|
Umarłemu kadzidło Zbigniew Dominiak .
20.12.2001, czwartek, św. Dominika
Dr Hanna Saryusz-Wolska, wczoraj, gdy zadzwoniłem do niej po raz pierwszy, bardzo miła i elokwentna, dzisiaj rozmawiała ze mną jak z trupem. Po prostu zapoznała się z wynikiem biopsji.
Tak zaczynam ten zeszyt. Fakty z teraźniejszości relacjonując w kalendarzu, tutaj, póki będę mógł utrzymać w ręku długopis, chciałbym notować to, co pamiętam – z moich ślicznych córek (a tak jeszcze młodych) czyniąc w przyszłości głównych czytelników tych zapisków.
Jaką formę wybrać, wiedząc, że dni są krótkie? Nie będę miał zapewne okazji dłużej popracować nad stylem i głębią, pozostaje więc doraźna forma – mówiąc językiem Białoszewskiego – zanotów. Może kiedyś ktoś je ponumeruje i ułoży, ale zapewne nie. Czy stać mnie będzie na szczerość i systematyczność?
Dziś szedłem Nawrotem od Piotrkowskiej w stronę redakcji „Tygla”. Naprzeciw mnie pojawiła się zarośnięta i opuchła twarz Grzegorza Kościńskiego, który niegdyś pisywał wraz z Andrzejem Biskupskim uczone rozprawki o poezji. W roku 1980 wydał także zbiór wierszy „Moja biedna malutka ukochana”. Recenzowałem go, a potem przedrukowałem w książeczce „W poza siebie”. Szkic nosił tytuł „Rozmyślania o miłości, śmierci i upokorzeniu”. Pisałem w nim m.in. „... poezja Kościńskiego nie jest poezją gestów gwałtownych (...), ale właśnie jakby wyrażała zgodę na powolną autodestrukcję podmiotu lirycznego. Nawet śmierć pozbawiona jest tu akcesoriów, którymi tradycyjnie uprawiała swoje rzemiosło; w wierszu pt. „Sabat czarownic” czytamy: „Dama na kielich zamieniła kosę”. Tragedia nie jest już tamtą tragedią, odkąd „Kozioł się czarny na wątrobie śmieje”. Od słowa „kozioł” („tragos”) – przypomnijmy – tragedia wzięła swoje miano. Także szatan – uosobienie zła – przestał być dawną, obcą mocą – to ktoś bliski, może ty sam. W prozie poetyckiej pt. „Diabeł” mówi Kościński: „Współczesny szatan bardzo się różni od swego historycznego prototypu. Nie atakuje i nagabuje ludzi sobie obcych. Zajmuje się bliskimi (...)””.
Właśnie wczoraj wieczorem czytałem A. ten fragment. Nie znała Kościńskiego. Ja go pamiętam bardziej niż znam. Teraz jest lumpem, który często popija z koleżkami na ulicy. Musi tu gdzieś mieszkać. Przeszliśmy obok siebie mimo. Nie wiem, o kim pisał wtedy. Ale dzisiaj to mnie KOZIOŁ SIĘ CZARNY NA WĄTROBIE ŚMIEJE.
Urodziłem się 25 kwietnia 1947 roku w domu przy ulicy wówczas (a i dziś) Dowborczyków 38. Posesja ta składała się z dwu oficyn w głębi; frontowej kamienicy nie zdążył chyba zbudować jej właściciel – piekarz z naprzeciwka o (jak mówiła mi mama) nazwisku Henochowicz, który przetrwał niemiecką okupację i odnalazł się w Ameryce. Urodziłem się w pokoju mojej babki i dziadka, nie wiem tylko, czy na łóżku przy oknie, czy też opodal zegara. Chcę wierzyć, że przy zegarze z tarczą Beckera. Zegar po śmierci dziadków zabrałem ze sobą i odtąd odmierzał mi czas, z przerwą na mieszkanie przy ul. Armii Czerwonej 7 -Popowskiego l, gdzie jego uderzenia rozsadzałyby ciasne ściany.
Odbierała mnie akuszerka, podobnie jak o cztery lata ode mnie młodszą siostrę Iwonę (Isię, mówiliśmy od początku), zamężną Ciemierską. Te chwile pamiętam doskonale! Wyszliśmy z ojcem do sąsiedniego domu (jednopiętrowego), gdzie na parterze mieszkały moje ciotki, chyba jednak nieskoligacone ze sobą. Może do nich wrócę, bo zostawiły jakieś ślady w moich wierszach. W ów szczególny dzień roku 1951 widziałem niepokój na twarzy ojca. Pamiętam go, jak w oknie (już z mamą zamienili mieszkanie przy placu Reymonta na sąsiedni pokój z kuchnią, należący dotąd do szewca imieniem Jurek), oknie konkretnym, o którego parapet opierał łokieć, powtarzał w kółko: „Będzie córka!”. Kochał ją do końca swoich dni, znajdując w niej podobne usposobienie i temperament. No i może za to, że jej narodziny dały mu znakomite alibi, żeby nie pójść na pochód. Było to bowiem l maja tysiąc dziewięćset (przypomnę) pięćdziesiątego pierwszego roku, apogeum stalinizmu, a ojciec pracował w drukarni RSW „Prasa” (nazwa pewnie późniejsza); były to stare hale fabryki Szai Rozenberga przy ulicy Żwirki (?), przejęte przez ten partyjny Koncern. I ja miałem swoje święto, gdy przybiegła jedna z ciotek, bodaj Wanda Bruska (de domo Wolszleger), z wiadomością o narodzinach maleńkiej. Pamiętam ją w rękach czterolatka (zbrodnia!) w szkle lustra, na które mówiono „tremo”. A potem, tego samego jeszcze dnia zaprosiłem dzieci z naszego podwórka na ciastka i oranżadę. Byłem psychicznie przygotowany na pojawienie się przy mnie konkurentki do serca dorosłych, ale przez pewien czas mój egoizm stawał okoniem.
Dzień 3 stycznia Nowego Roku 2002 Oddział Chemioterapii Szpital Kopernika – dzień Pierwszy
W przeddzień Sylwestra, czyli w imieniny ojca, rozpocząłem nagrywanie rozmowy (zwierzeń... wspomnień) dla Radka Tatarowskiego, który to zaproponował1. Zaczęliśmy od genealogii i dzieciństwa. Może obie narracje będą się uzupełniać bądź pokrywać? Nie szkodzi. Dotąd odbyły się dwie sesje – druga w Nowy Rok, z udziałem (niestety, dość biernym) Jurka Webera, który stwierdził, że dotąd nie znał mnie zupełnie!
Dlaczego na hycli mówi się rakarze? Czyżby od podobnego sposobu operowania pętlą? Musiałem to widzieć. Obraz jest zbyt sugestywny, aby opierał się na opowiadaniu dziadka. Róg Głównej i P.K.W.N. Wóz konny, takim niegdyś (po wsiach, to pamiętam) rozwożono wędliny do sklepów, pieczywo... Zielonkawa blaszana, półokrągła buda. Dwóch hycli, jeden wybiega i pętlą podrywa niedużego pieska. Jego przeszywający powietrze pisk.
Pierwsza śmierć. Mogłem mieć z cztery latka, szedłem z babcią przeciwną stroną Głównej w stronę Rokicińskiej (czy już Armii Czerwonej?). Przed nami grupa młodzieży w mundurach. Dziś myślę, że byli to studenci filmówki wracający z ćwiczeń przysposobienia wojskowego. Mieli broń, mały kaliber (wiatrówki?). W pewnym momencie jeden z nich podniósł karabin i wystrzelił w kierunku wróbla siedzącego na drzewie. Pyknięcie i do stóp spadło to coś, co legło na grzbiecie i zatrzęsło nóżkami, by zaraz zadziwić mnie zesztywniałymi wieszaczkami, które niczego nie obejmowały oprócz powietrza. Oddział poszedł dalej i zniknął za rogiem ulicy Targowej. Stałem jak zamurowany. Próbowałem, ale nie udało mi się zawrzeć tego przeżycia w wierszu – skondensowanych obrazach.
Dotyk ustami martwego ciała. Konstantynów, do którego jeździło się podmiejskim, archaicznym tramwajem. To było w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Ale i wcześniej przemierzaliśmy z rodzicami tę trasę, gdzie najpierw po lewej wyłaniał się gmach fabryczny, a potem wysiadaliśmy przy rynku, aby ruszyć ku nieodległym peryferiom, z jednopiętrowym domem z czerwonej cegły. Fabryka wywoływała zawsze świeży, nieostygły temat przejściowego obozu dla Polaków z czasów okupacji niemieckiej, w którym selekcjonowano przede wszystkim tych, których należało wysiedlić z Rzeszy. Opowiadano tak sugestywnie, że gotów byłem wziąć te obrazy za wyrywane z mojej pamięci. Wyciągnięte ręce kobiet domagających się od przechodniów czegoś do jedzenia, wyrzucanie grypsów z prośbą o zawiadomienie rodzin, itp.
Do Konstantynowa właśnie, do swojej córki, zięcia i wnucząt przenieśli się wpierw z ulicy Pryncypalnej na łódzkich Chojnach ów wujek – rewolucjonista (opowiadam o nim gdzie indziej, może i tu do niego wrócę) ze swoją drugą żoną (siostrą babci) – Władysław i Feliksa (ciocia Fela) Wolszlegerowie.
No i ciotka Fela umarła. Pojechaliśmy na pogrzeb. Trumna stała w stołowym, katafalk, świece, duszno-słodkawy zapach kwiatów i psującego się ciała. Przed zamknięciem wieka, babcia (sama uczyniwszy to przedtem) nakazała mi pożegnać się z ciotką. Uścisnąć rękę i pocałować weń. Mijają dziesięciolecia, wciąż czuję ten nieziemski, porażający chłód. A potem kondukt kroczący uliczkami na cmentarz, według ówczesnego obyczaju i z księdzem. Za trumną pogrążeni w żałobie najbliżsi. I tylko z pięćdziesiąt metrów za konduktem samotny starzec z sumiastymi wąsami – nieprzejednany ateusz.
Pycha – zdrada – przypadek?
19.01.2002
O tym, jak się dostałem do Królestwa Brytyjskiego
Zbigniew Dominiak
1. Zob. zapis nagrania w opracowaniu Konrada W. Tatarowskiego w „Tyglu Kultury” 1-3 i 4-6 / 2003 |