|
I będzie taki jak dawniej? Krystyna Stołecka .
Prozy miałam sporo, ale właściwie nic dopracowanego, więc nie przyznałam się do niej. Zbyszek Dominiak wykonał półobrót na pięcie i powiedział lekko: – To tak jak ja, ja też tylko wiersze. Skłamaliśmy oboje i dalej rozmawialiśmy o poezji. Opowiadał o Zwince. – Napisałem ją ponad rok temu, ale coś muszę zrobić z zakończeniem... Ta jaszczurka jest dla mnie ważna.
Zwinka opatrzona jest datą – II 1999. Nie mogliśmy o niej wtedy rozmawiać, bo jeszcze się nie znaliśmy. Czy właśnie w lutym 2000, w rok od powstania tego wiersza, Zbyszek dopisał, że „trzeba mieć cztery lata albo z pięćdziesiąt/ I być tak blisko ziemi”? Blisko ziemi był zawsze, w sensie gromadzenia doświadczeń, pochylania się nad każdym człowiekiem. Był blisko, ale w jego poezji słowo kreuje rzeczywistość nieziemską, dopracowaną, przemyślaną, zdążającą do ideału, oczyszczoną ze zbędnych dodatków codzienności, z określeń trywialnych, sytuacji pospolitych, wulgaryzmów. Zdarzenia wspomagają sny, sny decydują o znaczeniu zdarzeń, o nadawaniu im charakteru misterium: „Po to we śnie domilczam słowo / By je z ciemności wywieść / W jasność nową”. Ten obrzęd zgłębiania tajemnicy dotyczy również wierszy o konstrukcji zdominowanej przez narrację. Natomiast rekwizyty są zawsze ziemskie: literackie, historyczne, z lasu, domu, ulicy. Czy to ta sama gwiazda? – pytały moje dzieci, gdy w 2000 roku czytały poezję Zbyszka. O gwieździe na kominie wiedziały z jakiegoś mojego wiersza i z ulubionych „bajeczek”, o które przed zaśnięciem prosiły: „Mamo, poopowiadaj o swoim szarym dzieciństwie”. Zbyszek należał do tych samych baśni, które kończyły się przecież dobrze, bo zniknięciem gwiazdy z komina. Korzystał ze znanej jego otoczeniu rekwizytorni, stąd może wrażenie „pokrewieństwa dusz”, odnoszone przez większość osób, które się z nim stykały. Stąd poczucie zajmowania się w pisarstwie, jakby tym samym, co każdy. – Dlaczego nie piszesz dat – niecierpliwił się po przeczytaniu mojego I nic. Jeszcze na dwa miesiące przed śmiercią przypominał o konieczności datowania. Nie przekonał mnie, chociaż wiem, że data po części może obronić przed zarzutem nieoryginalności czy nawet plagiatu. Te same słowa i myśli rodzą się czasem w różnych miejscach, nasuwają się osobom zupełnie się nieznającym. Doświadczyłam tego kilka razy w sposób oczywisty i przyjęłam sobie jako dowód telepatii. Potwierdzeniem tego była też dla mnie zbieżność „Trzeba się spieszyć kochać” ze Śpieszmy się kochać ludzi księdza Jana Twardowskiego. Na Zbyszka działała ona frustrująco, dlatego wyjaśniał, że nie znał Śpieszmy się..., gdy w 1987 roku pisał Noc przy córce. Przypuszczał nawet, że utwór księdza-poety powstał nieco później niż jego. Można było tak sądzić, bo chociaż wiersz księdza-poety został napisany i dedykowany Annie Kamieńskiej w 1979 roku, popularność zyskał i stał się ulubionym cytatem na okazję Wszystkich Świętych dopiero w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.
Podręczne, pospolite obiekty u Zbyszka grały nie w tle, ale stawały się symbolami, wokół których koncentrowało się wędrowanie „do jądra gęstwiny” – niezupełnie puszcz litewskich, jednak w znaczący sposób z Mickiewiczem jako przewodnikiem. I jako dramatopisarzem przede wszystkim. Zbyszek w wierszach nawiązywał do twórczości wielu pisarzy, natomiast w przypadku dramatów odwoływał się głównie do Mickiewicza. Chociaż w Ćmach są niewątpliwe ślady Wesela. Dla mnie obok Dziadów najważniejszego z narodowych dramatów polskich. Nie rozmawialiśmy o tym właściwie, bo gdy ja wspomniałam o Wyspiańskim, Zbyszek natychmiast zaczął o syfilisie. Może zrobił to dla żartu, może bezpodstawnie wyczułam jakiś rodzaj jego niechęci do tego utworu. Przypomniałam sobie o tym teraz, po niedawnej premierze Wesela w łódzkim Teatrze Nowym. O ile nie zgadzałam się nigdy z okrutną krytyką Wajdowskiej ekranizacji tego dramatu, wspartą przez Antoniego Słonimskiego słowami Stańczyka: „ale Świętości nie szargać,/ bo trza, żeby święte były”, to cytat ten mnie się nasunął w związku z łódzką premierą. Aktorzy grali nędznie, scenografia była dość zgodna z didaskaliami, ale nie rewelacyjna, amputację ról kobiecych trudno traktować jako nowe odczytanie dzieła przez Ryszarda Peryta, podobnie jak postraszenie w końcówce, że za skłonność do wódki wszyscy pójdą do piekła pod surowym spojrzeniem obu pokaźnych rozmiarów Matek Boskich. Przedstawienie kojarzyło się nieodparcie z przedwyborczą nakrętką partii Leppera Dokąd idziesz, Polsko? i do żadnych refleksji głębszych, niż tamta żałosna produkcja, nie zachęcało. Tym bardziej że zakończenie niespodziewanie zostało dostosowane do wymogów współczesnej kultury obrazkowej. Ściana na wprost widowni rozsunęła się na drugie dno, czyli przygnębiający krajobraz rzucony na ogromny ekran i zadymiła narodowa kadź, by dodać ilustrację do całości, która w podświetlonym na czerwono dymku informowała publiczność, że oto odbył się spektakl o polskim piekle. Szarganiem Świętości była w nim według mnie gruntowna lustracja słomy, którą zdejmuje z siebie ujawniający się agent o ksywce „Chochoł”. I po Weselu... Nie ma krzewu róży. Nie ma żadnej nadziei na przebudzenie. Jest obrazek z piekłem. Obrazek... Dopiero niezbyt udany spektakl uzmysłowił mi, dlaczego nie Wyspiański, a Mickiewicz. Zbyszek unikał stereotypów, nie ilustrował. Szedł własną drogą, najczęściej nie opisu uogólniającego i analizy stanu rzeczy, ale dźwigania, łączenia pojedynczych okruszków rzeczywistości i przebijania się z nimi w nierozpoznaną jeszcze głąb.
W czerwcu 2000 roku, podczas drugiej części promocji mojego tomiku poetyckiego, poprosiłam Zbyszka, by przeczytał Kruszynko Którą Kołyszę. Zrobił to na stojąco i tak, że nie ulegała wątpliwości wielowarstwowość tego wiersza, i oczywisty był powód „wyżylenia” rąk przy kołysaniu Kruszynki. Nie powtarzał tych samych motywów. Każdy wiersz był inny od pozostałych i miał dobraną do zawartości konstrukcję. Układał, wypracowywał starannie swój idealny świat poezji, ale ciągle nie był pewny jego trwałości. „Dobrze wiem, że kiedyś mnie tutaj zabraknie. Co wówczas stanie się z sufitem, ścianami. Czy słońce, księżyc i pył gwiezdny nie będą znudzone przedłużającą się pustką? Co wreszcie stanie się z moją wiedzą o farbach i dźwiękach?”
W kontekście tych rozmyślań właściwe jest pytanie, dlaczego Zbyszek zachował, przypuszczalnie młodzieńcze, opowiadanie To przeklęte słowo na „a”? Może należało do jakiegoś planu na przyszłość, miało posłużyć kiedyś do ułożenia czegoś większego? A może najważniejszy był tytuł? „Przeklęte słowo” w świecie, którego budowniczym jest właśnie słowo. „Przeklęte słowo”, od którego nie ma ucieczki, determinuje całe życie, uniemożliwia odgrywanie upragnionych ról, nawet zwykłe chodzenie po ziemi. Inne zachowane, niedokończone opowieści prozą od tej różnią się soczystością stylu, tempem narracji, prawdą psychologiczną stworzonych postaci. „Boże tyle doświadczenia”, tyle rozmów, tyle rozmyślań nad każdym napotkanym człowiekiem, tyle wiedzy historycznej, literackiej, przyrodniczej... tyle notatek i planów.
Dużo ludzkich historii zdążył mi w redakcji opowiedzieć przez dwa lata. Żadnej nie kończył. Przerywał nagle, mówiąc: „Kiedyś ci to opowiem” i przechodził do następnej. Czy „kiedyś” miało oznaczać opublikowanie jego pośmiertnej spuścizny? Raczej nie. „Kiedyś ci to opowiem” – rzucił jeszcze w październiku 2001 roku i zamilkł nagle na dłuższą chwilę. W listopadzie pokazał mi projekty okładek do Zdarzeń i snów. – Ta będzie – wskazał jeden z wydruków. Przeraziła mnie czerń tła. – Może się uda i nie będzie czarna – powiedział wolno, jakby uspakajająco.
Zbyszek uważał, że dobre wiersze można pisać już w młodości, do dobrej prozy trzeba mieć doświadczenie życiowe, a najtrudniej dojrzeć do dramatu. Ostatnim spektaklem, który obejrzał był Kadisz w Teatrze Nowym, w styczniu 2002 roku. Modlitwa pożegnalna. Nad własnym dramatem?
Pojawiła się Śmierć. Rozpoznaliśmy ją natychmiast po wyglądzie zewnętrznym. Było to przedstawienie śmierci, poprzedzające przerażający taniec albo tratujące wszystkich bez wyjątku kopyta rumaka, galopującego nad światem. Nie straszyła nagim szkieletem. Nie groziła. Uniesiony do góry kciuk miał dodać nam otuchy. Była słaba. Nie mogła utrzymać się na własnych nogach. Kilkusetosobowym tłumem zdrowych, oświetleni mocnymi żarówkami, górowaliśmy nad nią, obleczoną w prawie już nieistotne, zanikające ciało. Nie mogliśmy zobaczyć jego jasnych oczu. Pogrążony w ciemności widział nas jednak przez okulary przeciwsłoneczne. Przeciwsłoneczne. Między nami pojawiła się Śmierć. Zbliżaliśmy się do niej, by odwzajemnić pocałunek śmierci. Nie mogliśmy zajrzeć śmierci w oczy. Nie wiedzieliśmy, czy ona zajrzała nam w oczy. Patrzyła, rozpoznawała nas, milczała. Obcowaliśmy ze śmiercią. Staliśmy. Biliśmy brawo. Płakaliśmy.
Po 11 września 2001 roku przeglądaliśmy wiersze nadsyłane do redakcji w związku z akcją terrorystyczną w Nowym Jorku. Zbyszek, podobnie jak ja, nie lubił pisania zaraz po tragedii. Podkreślał to później jeszcze kilka razy. Nie mogłam zasnąć 3 lutego 2002 r. po promocji Zdarzeń i snów w czarnej okładce. I jednak opisałam to dramatyczne spotkanie. Z dystansu pięciu lat spośród kilku zapisanych wtedy stron ważny wydaje się tylko krótki fragment. Nie powtarzam za tamtym opisem szczegółów odebranych silnie emocjonalnie, na przykład szalika, który Zbyszek miał na szyi. Czy był to szalik, który nosił bohater Sobowtóra? – „Nie ulegało najmniejszej wątpliwości: to byłem ja-którego-straciłem-już-nadzieję-odzyskać. Gwałtownie ująłem oba końce szala i rozwarłem ramiona”.
Kiedy na początku znajomości mówiliśmy o zwince, dobrze wiedzieliśmy, że ogonek odrasta jej krótszy, że ona już nie może być „taka jak dawniej”. Ale Zbyszek liczył na „cud jaszczurki” i teraz, gdy tyle osób przywołuje go jednocześnie z perspektywy własnej pamięci i osobistego odbioru jego twórczości, przez chwilę jest wśród nas, prawie taki jak dawniej.
Krystyna Stołecka
|