POWRÓT

Zbigniew Dominiak

 .

 

 

 

      GRAFICZNA SCHIZOFRENIA Z MARGINESAMI

 

po równo podzielony pomiędzy imię i nazwisko

skrywam się w białej szczelinie - nadaremny spójnik

pociąga mnie nieskończoność strony prawej

do której i tak nie dotrze żaden z wersów

wabi heraklitowy płomień strony lewej

równo życie jak śmierć proza jak poezja

na równi biała karta na równi czarna gwiazda

na równi się wznoszę na równi się staczam

w graficzną schizofrenię z marginesami

w wiersz

 

VI 79

 

 

     GRAFIČKA SHIZOFRENIJA MARGINA

 

ravnopravno podeljen između imena i prezimena

skrivam se u beloj pukotini – uzaludni veznik

povlači mi nedovršenost desne strane

do koje i tako neće dopreti nijedan stih

vabi me heraklitovski plamen leve strane

istovremeno život kao smrt proza kao poezija

bela stranica isto kao i crna zvezda

istovremeno se podižem i kotrljam

u grafičku shizofreniju sa margina

u pesmu

 

.VI 79

 

                      Przełożył na serbski Zoran Đerić

Przekład opublikowany w serbskim piśmie „Polja” nr 427

 

 


 

                POETA I ŚWIAT

 

                             Czesławowi Miłoszowi - autorowi „Ocalenia„

 

świat pamięta o tobie

drżyj i ty lecz nie okazuj bojaźni

ten sam los zgotuj światu:

przemów pustym głosem

 

jego dźwięki przenoś poza obręb murów

zamilkłszy o sobie o nim opowiadaj

 

świat krwawe - kamyczki Demostenesa

w ustach poety -

gotuje tobie ten los:

los obecności

 

  

 

      BÁSNIK A SVET

 

                             Czesławovi Miłoszovi – autorovi „Záchrany„

 

svet ťa má na pamäti

tak sa tras no nedaj strach najavo

priprav svetu taký istý osud:

prehovor prázdnym hlasom

 

jeho zvuky prenášaj mimo obvod múrov

mlčiac o sebe rozprávaj o ňom

 

svet – krvavé Demosthenove kamienky

v ústach básnika –

ti chystá takýto osud:

osud prítomnosti

 

 

Przełożył na słowacki Karol Chmel

 

 


 

                       ***

 

W naszych ponurych miastach Wschodu

Chmury chmury

 

I gna nas słabych nienawiść kamienną drogą

Ku wieżom w których mieszka nic

 

A przecież nie jesteśmy winni niczemu

Poza miłością Miłością na przekór

 

Na dnie nocy jest spokój To znaczy śmierć

Odgarniamy ciemności by nie zginąć we śnie

 

I w piersi tylko unosimy stąd wątły płomyk

Którym zapalamy stosy aby oczyścił nas ogień

 

V 1988

 

 

 

 

                    ***

 

Nelle nostre lugubri cittŕ dell’oriente

Nubi nubi

 

Spinge noi deboli l’odio sulla strada di pietra

Verso le torri in ciu abita il niente

 

Eppure non siamo colpevoli di nulla

Tranne l’amore ad onta

 

In fondo alla notte c’č la quiete Ciň significa la morte

Rimuooviamo il buio per non perderci nel sogno

 

E di qui nel cuore portiarno soltanto una piccola fiammella

Con cui appicchiamo roghi per farci purificare dal fuoco

 

Przełożyła na włoski Isabela Mazur

 

 


 

 

DOROTHEENSTÄDTISCHER FRIEDHOF, 1 LUTEGO 1998

 

                                        Chadzam na Hegla. Dwie lekcje zajęta

                                        różnica między Vernunft und Verstand

                                        (rozsądek i rozum).

                                                                             Adam Mickiewicz

 

Stoję nad grobem...

                                               Rozstępuje się suche morze mowy

Jak zawsze gdy wiosna chce zagrozić zimie Kołuje sęp

Mnemosyne i w dół leci ostrym dziobem rwąc powietrze

Pęka święty obwód co nas odgradza od tajemnicy bólu

Otwierając ranę, która znów zaczyna krwawić

                                                                              Precz stąd

Czarny pudlu Posłuszny bądź słowu które cię przyzywa

Przestań mnie okrążać Jak wtedy po trawiastych aulach

Szwabii Wiedz że nigdy nie jestem tylko ty Pod słońcem

Tak mdłym że z trudem rozrzedza pruski błękit nieba

 

A twarz Pańska widzę zaspana jak u sowy w południe

Jakbyś się Pan z koleżkami raczył winem od samego rana

U starego Jaegra w podłej knajpie „Unter den Linden„

Gdzie lubił bywać student Sand

                                                   Do czego Pan zmierza

Za czym węszy Czego szuka Herr von Mickiewicz

Russisch-kaiserlicher Beamter aus Sankt-Petersburg

Tak nieroztropnie rozpytując czy już zjechał do teścia

Zar Nikolai ze świtą

                                La Raison à chevall Il Widziałem

Jechał na koniu szeroką aleją Berlin szczodre miasto

Przybył prosto z Warszawy Ów nowy le roi de Pologne

Sztywny Jakby przez sen połknął niewidzialny bagnet

Który z rąk sobie wyrywały naraz obie władze Strach

I urojenie

               Żywy trup Ale Pan wie Tacy żyją długo Ach

Rosja Przyszłe wielkie narzędzie w ręku niewiadomym

Boga czy szatana

                              O nie miły Panie Point de rêverie

Czytałem uważnie manuskrypt co go przysłał z Moskwy

Z wyprawy na Ural pośród raportów hofrat Humboldt

Ten Pana łzawy romans który sławi i doradza zdradę

Der Hochmeister Konrad von Wallenrode aus Marienburg

 

Herr von Mickiewicz Pan jesteś człowiek zamaskowany

 

Czuję wokół Pana i jego Polacken z prowincji Posen

Odór provocationis Hm! Powiem wprost Pachnie krwią

Rację miał Alter Fritz Z ziemi tej gdzie laski piaski

Wrzosy i Żydzi długo jeszcze nie uleci sowa Minerwy

Niech sobie mówi Humboldt (Tak to pod nożem empirii

Milknie wieczna mądrość) Żebym nie ulegał złudzeniu

Jakoby za wielkimi oczami sów znaleźć można potężny

Mózg Weltgeist ma pierś pancerną

                                                         Co Zrzędzi stary Hegel

Dał się kupić O nie Il travaille pour le roi de Pruse

Patroszę pojęcia jak ubite ptaki Tak L'ècole allemande

To może nudzić Nie przeczę Widzę że kręci Pan nosem

Jak ktoś przed kim nagle otworzono fosy pełne trupów

Pan chciałby być tym koniem co burzy porządek parady

Ale nie wie że łatwiej pokonać śmierć niźli historię

Jak potężny musiałby być Herkules który by ją zdusił

Zdeptał niczym różę rodyjską Jeszcze nie nadszedł czas

Dyktatur surowych guwernerów

                                                       Kiedyś sam Pan zrozumie

Że bieg spraw świata zwycięża wszelkie rozterki serca

Bo jak długo można istnieć karmiąc się przeczeniem

I pozostać przy zmysłach

                                          Ten nieszczęsny Hölderle

Miłośnik przyrody Wciąż podlewa łzami nasze drzewko

Rewolucji w czterech ścianach tej swojej drewutni

Nad brzegiem Neckaru

                                     Teraz Eleusis nazywa się Berlin

A tak jest rzeczywisty że trudno by był nierozumny

Tuczę w nim maciorę rozsądku żeby złożyć w ofierze

Mojej nowej boginii Imię jej nie Ceres lecz Całość

                                                                              Spokój

Wielce Szanowni Panowie Wybaczcie mi tę chwilę pauzy

Powtórzę raz jeszcze myśl moją Że to zgoła nic innego

Jak przesyt wywołany grą bezpośrednich namiętności

W świecie realnym pchnął filozofię na drogę rozważań

 

III, IX 1998

 

 

 

DOROTHEENSTÄDTISCHER FRIEDHOF, AM 1. FEBRUAR 1998

 

                                      Ich besuchte Hegels Vorlesungen.

                                      Zwei Stunden ging es um den Unterschied zwischen

                                                                                                Adam Mickiewicz

 

Ich stehe am Grab

Ein trockenes Sprachmeer tut sich auf

Wie immer wenn der Frühling den Winter vertreiben will

kreist der Geier der Mnemosyne und stürzt herab

Mit seinem scharfen Schnabel zerreißt er die Luft

Der heilige Kreis birst der uns vor dem Geheimnis des Schmerzes bewahrt

Die Wunde reißt auf und beginnt von neuem zu bluten

 

Verschwinde

Schwarzer Pudel Gehorche dem Wort das dich ruft

Hör auf mich zu umkreisen wie damals auf Schwabens

Grasauen Wisse nie bin ich nur hier unter der Sonne

so fahl dass sie mit Mühe das Preußischblau des Himmels verflüssigt

 

Und Ihr Gesicht sehe ich ist verschlafen wie das einer Eule am Mittag

als ob Sie mit Ihren Kumpanen dem Wein frönten bis zum frühen Morgen

beim alten Jäger in der schäbigen Kneipe „Unter den Linden”

wo Sand der Student so gern verweilte

 

Was haben Sie vor

Wonach schnüffeln Sie Was suchen Sie hier Herr von Mickiewicz

Russisch-kaiserlicher Beamter aus Sankt Petersburg

der so unverständlich fragt ob Zar Nikolaus mit seinem

Gefolge schon beim Schwiegervater eingefallen sei

 

La Raison à cheval II

Ich sah er kam zu Pferde auf einer breiten Allee Berlin ist eine großzügige Stadt

Er traf direkt aus Warschau ein jener neue roi de Pologne

so steif als hätte er im Traum ein unsichtbares Bajonett geschluckt

das sich gleichzeitig aus den Händen rissen jene beiden Mächte

Angst und Wahn

 

Eine wandelnde Leiche

Aber Sie wissen Solche leben lange Ach

Russland künftig ein mächtiges Werkzeug ungewiss ob in

Gottes oder Satans Hand

 

O nein mein lieber Herr Point de rêverie

Aufmerksam las ich das Manuskript das unter vielen

Berichten aus Moskau Hofrat Humboldt von seiner Uralexpedition schickte

Ihre rührselige Romanze die den Verrat verherrlicht und preist

Der Hochmeister Konrad von Wallenrode aus Marienburg

Herr von Mickiewicz Sie sind ein schleierhafter Mann

 

Sie und Ihre Polacken aus der Provinz Posen umgibt spüre ich

ein Odor provocationis Hm! Ich sag’s direkt Es riecht nach Blut

Der Alte Fritz hatte recht Von dieser Erde wo nur Wald und Sand

Heidekraut und Juden gedeihen hebt die Eule der Minerva noch lange nicht ab

Humboldt mag sagen (so wird unter dem Messer der Empirie

die ewige Weisheit zum Schweigen gebracht) Ich solle der Täuschung nicht erliegen

dass man hinter den großen Eulenaugen ein mächtiges

Gehirn finden kann Der Weltgeist hat eine Panzerbrust

 

Was nörgelt der alte Hegel

Er ist käuflich geworden O nein Il travaille pour le roi de Prusse

Ich weide die Begriffe aus wie erlegte Vögel Ja L’ècole allemande

Das kann langweilig sein Ich bestreite es nicht Ich sehe Sie rümpfen die Nase

wie jemand vor dem sich plötzlich Schützengräben voller Leichen auftun

 

Sie möchten dieses Pferd sein das den Parademarsch stört

aber nicht weiß dass es viel leichter ist den Tod zu besiegen als die Geschichte

Wie mächtig müsste ein Herkules sein der sie erwürgte

zerträte wie eine Rose aus Rhodos Noch ist die Zeit der

Diktaturen der strengen Lehrmeister nicht reif

 

Irgendwann werden Sie begreifen

dass der Weltlauf der Dinge alle Herzensangst überwindet

denn wie lange kann man leben nur von Negation genährt

und bei Sinnen bleiben

 

Dieser glücklose Hölderle

Ein Naturfreund Immer gießt er mit seinen Tränen unser

Revolutionsbäumchen in den vier Wänden seines Holzverschlags

am Neckarufer

 

Jetzt heißt Eleusis Berlin

und ist so wirklich dass es nicht unvernünftig sein kann

Ich mäste hier die Sau der Vernunft um sie meiner

neuen Göttin zu opfern Ihr Name ist nicht Ceres sondern Totalität

 

Ruhe

Sehr geehrte Herren Verzeihen Sie diese kurze Pause

Ich will meinen Gedanken wiederholen Dass nichts anderes

als der Überdruss am Spiel der unmittelbaren Leidenschaften

in der realen Welt die Philosophie auf die Bahn der Reflexionen lenkte

 

III, IX 1998

 

Przełożyli na niemiecki Urszula Usakowska-Wolff i Manfred Wolff

 

 



 

                        ZAOSIE, 24 CZERWCA 1996

 

Tyle tu nieba nad ziemią że porywa w przestworza

Płaski kosz widnokręgu Spleciony z włókien trawy

I zatraty Wiem Ogień często chodził po tym polu

Raz po raz podwyższając sklepienie z popiołu mgły

I skąd tu poezja? Głucho milczą zmysły i żywioły

W krąg niepiśmienna przyroda Rodzi najwyżej pokusę

Ody na spustoszenie A przecież tutaj właśnie rosło

Drzewo Życia pod którym zaczynał czytać swój świat

On wnuk analfabety Dzisiaj pierś tej ziemi przebita

Obeliskiem z betonu z Jego wizerunkiem Łuszczy się

Czarna farba gdy opieram stopę o skruszałe stopnie

Tuż obok porzucili swą robotę cieśle Stawiam atrapę

Obejścia wedle wzoru ze starej ryciny Chytrą pułapkę

Na ducha który stąd uleciał przed niemal dwustu laty

Czy zdoła nabrać niezbędnej patyny na ów jubileusz

Który zapewne ściągnie luminarzy? Naraz jak spod ziemi

Wyrasta gromadka kołchozowych dzieci Ich szare oczy

Smutniejsze od tego pejzażu nakazują mi rozmyślać

O wielkich tajemnicach dzieciństwa Każdego dzieciństwa

Zaklętych w woni siana Sierści zwierząt Krowiego mleka

I stawać razem z Nim po stronie tej która zawsze jest

Była i będzie u progu naszego istnienia I po jego kres

Bezradna pamięć wyrusza na poszukiwanie samej siebie

To jest wyobraźni Aby związać spełnienie z początkiem

Uchwycić sens pierwszego zdania i ostatniej kropki

I oto w tej chwili dzieciństwo wzlatuje motylami Tylko

Je dogonić

                 Podfruwa nagle wróbel i sam nie wie co znaczy

Dla tego chłopca biegnącego za nim na złamanie karku

Widać Śmigają w trawie jego bose stopy Ukochane chuchro

Tej co jak Czarna Madonna stoi w białych płótnach

Na stopniach ganku Zamarła z trwogi Dopiero teraz

Krzyczy nerwowo: Adam! Adam! Adasiu stój! Na Boga!

I jak ptak się trzepocze pod wpływem uderzenia krwi

W nadmiernych gestach

                                       Już go nie ma Zmatowiało lustro

Stawu Który uwikłany w trzciny taił tu swoją głębię

Na moment tylko wydobył go spod darni zielony dreszcz

Powietrza

                 Świat się zapadł w półcień Ogień sucho płonie

Pod koroną pieca Ale ona nie zapomina że świat jest

Miejscem nieustannej próby Sadza syna na kolanach Wtula

W siebie jak w dłoń olbrzyma Och gdyby nie był taki senny

Mógłby przez nią wychylić się w wieczność jak przez okno

Przeniknąć przez zasłony jakie tka jej oddech Dotknąć skazy

Trwogi Albo tajemnicy odwróconego świata Który niegdyś

Cały nazywał się Adam Chłopiec siedzi i patrzy w ogień

Jakby przez wieki spoglądał Ciepły powiew z paleniska

Osadza smugi kopcia na zżółkłym pergaminie ścian Zawiłe

Esy-floresy liter w których mieszkał Bóg A ona wodzi go

Po krainach dzieciństwa I z jej słów ulatnia się światło

Kiedy tak przed oczami przesuwa mu niekończący się rulon

Swojej opowieści Podkuliwszy nogi chłopiec zasnął

                                                                                    Zaśnij

Wyobraźnio Zwodzisz i zawodzisz Mieszasz małe z dużym

Swoje i obce Wymyślone z prawdziwym I nie znasz umiaru

Bo nawet teraz W autokarze zmieniasz trasę tej wyprawy

Narzucając skróty jakich nie zna życie Od razu prowadzisz

Do domu przy uliczce Yeni Sehir w mieście nad Bosforem

Jakby tu W przejrzystym oku czasu Były już wszystkie godziny

Także ta ostatnia: „Chcą mię ogrzać, a ja cały w ogniu”

 

XI 1996

 

 

        ZA ŘEKOU OSOU, 24. ČERVNA 1996

 

Tolik je tu nebe nad zemí že unáší do prostoru

plochý koš obzoru Spletený z vláken trávy

a zániku Vím Oheň často chodíval po tom poli

a tu a tam pozvedal klenutí z popela mlhy

A kde se tu vzala poezie? Urputně mlčí smysly a živly

vůkol negramotná příroda Vede nejvýš k pokušení

Ódy na zkázu Ale vždyť právě tady rostl

Strom života pod kterým začínal číst svůj svět

On Vnuk analfabeta Dnes je hruď této země proťata

obeliskem z betonu s Jeho podobiznou Loupe se

černá barva když opírám nohu o drolivé stupně

Hned vedle opustili svou práci tesaři Stavějí atrapu

usedlosti dle předlohy ze staré rytiny Důmyslnou past

na ducha který odtud uletěl téměř před dvěma sty lety

Dokáže získat nezbytnou patinu na ono výročí

které sem určitě přitáhne kapacity? Náhle jak ze země

vyrůstá hlouček kolchozních dětí Jejich šedé oči

smutnější než tato krajina mě vedou k úvahám

o velikých tajemstvích dětství Každého dětství

Zakletých do pachu sena Srsti zvířat Kravského mléka

a k tomu abych stanul pokaždé s Ním při té která vždy je

byla a bude u prahu našeho bytí Až k jeho konci

Bezradná paměť se vydává hledat sebe sama

totiž představivost Aby spojila naplnění s počátkem

zachytila smysl první věty a poslední tečky

A hle vtom dětství vzlétá v motýlech Jenom

je dohonit

Přilétá náhle vrabec a sám neví co znamená

pro toho chlapce který za ním běží jak o život

Je vidět V trávě kmitat jeho bosé nohy Drahé holátko

té která jak Černá Madona stojí v bílých plátnech

na schodech zápraží Ztrnulá děsem Teprve teď

nervózně volá: Adame! Adame! Adámku, stůj! Proboha!

A jako pták se třepotá pod přílivem úderů krve

v nadměrných gestech

Už není Zamlžilo se zrcadlo

rybníka Který tu zapleten do rákosí tajil svou hloubku

jen na okamžik ho vyrval z trsů zelený třas

vzduchu

Svět klesl do šera Oheň suše plane

pod korunou pece Ale ona nezapomíná že svět je

místo neustálé zkoušky Posadí syna na kolenou Tiskne

k sobě jak do obrovy dlaně Ach kdyby nebyl tak ospalý

mohl by se jí vyklonit do věčnosti jak z okna

proniknout záclonami která tká její dech Dotknout se poskvrny

hrůzy Nebo tajemství odvráceného světa Který se kdysi

celý jmenoval Adam Chlapec sedí a hledí do ohně

Jako by se díval staletími Teplý závan z ohniště

usazuje skvrny sazí na zažloutlý pergamen zdí Spletité

klikyháky písmen v nichž bydlil Bůh A ona ho vodí

krajinami dětství A z jejích slov se uvolňuje světlo

když se mu tak před očima přesouvá nekonečný svitek

svého vyprávění Chlapec skrčil nohy a usnul

Usni

Představivosti Svádíš a zavádíš Mísíš malé s velkým

své a cizí Smyšlené s pravdivým A neznáš míru

protože i teď V autokaru měníš trasu této výpravy

vnucuješ-li zkratky jaké život nezná Hned vedeš

do domu v uličce Yeny Sehir ve městě na Bosporu

jako by tu V průhledném oku času Byly už všechny hodiny

Také ta poslední: "Zahřát mě chtějí, a já jsem v jednom ohni."

 

XI 1996

 

Przełożył na czeski Václav Burian

Przekład ukazał się w czeskim czasopiśmie „Listy”

 


 

 

                                 Krótki sen

 

Drzewa umykały rwącym potokiem szosy w przepaść,

Która otwierała się poza moim wzrokiem.

Zielone połacie pól i migotliwe linie horyzontu

Ścierało z źrenic ostrze nieokiełznanej prędkości.

 

Spojrzałem za siebie.

Ujęty w trwałe ramy widnokręgu

Stał krajobraz.

 

Co było przede mną, ginęło w szczelinie jasności,

Co było za mną, trwało w przyczajeniu.

Spytałem, który z tych obrazów jest snem

I ku jakim źródłom wiedzie mnie pamięć.

 

Dane mi były obydwa spojrzenia

I niewielki odcinek czasu.

 

 

                                    Ein kurzer Traum

 

Bäume trieben mit dem reißenden Bach der Chausse in den Abgrund,

Der sich jenseits meines Blickes auftat.

Grüne Fluren der Felder und schimmernde Linien des Horizonts

Schnitt eine Klinge ungezähmter Geschwindigekit aus den Pupillen.

 

Ich schaute zurück.

Eingerahmt in die festen Umrisse des Horizonts

Stand die Landschaft.

 

Was vor mir war, ging im Spalt der Helligkeit verloren,

Was hinter mir war, erstarrte geduckt auf der Lauer.

Ich fragte, welches der Bilder ist der Traum

Und zu welchen Quellen mich das Gedächtnis bringt.

 

Mir waren beide Perspektiven gegeben

Und eine geringe Zeitspanne.

 

 

Przełożyła na niemiecki Małgorzata Półrola

 

 



 

Sobowtór

 

Pod pierwszą warstwą naskórka odkryłem sobowtóra. Był zadziwiająco podobny, ale nie potrafiły zmylić mnie pozorne podobieństwa. To nie byłem ja. Skrywałem ten irytujący szczegół, gdyż nie jest w zwyczaju rozgłaszać, że ktoś inny nami powoduje. Zresztą sprawa była bardziej skomplikowana: to on żył życiem pasożytniczym. Stawiał czoła – moim czołem. Krył się za moimi plecami.

I wreszcie stało się. Sobowtór począł wyłaniać się na powierzchnię mojego ciała. Nadszedł czas, w którym musiałem stwierdzić, iż całkowicie zajął moje miejsce. Dobrze, myślałem, jeżeli to już nie ja, to co stało się ze mną? Czyż nie ma mnie w ogóle? Każde pytanie pociągało za sobą następne, i następne. Może tylko zniknąłem pod powierzchnią sobowtóra i jakieś okoliczności zewnętrzne wydobędą mnie znów – po pewnym czasie – na powierzchnię ciała w moim prawdziwym kształcie? Byłaby to realna szansa na przetrwanie.

Ale za każdym razem spod znikającego w przypadkowych okolicznościach sobowtóra wyłaniał się ktoś równie obcy, dalsza jego mutacja. Dla nikogo z wrogów i przyjaciół problem mojej autentyczności nie miał żadnego znaczenia. Straciłem całkowicie nadzieję, że kiedyś się odnajdę. Stan ten trwałby do dzisiaj, gdybym przypadkowo podczas spaceru nie wyłowił w tłumie pewnego osobnika. Tak, to byłem ja! Pełniłem tam rolę uciążliwego sobowtóra, gdy tutaj daremnie czekałem na samego siebie.

Szedłem krok w krok za przed chwilą zidentyfikowanym. Spoglądałem mu w twarz, którą próbował zasłonić szalem. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości: to byłem ja-którego-straciłem-już-nadzieję-odzyskać. Gwałtownie ująłem oba końce szala i rozwarłem ramiona.

Poczułem silny ucisk wokół szyi, straciłem oddech. Mój sobowtór, u którego stóp leżałem bez życia, uśmiechał się ironicznie.

 

 

Der Doppelgänger

 

Unter der ersten Hautschicht entdeckte ich einen Doppelgänger. Er sah mir verblüffend ähnlich, doch konnten scheinbare Ähnlichkeiten mich nicht irreführen. Das war nicht ich. Dieses ärgerliche Detail verheimlichte ich, denn es ist ja nicht üblich, bekannt zu geben, daß jemand anderer uns manipuliert. Übrigens war der ganze Fall viel komplizierter: es war ja derjenige, der das Leben eines Parasiten führte. Er bot die Stirn – meine Stirn. Er versteckte sich hinter meinem Rücken.

Endlich war es soweit. Der Doppelgänger begann sich an die Oberfläche meines Körpers durchzuarbeiten. Es kam die Zeit, wo ich festellen mußte, daß er restlos meinen Platz eingenommen hatte. Schön, dachte ich, bin ich es nicht mehr, was ist dann mit mir geschehen? Gibt es mich denn überhaupt nicht mehr? Jede Frage zog eine andere nach sich, und wieder eine neue. Vielleicht bin ich bloß unter der Oberschicht des Doppelgängers verschwunden und irgendwelche äußeren Umstände werden mich – nach einiger Zeit – in meiner wahren Gestalt an die Oberfläche des Körpers befördern? Das wäre eine reale Überlebenschance.

Doch jedes Mal tauchte von unterhalb des in zufälligen Umständen verschwindenden Doppelgängers jemand genauso fremder, seine weitere Mutation, hervor. Das Problem meiner Authentizität war für keinen meiner Freunde und Feinde von Bedeutung. Ich verlor gänzlich die Hoffnung, mich je widerzufinden. Dieser Zustand würde bis heute andauern, wenn ich beim Spazierengehen nicht per Zufall ein Individuum aus der Menge gefischt hätte. Ja, das war ich! Dort spielte ich die Rolle eines lästigen Doppelgängers, während ich hier vergeblich auf mich selbst wartete.

Ich folgte dem soeben Identifizierten auf Schtritt und Tritt. Ich sah ihm ins Gesicht, das er mit einem Schal zu verhüllen versuchte. Es unterlag nicht dem geringsten Zweifel: das war ich-den-ich-zurückzufinden-bereits-die-Hoffnung-verloren-habe. Hastig griff ich nach den beiden Enden des Schals und breitete die Arme aus.

Ich verspürte einen starken Griff um den Hals und verlor den Atem. Mein Doppelgänger, zu dessen Füssen ich leblos lag, grinste spöttisch.

 

Przełożyli na niemiecki Tomasz Łodyński i Małgorzata Półrola


 


 

           NIE POTRAFIŁ

 

Nie umiał zaufać drewnu.

w stole, krześle, łóżku.

Zrobił więc zeń anioła,

aby wzlatywał w niebo kościołów.

 

Nie potrafił zmierzyć odległości

od siebie do siebie w innych.

Wymyślił więc rękę, pięć palców,

inne cztery zmysły i żywioły.

 

Nie pragnął, aby o nim pamiętano,

pisywał listy, nie podając nadawcy.

I oto mamy go: pod kamiennym niebem,

z obnażoną pięścią, na postumencie ze słów.

 

Korbielów, 18 marca 1979

 

 

              НЕ СМОГ

 

Не умел довериться дереву

в столе, стуле, кровати.

Поэтому сделал из него ангела,

чтобы тот взлетал в небо храмов.

 

Не сумел измерить расстояния

от себя до себя в других.

Поэтому придумал руку, пять пальцев,

четыре других чувства и стихии.

 

Не жаждал, чтобы о нем помнили,

писал письма, не обозначая отправителя.

И вот, он есть у нас: под каменным небом,

с обнаженным кулаком, на постаменте из слов.

 

 

Przełożył na rosyjski Ivan Petrov