|
Krystyna Rodowska .
W KRĘGU
Zbyszkowi Dominiakowi
Spotkanie miało wielką moc przyciągania. Zgromadził się osobliwy tłum, bowiem poszczególne osoby Odnajdywały siebie w milkliwej wspólnocie. Dom skupienia: pałacyk, pięknie odrestaurowany, siedziba Instytutu Europejskiego przy Piotrkowskiej.
Przyjaciele i zaledwie znajomi, zebraliśmy się, czekając aż przybędzie tu Ktoś, siądzie w środku ciasnego kręgu. Wkrótce nie było już wolnego miejsca. Czekaliśmy na Poetę. Albo na Skazańca. Zamierało w nas trwożliwe serce.
Nareszcie się pojawiłeś, nie o własnych siłach. W czarnych okularach które zasłaniały ci oczy i zmieniały twarz, zmienioną i bez tego, ledwie rozpoznawalną. Poraziłeś nas wszystkich niedostępną maską. Wystawiłeś na widok publiczny personę, chyba właśnie dlatego, że umierałeś naprawdę, na naszych oczach. Nie umieliśmy Ci pomóc. To Ty, dowieziony tutaj, na wózku, panowałeś nad sobą i nad nami niczym wojownik na antycznym Rydwanie. Byłeś poetą: pisałeś swój ostatni wiersz własnym, wyniszczonym ciałem. Ono ledwie się tliło. Wielu z nas piekły oczy od wzbierającej niewiadomo jak i skąd suchej wody. Byliśmy tam. Byłam. Kilkadziesiąt par oczu podbiegało, chcąc podtrzymać Cię bodaj na chwile, musnąć Niepojęte. Dzisiaj należysz już nie do ruchów wychudzonych dłoni, nie do zaskakujących interakcji Twoich wierszy z życiem. Dzisiaj umieszcza Cię w nieodwołalnie świętym kręgu. Dopiero teraz mówię Ci: Zbyszku, trochę się spóźniłam, ze wszystkim. „Święta pamięć” i jej grzechy niewierności odsłaniają mi Twoje prawdziwe imię.
Mówiłam: „Zawsze Teraz żyje, nie śmierć”. Masz na imię Teraz.
w
nocy, 10-11 lutego 2002 |