POWRÓT

Bliższe brzegi rzeki
O tłumaczeniu poezji polskiej na języki słowiańskie

Leszek Engelking

 .

 

Zdrowy rozsądek i bardzo elementarna logika podpowiadają nam, że w wypadku tłumaczenia poezji polskiej na inny język słowiański szanse uzyskania przekładu kongenialnego są większe niż w wypadku przekładu na jakiekolwiek języki inne. Powodem, rzecz jasna, jest bliskość językowa, którą gwarantuje przynależność do jednej ścisłej rodziny językowej (w obrębie języków indoeuropejskich) i fakt, że wszystkie języki słowiańskie wywodzą się z grupy pokrewnych dialektów umownie nazywanych językiem prasłowiańskim, ale także bliskość geograficzna i historyczna, które owocują wspólnotą wielu doświadczeń, oraz bliskość kulturowa, niesłychanie ważna, bo mamy do czynienia ze wspólnotą (oczywiście niecałkowitą, już choćby z uwagi na przynależność niektórych narodów słowiańskich do obszaru katolicyzmu, a innych do obszaru prawosławia, co różnicuje tradycje) kodu kulturowego. Są zresztą obszary owego kodu przynależne tylko i wyłącznie naszej kulturze, sprawiające tłumaczom kłopoty nie do przezwyciężenia. Maria Krysztofiak powiada, posługując się przykładami translacji niemieckiej i angielskiej komedii Aleksandra Fredry, że „warstwa kulturowa, związana z sarmackością w Zemście, niestety okazała się nieprzekładalna” (Przekład literacki we współczesnej translatoryce, Poznań 1996). Wydaje się, że nie jest ona też w pełni przekładalna na inne mowy słowiańskie, ale granice owej nieprzekładalności są z pewnością posunięte nieporównanie dalej niż wtedy, gdy próbowalibyśmy tłumaczyć Fredrę na arabski, suahili, hindi, chiński czy koreański.

Jeśli nawiążemy do metafory wielkiego tłumacza niemieckiego, łodzianina, Karla Dedeciusa, który mówi, że praca translatorska to „służba przewoźnika, służenie komunikacji między światami, budowanie żywego pomostu między dwoma brzegami jednej rzeki” (Sprawy osobiste, przeł. Jan Prokop, w: Notatnik tłumacza, Warszawa 1988), to będziemy mogli powiedzieć, że w przypadku tłumaczenia z polskiego na inny język słowiański brzegi te na ogół są bliżej siebie niż w przypadkach innych, co nie znaczy, by rzece nie zdarzało się czasem rozlać nagle tak szeroko, że przewoźnik traci nadzieję na szczęśliwy finał podróży.

Wróćmy jednak do kwestii kodu kulturowego i związanych z nim granic przekładalności. Jeżeli weźmiemy na przykład takie wiersze Zbigniewa Dominiaka, jak Zaosie, 24 czerwca 1996, Chwila w celi Konrada, 25 czerwca 1996 czy Na cmentarzu przykościelnym w Bieniakoniach, 24 czerwca 1996, to musimy uznać, że mogą one być niezrozumiałe dla czytelnika obcego, zakładają bowiem pewną znajomość dzieła i biografii Adama Mickiewicza. Pamiętam, że kiedy podczas festiwalu „Jesień Poezji” (Poetinis ruduo) w Druskiennikach przeczytano ów wiersz w przekładzie litewskim (wygrał on wówczas anonimowy konkurs na utwór poświęcony Mickiewiczowi), publiczność natychmiast zorientowała się, o co chodzi. Wynika to jednak z miejsca, jakie autor Dziadów zajmuje w kulturze litewskiej (skądinąd niesłowiańskiej). Gdzie indziej teksty te mogą trafiać w próżnię lub przynajmniej wymagać przypisów. Nieco mniej grozi to jednak na obszarze słowiańskim, gdzie Mickiewicz znany jest jako wielki poeta Słowiańszczyny, tłumaczony przez wybitnych twórców własnych (np. w Czechach – Karla Havlíčka-Borovskiego, Eliškę Krásnohorską, Jaroslava Vrchlickiego, Josefa Václava Sládka, Vladimíra Holana, Františka Halasa), jako niemal rodak, nawiązujący do folkloru danego narodu (Białoruś), jako przyjaciel Puszkina (Rosja), jego translatora i polemisty (Jeździec miedziany kontra Dziady). Faktem jest, że kiedy czeski tłumacz Václav Burian (laureat tegorocznej nagrody Zbigniewa Dominiaka) tłumaczy pierwszy z wymienionych wierszy, to nie przywołuje w tytule miejscowości znanej każdemu kulturalnemu Polakowi jako przypuszczalne miejsce urodzenia wielkiego poety, translacja Buriana nosi nazwę Za řekou Osou, 24. června 1996, a więc wyjaśnia jak gdyby odbiorcy, że chodzi o konkretne miejsce na mapie Europy (rzeczownik „řeka” nie pozostawia wątpliwości co do tego, że następne słowo jest toponimem).

Języki słowiańskie „wykazują wiele wspólnych cech budowy gramatycznej i mają wysoki procent wspólnego słownictwa” (Józef Reczek, Języki słowiańskie, w: Encyklopedia języka polskiego, pod. red. Stanisława Urbańczyka i Mariana Kucały, Wrocław 1999). To może tylko pomóc translatorowi. Jedynym negatywnym zjawiskiem jest tu istnienie tzw. „fałszywych przyjaciół” tłumacza, słów mających w różnych językach słowiańskich takie samo lub zbliżone brzmienie, a znaczenie inne, czasem wręcz przeciwstawne (por. np. polskie „bezcenny”, i czeskie i słowackie „bezcenný” – „bezwartościowy”, polskie „czerstwy”, powiedzmy, czerstwy chleb, i czeskie i słowackie „čerstvý” – „świeży”, polskie „woń” i czeskie „vůně” – „miły zapach”, „aromat” oraz rosyjskie „woń” – „smród”, polskie „uroda” i „urodny” i rosyjskie „urod” – „pokraka” i „urodliwyj” – „pokraczny”, „szpetny”, rosyjskie „użasnyj” – „okropny”, „fatalny” i czeskie „užasn – „wspaniały”, „nadzwyczajny”): tłumacz, nastawiony na bliskość językową, może zapomnieć sprawdzić w słowniku znaczenie wyrazu, ale czyniąc tak, pozwala sobie na niedopuszczalne zaniedbanie, przed którego skutkami może go uratować najwyżej kontekst lub kompetentny redaktor.

Języki słowiańskie mają w porównaniu z innymi swe „silne strony”. Jedną z nich jest choćby obfitość afiksów, doskonale służących potrzebom derywacji. Dla przykładu: zdrobnień i spieszczeń. Zdrobnienia „są najbardziej produktywną kategorią słowotwórczą rzeczowników” w polszczyźnie (Roman Laskowski, Zdrobnienia, w: Encyklopedia języka polskiego) i mogą sprawiać kłopoty tłumaczom, mniejsze jednak tłumaczom słowiańskim niż innym. Spójrzmy na wiersz Zbigniewa Dominiaka Kruszynko Którą Kołyszę. Tytułowa „Kruszynka” to zdrobnienie, zdrobnienie czegoś już drobnego, „kruszyny”. Słowacki tłumacz, Karol Chmel (pierwszy laureat nagrody Zbigniewa Dominiaka) nie miał kłopotu z tytułem, mógł dać w swym języku również zdrobnienie wyrazu oznaczającego coś drobnego: Omrvinka Ktorú Kolíšem. „Omrvina” to po słowacku „kruszyna”, sufiks –ka, tak jak po polsku, służy zdrobnieniom rzeczowników rodzaju żeńskiego. Natomiast na przykład tłumacze tego wiersza na hiszpański, Gerardo Beltrán i Manuel Murillo Montenegro tłumaczą „kruszynkę” słowem pequeńa („mała”) i la pequeńita („malutka”). Niekiedy jednak także w językach niesłowiańskich tłumacze mogli zastosować zdrabniający przyrostek, choć nie zawsze udawało się znaleźć słowo analogiczne do „kruszyny”. Przykładowo w przekładzie włoskim (Angeli Gianelli) mamy tesoruccio (skarbek).

Bliskość leksykalna języka oryginału i języka docelowego pozwoliła częściowo zachować w przekładzie słowackim aliterację. W pełni aliterację tę udało się zachować, też dzięki bliskości języków słowiańskich, Anastazji Tymińskiej w przekładzie na rosyjski: Kroszka Kotoruju Kaczaju.

Dodajmy, że podobieństwo wyrażeń w polskim i słowackim (bajkowa “siódma góra”) umożliwiło Chmelowi zupełnie analogiczne oddanie następującego fragmentu:

W pamięci musisz mnie przenieść Daleko Daleko

Za siódmą górę Za próg tego morderczego wieku

 

V pamäti ma musíš preniesť Ďaleko Ďaleko

Za siedmu horu Za prah tohto vražedného veku

Poeci, którzy chętnie korzystają z mechanizmów polskiego słowotwórstwa są trudno przetłumaczalni na języki niesłowiańskie. Przykładem, który się tu natychmiast nasuwa, jest Bolesław Leśmian. Weźmy jego Żołnierza:

Kto tam z nocy na północ w burzę i zawieję

Tak bardzo człowieczeje i tak bożyścieje?

(...)

Jeden idzie w weselu, drugi w bezżałobie,

A obydwaj nawzajem zakochani w sobie.

Rosyjski przekład Natalii Astafjewej (również laureatki nagrody Zbigniewa Dominiaka) wykorzystuje możliwości ruszczyzny (znanej zresztą Leśmianowi tak dobrze, że napisał w niej dwa cykle wierszy) podobne do tych możliwości polszczyzny, którymi posłużył się oryginał:

Kto tam iz noczi w połnocz’, gdie wjugoju wiejet.

Kto tam tak czełowieczejet, kak bożestwiejet?

(...)

Szoł w wiesielje odin. I drugoj w biespieczali,

Put’ dierżali, drug w drugie duszy uż nie czaja.

Oczywiście zarówno utworzenie czasownika od rzeczownika, jak i stworzenie formacji prefiksalnej z formantem niszczącym, których u Leśmiana mamy sporo, możliwe jest również w językach innych niż słowiańskie, zwracano na przykład uwagę (Jacek Trznadel, Jarosław Marek Rymkiewicz) na analogię neologizmów Leśmiana i Martina Heideggera.

Pokrewieństwo języków słowiańskich ułatwia zadanie tłumaczom w obrębie tych języków. Widać to na przykładzie Stodoły Leśmiana,:

Tyś topolom na drogę cień rzucać pozwolił,

Ale kto je tak bardzo w niebo roztopolił?

 

Tyś pociosał stodołę w cztery dni bez mała,

Ale kto ją stodolił, by – czym jest – wiedziała?

 

Stodoliła ją pewno ta Majka stodolna,

Do połowy – przydrożna, od połowy – polna.

Iveta Mikešová korzysta z analogicznych możliwości czeszczyzny i jeśli chodzi o możliwości tworzenia czasowników i przymiotników od rzeczownika i o konstrukcje przedrostkowe:

Tys dovolil topolům stínit cestu v poli,

kdo je však tak vysoko k nebi roztopolil?

 

Tys vytesal stodolu, za čtyři dny stála,

kdo ji ale stodolil, aby – sebe – znala?

 

Určitě ji stodolní Majka stodolila,

Ta napolo příkopní, napůl polní víla.

Zwłaszcza tautologiczny czasownik „roztopolić” (wywiedziony od rzeczownika „topola” i opatrzony prefiksem roz-) tak naturalnie daje się oddać chyba tylko w językach słowiańskich.

Bodaj wszystkie języki mają zasób swoich zwrotów frazeologicznych (idiomów), których znaczenia nie da się wywieść z sumy znaczeń ich składników. Gra z frazeologizmami, ich rozbijanie, udosłownianie itp., i szerzej: rozmaite gry językowe, to wyrazisty środek poetycki. Da się je przełożyć na dowolny język, ale znów trzeba podkreślić bliskość mów słowiańskich: bliskość ta niejednokrotnie ułatwia tłumaczowi zadanie lub też daje mu większe pole do popisu - ze względu na występowanie analogicznych wyrażeń, zwrotów, ustalonych porównań.

Tu pozwolę sobie czerpać egzemplifikację z przekładów własnych wierszy. Niech usprawiedliwieniem będzie fakt, że autor, który sam jest tłumaczem, wyczulony jest na rozmaite mechanizmy swego tekstu i sposób ich oddania w języku obcym, oraz to, że spotkamy się tu z kilkoma laureatami nagrody Zbigniewa Dominiaka.

Zacznijmy od gry opierającej się na podobieństwie słów, którą wprowadza pierwszy wers, będący zarazem incipitem utworu pozbawionego tytułu: „Trzeciorzęd był pierwszorzędny”. Ze względu na bliskość leksykalną można grę oddać w naturalny sposób po czesku i słowacku (tylko jednak częściowo), gdyż i w odpowiednim rzeczowniku i w odpowiednim przymiotniku czai się liczebnik. Wykorzystali to tłumacze na oba te języki, wspominani już wyżej Iveta Mikešová i Karol Chmel. Oto ich tłumaczenia tej linijki: „Třetihory byly prvotřídní”; „Treťohory boli prvotriedne”. Ukraiński translator nie miał podobnego szczęścia, toteż złożył w tym miejscu broń, i oddał linijkę dosłownie (jeśli chodzi o sens), ale bez żadnej gry i wynikającego z niej napięcia między wyrazami, zubożając w ten sposób tłumaczenie: „W kajnozoji buło czudowo” („W kenozoiku było wspaniale”). Nawet jednak nie dysponując w języku docelowym słowami w naturalny sposób oddającymi grę oryginału można próbować znaleźć jakiś ekwiwalent. Taki pomysłowy ekwiwalent wymyślił tłumacz wiersza na białoruski, Andrej Chadanowicz: „Kajnazoj... nie, chutczej – kajfnazoj”. „Kajnazoj” to „kenozoik”, „chutczej” znaczy „raczej”, „prędzej”, a „kajf” to we współczesnym slangu białoruskim (podobnie zresztą jak rosyjskim) określenie zadowolenia, przyjemności, czegoś bardzo dobrego.

W innym wierszu bez tytułu (inc. „Z głębin mojej Azji...”) problem translatorski może stanowić zakończenie:

Z głębin mojej Azji

wyłania się horda

cuchnących

koczowników.

(...)

Ich kobiety

warzą przy drodze strawę

i patrzą na mnie wilkiem

pustynnym.

Zwrotu z patrzeniem i wilkiem (w wierszu na końcu nagle udosłownionym przez amplifikację, dodanie członu określającego nominalny komponent związku, słowa „pustynnym”) po czesku nie ma. Burian zdecydował się na odwołanie do innego frazeologizmu, mającego zresztą źródło w Nowym Testamencie (Mat. VII, 15): „wilk w owczej skórze” lub „wilk w skórze baraniej”. Wyrażenie to jednak przekształcił, dokonując wymiany komponentu i uzyskał dodatkowy efekt poetyckiego zaskoczenia (w oryginale takim zaskoczeniem jest dookreślenie „pustynnym”): „Jejich ženy (...) hledí na mne jak na beránka / v rouše člověčím” („Ich kobiety [...] patrzą na mnie jak na baranka w ludzkiej skórze”).

Tego problemu nie miała tłumaczka rosyjska (Natalia Astafjewa), gdyż po rosyjsku istnieje frazeologizm „smotriet’ (lub gladiet’) wołkom”. Mogła więc zakończenie przełożyć bardziej dosłownie: „Ich żenszcziny / wariat piszczu w kotłach u dorogi / i gladiat na mienia wołkom / pustyni”. Także w języku ukraińskim jest zwrot „dywytysia (podywytysia, glanuty, zyryty) wowkom” i tłumacz na ten język (Wiktor Dmytruk) fakt ten wykorzystał: „A żinky ich / pry dorozi jiżu wariat / i na mene zyrjat’ wowkom / pustelnym”. Autor innego przekładu tego wiersza na rosyjski (Siergiej Zawjałow) odszedł jednak od dosłowności i udziwnił (można tu bowiem mówić o swego rodzaju udziwnieniu w znaczeniu chwytu nazwanego tak przez Wiktora Szkłowskiego) frazeologizm w inny sposób, zmieniając liczbę i rodzaj, wilka na wilczyce: „Ich żenszcziny / gotowiat u dorogi jedu / i gladiat na mienia / wołczicami”.

W serbskim podobnego rozwiązania najwyraźniej znaleźć się nie udało i w tłumaczeniu Biserki Rajcić, też laureatki nagrody Zbigniewa Dominiaka, nie mamy frazeologizmu, a jedynie obraz kobiet spoglądających na podmiot utworu jak wilki pustynne (negatywne nacechowanie tych spojrzeń więc pozostaje, pozostaje też związek patrzących z pewną egzotyką):

Njihove žene

kraj puta kuvaju hranu

i posmatraju me kao pustinjski

vuci.

Także zakończenie innego wiersza (incipit „Nocą...”) zmusiło czeskiego tłumacza (tym razem Petra Mikeša) do poszukiwań niedosłownego rozwiązania:

Nocą,

kiedy zostaliśmy sami,

zapytałem morza:

 

gdzie jest wyspa Ocolora,

którędy tam

dopłynąć,

(...)

gdzie jest wyspa,

na której tańczą

zmarli?

 

A morze

nabrało wody w usta.

Po czesku nie ma frazeologizmu „nabrać wody w usta” (w oryginale zostaje on odświeżony przez naruszenie reguł łączliwości leksykalno semantycznej, morze nie jest bowiem człowiekiem i ust nie ma). Tłumacz musiał szukać jakiegoś innego, też jednak związanego z dwoma obszarami: morza i milczenia. I zakończył przekład wykorzystując ustalone porównanie: „Ale moře / mlčelo jako ryba” („Ale morze milczało jak ryba”).

Karol Chmel zrezygnował z poszukiwania słowackiego ekwiwalentu frazeologizmu, decydując się na dosłowność (widać tu inne strategie translatorskie obu tłumaczy):

A more

si nabralo vodu do úst.

Uznał zapewne, że antropomorfizacja wodnego żywiołu morza i obraz nabierania przez nie wody w usta oddziaływa swą paradoksalnością wystarczająco mocno, można więc dla owego oddziaływania poświęcić chwyt gry z frazeologizmem.

Mimo bliskości, jak już widzieliśmy, tłumaczom często nie udaje się uzyskać ekwiwalentu gry językowej. Tak jest na przykład z zakończeniem wiersza Ulica:

Ulica wpadła do mnie,

usiadła na kanapie.

Hm - mówię – hm, ulico,

czy chcesz zwiedzić moje słowa?

Nie, może później – odparła. –

Napiłabym się kawy,

napiłabym się herbaty,

napiłabym się wina.

Potem była słodziutka

jak małe kociątko,

weszliśmy w moje słowa

i spędziliśmy noc

na innej kanapie,

na kanapie ze zgłosek

miękkich i szeleszczących.

Rano szukał ulicy

pan posterunkowy

(...)

Ale ulica miała lekkiego kaca

i została w słowach

„Napiłabym się likieru

i mocnej kawy”.

A ja byłem w kropce.

Gry nie zdołał oddać tłumacz na język niesłowiański, szwedzki (Stefan Ingvarsson), który zakończył przekład słowami „Och jag stod handfallen”, co oznacza „A ja byłem bezradny” i zarazem oznacza rezygnację z napięcia między „być (znaleźć się) w kropce”, czyli być w skomplikowanym położeniu, nie dawać sobie rady z trudną sytuacją, a kropką jako znakiem przestankowym na końcu zdania lub całego tekstu. Nie zdołała gry tej oddać jednak również tłumaczka bułgarska (Jordanka Trifonowa); i ona zrezygnowała z frazeologizmu, wybierając jednak drugi element znaczeniowy: „А az ostanach w toczkata”, czyli: „A ja zostałem w kropce”, kropce jako znaku przestankowym. Obraz zresztą wychodzi ładny, a mała kropka zdaje się krępować i ograniczać mówiące „ja”. Natomiast tłumacz czeski (tyle już razy przywoływany Václav Burian) tę grę zachował czy raczej znalazł jej odpowiednik. Zacytujmy ostatnie wersy tłumaczenia:

Ale ulice měla lehkou kocovinu

a zůstala ve slovech

„Naleješ mi likér

a uděláš silnou kávu?“

A nade mnou se vznášel otazník.

„A nade mną wznosił się znak zapytania”. Znak zapytania jest oczywiście tak jak kropka znakiem przestankowym. A zarazem, kiedy wznosi się nad podmiotem lirycznym, to sygnalizuje jego trudną sytuację. Podmiot i możliwości jego działania są problematyczne, postawione właśnie pod znakiem zapytania. Trzeba jednak przyznać, że tu pomogła nie bliskość dwu języków zachodniosłowiańskich, tylko inwencja translatora.

Wiersz Dom piąty rozpoczyna się następującymi wersami:

- To piąty dom -

powiedział przechodzień,

zmrużywszy oko.

- Są w nim sypialnie

z kotarami z pluszu,

klatki schodowe

i klatki z ptakami.

Jak widać wykorzystano tu dwa różne znaczenia słowa „klatka”. W czeszczyźnie nie ma wyrażenia „klatka schodowa” („klatka schodowa” to „schodiště”). Václav Burian znalazł jednak dobre rozwiązanie: „Jsou v něm ložnice / s plyšovymi závěsy, / schodiště, / klece výtahů / a klece s ptáky”. Klatki schodowe pojawiały się w przekładzie, ale by zachować grę, translator wprowadził nowy element w naturalny sposób związany z domem: „klece výtahů”, czyli „klatki wind”. Przed podobnym problemem nie stawał w ogóle Wiktor Dmytruk, gdyż po ukraińsku jest zarówno klatka dla ptaków, jak i schodowa, mógł więc przełożyć po prostu: „klitky schodowi / i z ptachamy klitky”.

Wiersz Trzy ćwiczenia stylistyczne na temat jesieni, zaczyna się następująco:

Złocisze i czerwońce

na stroje,

na nastroje,

na paradę.

Trudność stanowi tu oddanie gry słów „na stroje – na nastroje”. Karol Chmel poradził sobie z tym sprytnie, wzbogacając jeszcze wiersz o dodatkowe współbrzmienie:

Zlatky a červonce

na vnady,

návnady

z parády.

Na vnady znaczy „na uroki”, „na wdzięki”, w domyśle kobiece, „navnady” zaś to „przynęty”.

Dalej w oryginale następuje wers „Wiatr przehula wszystko”. Czasownik „przehulać” oznacza tu „przepuścić, przeszastać (majątek, pieniądze)”. Kojarzy się to ze złociszami i czerwońcami (czyli pieniędzmi) z pierwszego wersu. Zarazem owe „złocisze i czerwońce” to w istocie, ma się rozumieć, liście jesiennych drzew. Przehulać łączy się więc też z przenośną, ale ustaloną w języku frazą „wiatr hula”. Słowacki tłumacz przekłada „Vietor všetko prehýri”, co eliminuje związek z „hulaniem wiatru”. Inaczej translator czeski (Václav Burian): „Vítr rozhází všecko”. Tu mamy zarówno znaczenie dosłownego „rozrzucania” (liści), jak i przepuszczenia majątku, gdyż „rozhazet” znaczy też „roztrwonić”. Za to Burian nieco mniej pomysłowo od Chmela radzi sobie z poprzednimi wersami, wprowadzając wyrażenia „na krásu” („na urodę”) i „na okrasu” („na ozdobę”):

Zlaťáky a červonce

na krásu,

na okrasu,

na parádu.

Pierwsza część wiersza Trzy ćwiczenia stylistyczne na temat nocy brzmi następująco:

Noc dziś brzydka

jak noc

Plucha pluje

na wszystko

Ziąb szczęka zębami

czasu

i przestrzeni

jak kośćmi szkieletu

przemarzniętego na kość

Brudny księżyc gaśnie

i zewsząd rzyga ciemność

z obrzydzenia

do samej siebie

Ogłoszenie w popółnocniówce:

Zamienię „o” na „i”.

I po czesku, i po słowacku istnieje utarte porównanie „brzydki(a) jak noc”. Toteż Václav Burian i Karol Chmel mogli pierwsze wersy przetłumaczyć odpowiednio: „Noc je dnes škaredá / jak noc” i „Noc je dnes škaredá / ako noc”.

Dźwiękowo-frazeologiczną grę „Plucha pluje / na wszystko” czeski tłumacz oddaje pomysłowo: „Psota dostala / ze všeho psotnik” (czyli „plucha dostała ze wszystkiego drgawek”). Tłumacz słowacki zrezygnował z zabawy dźwiękiem, stawiając na dosłowne i dokładne oddanie obrazu i skojarzenia z pluciem: „Slota pľuje / na všetko”.

Dzięki istnieniu w czeskim i słowackim wyrażenia „szczękać zębami” (z zimna) i dzięki temu, że można też szczękać kośćmi i że mówi się „przemarznąć na kość” (tu mamy w wierszu do czynienia z przekroczeniem reguł łączliwości semantyczno-leksykalnej, bo przemarznąć może tylko człowiek lub zwierzę, ale nie szkielet, ten bowiem jest rzeczą martwą), dało się przetłumaczyć dalszy fragment bez większych problemów. Do tego istnienie w czeskim homonimii „kosa” - potoczne określenie mocnego zimna, oraz „kosa” – „narzędzie do koszenia”, nawet wzbogaciło utwór, bo kościotrup łączy się przecież z kosą w tradycyjnym obrazie śmierci.

Burian tłumaczy:

Kosa cvaká zuby

času

a prostoru

jako kostmi kostry

promrzlé na kost.

A Chmel:

Mráz drkoce zubami

času

a priestoru

ako kosťami kostry

premrznutej na kosť.

W kolejnym fragmencie nie było wielkich trudności, poza wulgarnym zabarwieniem słowa „rzygać” oraz jego dwuznacznością (wymiotować i bluzgać, lać się strumieniami), z których obu tłumaczom przyszło zrezygnować:

Špinavý mesíc pohasiná

a odevšad tma zvrací

hnusem

nad sebou

 

Špinavý mesiac hasne

a zovšadiaľ

zvracia temnota

zo zhnusenia

nad sebou samou.

Ze względu na występujący tu wstręt do samego siebie ważniejsze było oczywiście znaczenie „wymiotować” i ono znalazło się w obu przekładach.

W kolejnym wersie niejakim problemem jest neologizm „popółnocniówka” odwołujący się do wyrazu „popołudniówka”, którego w czeskim i słowackim w takiej formie nie ma. Obaj tłumacze sięgają do słowa „dziennik” (czes. „deník”, słow. „denník”) oraz do identycznego w oby językach słowa oznaczającego „gazetę wieczorną”, czyli „popołudniówkę” właśnie (večerník), i tłumaczą: „Inzerát v popůlnočníku:” i „Inzerát v popolnočníku:”.

Dzięki temu, że po czesku słowa „noc” i „nic” brzmią tak samo jak po polsku, całkowicie bezboleśnie przeniesiona zostaje gra oryginału: „Vyměním »o« za »i«”. Natomiast nieco problematyczne jest to samo rozwiązanie („Vymením »o« za »i«”) w przekładzie słowackim, gdyż po słowacku „nic” to „nič”, należałoby więc jeszcze dodatkowo wymienić „c” na „č”.

Tak się składa, że wszystkie narody słowiańskie przeżyły doświadczenie komunizmu. To jedno z ważniejszych ich wspólnych doświadczeń historycznych. Doświadczenie przykre, często tragiczne, ale jego wspólnota ułatwia zadanie tłumaczom, wszystkie te narody bowiem wyczulone są na pewien typ aluzji, ironii, absurdu, żartu, a także na komunistyczną nowomowę, której krytyką i kompromitowaniem była w Polsce znaczna część wczesnej poezji nowofalowej, szczególnie jej odmiany lingwistycznej. Zapewne gdyby nie wspólnota doświadczeń, Władimirowi Britaniszskiemu trudniej przyszłoby adekwatnie oddać wiersz Stanisława Barańczaka Wypełnić czytelnym pismem (tytuł przekładu Zapołnit razborcziwym poczerkom):

Urodzony? (tak, nie; niepotrzebne

skreślić); dlaczego „tak”? (uzasadnić); gdzie,

kiedy, po co, dla kogo żyje? z kim się styka

powierzchnią mózgu, z kim jest zbieżny

częstotliwością pulsu? krewni za granicą

skóry? (tak, nie); dlaczego

„nie” (uzasadnić); czy się kontaktuje

z prądem krwi epoki? (tak, nie); czy pisuje listy do

samego siebie? (tak, nie); czy korzysta

z telefonu zaufania? (tak,

nie); czy żywi

i czym żywi nieufność? skąd czerpie

środki utrzymania się w ryzach

nieposłuszeństwa? czy jest

posiadaczem majątku

trwałego lęku? znajomość obcych

ciał i języków? ordery, odznaczenia

piętna? stan cywilnej odwagi? czy zamierza

mieć dzieci (tak, nie); dlaczego

„nie”?         

A oto tłumaczenie:

Rodiwszyjsia? (da, niet, nienużnoje

zaczerknut’); poczemu „da”? (obosnowat’); gdie,

kogda, zaczem, dla kogo żywiot? s kiem kontaktirujet

powierchnostju mozga? s kiem blizok

czastotoj pulsa? rodstwienniki za granicej

tieła? (da, niet); poczemu

„niet” (obosnowat’); priczastien li

k dwiżeniuju krowi epochi? (da, niet); piszet li piśma

samomu siebie? (da, niet); polzujetsia li

telefonom dowierija? (da, niet); pitajet li

i czem pitajet dowierije? otkuda czerpajet

sriedstwa sodierżat’ siebia w strogom

nieposłuszanii? sostojał li pod

strachom? naskolko władiejet

soboj, jazykami?

ordiena i znaki otliczija, osobyje

primiety? sostojanije grażdanskogo

mużestwa? sobirajetsia li

imiet’ dietiej? (da, niet); poczemu

„niet”?

Niechaj ten tour de force jednego z laureatów nagrody Zbigniewa Dominiaka (zauważmy jak zręcznie zamieniane są tu polskie frazeologizmy rosyjskimi) będzie ostatnim naszym przykładem.

 

Leszek Engelking