodzonym Polakiem. Miłość – mówiła dalej do siebie – jest tym anormalnym stanem, gdzie głodny potrafi nakarmić głodnego.”

Kociuba przytknął zapaloną zapałkę do czubka papierosa i zaciągnął się mocno.

– Dopiero ona, ta stara Niemka, oduczyła mnie miłości do zakonnicy. Ale moje serce wyszło z tej przeprawy mocno osłabione. – Silnie odczułem gwałtowne przyhamowanie fantazji. – Pracowała w drogerii i czysty spirytus miałem już bez przeszkód.

– A co z tą zakonnicą? – spytałem zniecierpliwiony.

– Już później jej nie widziałem. Za dużo Polaków dowiedziało się o jej istnieniu. Wszyscy kupowali, bo była tania i na prawdziwym spirytusie. Ja w tym czasie robiłem przepalankę z czystego spirytusu i nie piłem już kropli na serce...

– Jakich kropli?

– No, „zakonnicy”, „Klosterfrau”...

[...]

– A co będzie, jeżeli jestem nieśmiertelny? – spytał mnie złamanym głosem Kociuba. Było to kilka lat przed jego śmiercią. Właśnie wrócił od lekarza, który stanowczo zabronił mu, z powodu występującego nadciśnienia, pić, palić i malować.

– Takie życie – kontynuował Olek – to gorsze niż piekło. Gdy nie wypiję, nie popalę i siarczyście nie zabluźnię, szlak trafi niewinność aniołka. Bo słuchaj – mówił – aby malować aniołki na suficie, trzeba mocno stać na ziemi. Gdy nie wypijesz, ręce ci się trzęsą jak dupa prawiczkowi, w nogach jesteś tak słabiutki, że drabina się pod tobą rozkracza jak baba na drodze. A w głowie, bracie, zamiast wiedzieć co i jak, jakbyś miał nasrane pod kopułą.

I tu Kociuba zaczął streszczać własnymi słowami zjawisko iluminacji według Świętego Augustyna, o którym kiedyś w zakrystii opowiadał mi szeroko ksiądz Kosiara, proboszcz naszej parafii.

– Takie życie, to nie życie – protestował Kociuba, jak każdy prawdziwy artysta, gdy niesprzyjające okoliczności odrywają go boleśnie od narkotyku egzystencji, pieprzu w zupie życia: od sztuki.

– A co będzie, jeżeli jestem nieśmiertelny – powtórzył.

Sądziłem, że był to zwykły chwyt retoryczny, od którego nie wolna jest i współczesna poezja, ale nie. Okazało się, że miał pewne podstawy, aby tak sądzić. Opowiedział mi wówczas o trudnych dniach swojego życia we wrześniu 1939 roku, gdy ze szwagrem, Leonem Jujką, wkroczyli do ostrzeliwanej stolicy. Dzięki temu jeszcze jedna biała plama z barwnego życiorysu Kociuby została wywabiona.

 

(Wabiłem tę plamę, na wabia byłem gotów posłać kilka moich plam, aby ta plama została wywabiona z barwnego życiorysu Kociuby.)

[...]
 

Jeden dzień służby plutonowego Brzostka, czyli o tym, jak sprawa Kociuby była przedmiotem obywatelskiej inwigilacji, o Kubiakowej i jej podobnych, o problemie Babki-Polki i stereotypach w myśleniu, z przesłaniem – trochę patetycznym – do Młodzieży

 

Gdy pisze się do szuflady, najlepiej posiadać do niej jedyny klucz, aby móc go połknąć w stosownej chwili. Miałem i ja w tej mierze swoje kłopoty. Papiery moje, na których spisywałem dzieje Kociuby w ich społecznym uwikłaniu, wzbudzały od pewnego czasu duże zainteresowanie, a to szczególnie mojej sąsiadki, Władysławy Kubiak, która od czasu do czasu przychodziła do mnie posprzątać mieszkanie. Krawiec, a coś tam gryzmoli – myślała pewnie sobie. Papiery zaś w żaden sposób nie chciały przypominać krawieckich rachunków i pomiarów. Jednym słowem, musiała otworzyć szufladę mahoniowego kredensu przy po mocy zapasowego klucza i zagłębić się w czytaniu. Czyta, o ile mi wiadomo, dość opornie. Niewiele więc musiała – poza nazwiskiem: Aleksander Kociuba, którego znała osobiście – wyczytać; ale właśnie takim Kubiakom wydaje się, że są najbardziej kompetentni.

Ponieważ zbliżała się Wielkanoc i chciałem mieć wysprzątane mieszkanie, wyniosłem na ten czas notatki poza dom. Osobą najbardziej godną zaufania wydawała mi się babcia Ogórkowa, która trudniła się przez długi czas pokątną sprzedażą wódki i nigdy nie miała „wpadki”. Mówię o tym, że poszukiwałem osoby godnej zaufania, gdyż przewidywałem, że Władysława Kubiak może się rozdrażnić brakiem moich papierów. Znam uczucia ludzi, którym gwałtownie przerywa się lekturę ledwie rozpoczętej powieści, czy to historycznej, czy też romansu, albo innej, np. Sensacyjnej. Kubiakowej z pewnością wydawało się, że moje notatki mogą być namiastką takiej literatury. Tacy Kubiakowie nie mogą wiedzieć po kilku przypadkowych zdaniach, jakie są w stanie odsylabizować, że mają do czynienia z zamiarem poważnym, a przez to dla nich niezbyt interesującym. Zamysłem moim jest przecież napisanie rzeczy poważnej, wręcz faktograficznej, a mianowicie naukowej monografii o utalentowanym artyście z naszego terenu, który życie miał ciekawe, a i śmierć w niecodziennej pozycji.

O tym wszystkim nie miała pojęcia zawistna Władysława Kubiak, gdy w okresie przedświątecznym rozpoczynała w mieszkaniu porządki, pod moją nieobecność. Jeżeli powiem, że oprócz dorywczych prac w prywatnych domach Kubiakowa miała etat sprzątaczki w komisariacie dzielnicowym, to jasne się staje, że pragnąłem, aby nie rozleniwiała się w moim pokoju przy czytaniu czegokolwiek. Oto moja motywacja: posadka państwowa i do tego zarobki uboczne w mieszkaniach prywatnych, przynosiły w sumie niezły pieniądz. A ja jeszcze, myślę, będę takiej za czytanie płacił ze swojej skromnej pensyjki!

Dość, że rękopisma oddałem w doświadczone ręce Babci Ogórkowej. Chwalić Boga i podskakiwać, bo wydarzenia potoczyły się wartko. Znam ich przebieg z dokładnych relacji wszystkich zainteresowanych, dlatego przedstawię je drobiazgowo, a jeżeli uda mi się uogólnić – uogólnię.

W piątek rano plutonowy Brzostek otrzymał polecenie odnalezienia moich papierów i – wyposażony w odpowiednie upoważnienia – wkroczył w ulicę Krakusa. Zaszedł najpierw do wdowy po Aleksandrze, Kazimiery Kociubiny. Nie mógł jednak dopukać się do mieszkania; Kazimiera chorowała ostatnio, osłabł jej słuch i wzrok. Brzostek udał się więc pod drugi adres, który zawistna Kubiakowa zapodała w komisariacie.

Przez uchylone drzwi, na wszelki wypadek zabezpieczone jeszcze łańcuszkiem, Babcia Ogórkowa przywitała plutonowego Brzostka słowami:

– Mój ty Boże, tak rano, pewnie jeszcze śniadania nie jadł?

Nie powiem, speszyło to trochę plutonowego, nakaz szybko do torby schował. Minę musiał mieć nie bardzo, bo Babcia Ogórkowa odryglowała drzwi i zaprosiła go do wnętrza z imponującym malowidłem ściennym autorstwa samego Kociuby pt. „Pan Jezus chleb rozdający” (na marginesie dodam, że jest to jedna z niewielu prac Kociuby, której pomysłodawcą nie był mistrz, ale ktoś inny, w tym przypadku – Babcia Ogórkowa).

Gdy Brzostek błądził wzrokiem po ścianach, Babcia Ogórkowa pokręciła się przy piecyku, kanonką zwanym, i zawstydzonej władzy zaserwowała po chwili głęboki talerz klusek na pełnotłustym mleku. Plutonowy, przed podniesieniem łyżki do ust, zreflektował się i zaczął niezręcznie objaśniać cel swojej wizyty. Kiedy przełykał pierwszą łyżkę drobniutkich – i z pewnością świetnych, gdyż znam dobrze kuchnię Babci Ogórkowej – klusek – staruszka kategorycznie odpaliła:

– Nie ma u nas, i być nie może, żadnej bolszewickiej bibuły.

Biednemu Brzostkowi kluski uwięzły w przełyku, a mleko obfitym strumieniem ściekało po brodzie, plamiąc nie tylko koszulę, ale i służbowy mundur. Krztusił się plutonowy dłuższą chwilę, potem stopniowo opanował drżenie policzków i szybko spałaszował całą porcję (słowo daję, że świetnych) babcinych lanych kluseczek.

Na domiar złego, gdy już dziękując, szykował się do wyjścia, Babcia Ogórkowa wystąpiła z gorącą prośbą, czy nie mógłby wkręcić żarówki do żyrandola, gdyż wnuczka wyjechała na wycieczkę, a ona sama... Otóż z tego powodu plutonowy Brzostek zbałamucił jeszcze z godzinę, gdyż stołeczek był zmurszały, czego nie było widać pod wielowarstwową farbą, i załamał się pod Brzostkiem, który upadając wyrwał z sufitu żyrandol, uszkadzając Kociubowe słońce, wokół niego namalowane, co można było do tej pory w pokoju Babci Ogórkowej oglądać (oprócz niedziel, przed południem).
 

Zbigniew Dominiak
Rys. Piotr Chrzanowski

 

Wybór, układ tekstu, kolejność przedstawionych fragmentów i opracowanie Konrad W. Tatarowski
 



1. Tytuł zapisany drukowanymi literami na wiązanej, brązowej, papierowej teczce, która zawiera dwadzieścia jeden stron maszynopisu – fragmentów nieukończonej powieści. Ręczne uzupełnienia i dopiski Autora, zaznaczyłem kursywą – KWT.