POWRÓT

Być tłumaczem

Biserka Rajčić

 .

 

Tłumaczę od trzeciego roku studiów, to jest od roku 1962. Przekładam poezję, prozę, eseje, teksty z teorii sztuki, literatury, teatrologii, filozofii, politologii, historiografii i z innych dziedzin wiedzy. Przetłumaczyłam 65 książek, z czego wydałam 60. W czasopismach opublikowałam około 1400 jednostek bibliograficznych. Od roku 1967 przez pewien czas współpracowałam z Radiem Sarajewo i bez przerwy do tej pory - z II i III programem Radia Belgrad. Występuję regularnie z cyklami programów poświęconych tekstom z różnych dziedzin i różnym autorom. Współpracowałam prawie ze wszystkimi czasopismami literackimi, teatralnymi, społeczno-kulturalnymi i historycznymi Jugosławii. Przez radio i czasopisma nawiązuję kontakt z czytelnikami. Bo, podobnie jak Boy, „tłumaczę, żeby być czytaną”. Przybliżanie czytelnikom „swoich” autorów jest głównym motywem żmudnej pracy, tłumacza. Wiele trudu wymagają przekłady nie tylko poezji ale właściwie wszystkich rodzajów literackich. I jest to niezależne od lat praktyki i doskonałej szkoły translatorskiej.

Na samym początku, gdy postanowiłam zostać tłumaczem, szukałam kontaktu z najwybitniejszymi tłumaczami w Serbii, z różnych języków i dziedzin. Pomogli mi wtedy: Milica Nikolić, Milivoje Jovanović, Branimir Živojinović, Milan Tabaković, Ranka Kujić, Sreten Marić, Branko Jelić, Pero Mužijević, Jugana Stojanović, Ivanka Pavlović, Aleksandar Spasić, Aleksandar Petrović, Draginjs Ramadanski i wielu innych, ale przede wszystkim mój starszy kolega, mistrz, a później i przyjaciel Petar Vujičić (1925-1994). Jeden z największych znawców i tłumaczy literatury polskiej w świecie, który w ciągu czterdziestopięcioletniej pracy translatorskiej przetłumaczył 150 książek i około 100 dramatów, a w jego bibliografii znajduje się około 1600 pozycji. Odkrył dla czytelnika obszaru języka serbo-chorwackiego, jak się do niedawna mówiło, największych pisarzy polskich XX wieku. Przede wszystkim ze swojego pokolenia - urodzonych w latach 20. i 30. - ale nie tylko. Przełożył Różewicza, Herberta, Szymborską, Mrożka, Gombrowicza, Iwaszkiewicza, Lechonia, Miłosza, Filipowicza, Przybosia, Pawlikowską-Jasnorzewską, Kruczkowskiego, Gałczyńskiego, Andrzejewskiego, Rudnickiego, Brezę, Brandysa, Stryjkowskiego, Borowskiego, Lema, Białoszewskiego, Karpowicza, Grochowiaka, Brylla, Harasymowicza, Parandowskiego, Bieńkowskiego i wielu innych. Żartował przed śmiercią, że spokojnie może umrzeć, bo z polskiego już nie ma co tłumaczyć. W ciągu tygodnia dostarczano mu każdą nową ksiażkę i jeżeli mu się podobała, szukał wydawcy i ją tłumaczył.

To dzięki Petrowi zaczęłam przekładać z polskiego. Najpierw sprawdził, co wiem o literaturze polskiej. Okazało się, że chociaż byłam dobrą studentką, prawie nic nie wiedziałam, bo wykłady z literatury na uniwersytecie kończyły się na Młodej Polsce. Dlatego dał mi pierwsze sto książek, które musiałam poznać. Potem następne sto. I trzecią setkę, i dopiero wtedy mi powiedział: „A teraz możesz sama”. Sama oznaczało pisanie o książkach, które on tłumaczył, wybieranie do samodzielnego tłumaczenia i interpretacji młodszych pisarzy, moich rówieśników. Byłam wszechstronną slawistką, to jest - chciałam być. Dlatego studiowałam wszystkie języki i literatury słowiańskie, próbując tłumaczyć prawie wszystkich.

Niestety, nigdy nie udawało się żyć z przekładów, dlatego zaczęłam pracować w bibliotekach: - Narodowej Serbii i Akademii Nauk - Instytutu Historii i Instytutu Filologii. To była dla mnie idealna praca. Trafiały do moich rąk książki humanistyczne z całego świata słowiańskiego. Stąd w moim dorobku przekłady z różnych dziedzin humanistycznych, a później i moje własne teksty na podobne tematy. Między innymi napisałam historię kultury Polski, która ukazała się pod tytułem Poljska civilizacija, dwie eseistyczne książki o miastach: Pisma iz Praga (Listy z Pragi) i Moj Krakov (Mój Kraków) oraz dwa słuchowiska: Szopen, George Sand i jej dzieciKarol Szymanowski albo gorzka sława. Wkrótce ukaże się i książka moich wywiadów, które od początku lat 80. prowadziłam z polskimi pisarzami, teoretykami literatury, teatru, reżyserami, aktorami, estetykami, politykami, intelektualistami, kończąc na poetach najmłodszej generacji, z Ewą Sonnenberg i Łukaszem Mańczykiem. Ostatnio przepisuję do komputera eseje o pisarzach, których tłumaczyłam. To będzie dosyć gruba książka. Około 700 stron. Od lat pracuję nad książką Manifesty i programy międzywojennej awangardy polskiej (literatura, teatr. film, sztuka, architektura, fotografia). Odkrywanie tekstów, wybór, tłumaczenie, komentarze. Kończę też Antologię najmłodszej poezji polskiej (poetów urodzonych w latach 60-80.). Bardzo się cieszę z tej pracy, która w dużym stopniu jest naukowa, a równocześnie trudno mi wyjaśniać naukowo, to czym się konkretnie zajmuję.

Biserka Rajčić, laureatka Nagrody im. Zbigniewa Dominiaka w 2004 r.
Nagrodę wręcza Anna Dominiak. Fot. Bogdan Sałaciński

W młodości wierzyłam w istnienie teorii przekładu, a teraz prawie nie. Każdy pisarz wymaga szczególnego podejścia, czyli opanowania jemu właściwego języka i stylu konkretnego dzieła. Wielomiesięczna praca nad każdą książką jest tak absorbująca, że w ogóle zapominam o istnieniu teorii literatury. Oczywiście, zawsze trzymam się ściśle specyfiki każdego dzieła, to znaczy, że pozostaję w cieniu pisarza. To mi najbardziej przypomina pracę aktora, który musi być absolutnie w określonej roli.

Nigdy nie potrafiłam tłumaczyć równocześnie dwóch autorów. Między jednym i drugim przekładem zawsze robię przerwę, która mi pozwała uwolnić się od poprzedniego pisarza. Dlatego lubię tłumaczyć różnorodne rzeczy. Po poezji tłumaczę prozę albo esej, sztukę, coś z teorii.

Bardzo wcześnie nauczyłam się solidnie przygotowywać do pracy nad następnym tekstem. Najpierw rozwiązuję wszystkie problemy, a dopiero potem siadam do maszyny do pisania, a w ostatnich latach do komputera.

Muszę przyznać że jednej trzeciej przekładów nie publikuję. Mam całą półkę teczek z nieopublikowanymi przekładami. Czasami wracam do nich, coś poprawiam, ale przeważnie ich nie kończę. Jak aktor w roli, i ja w tekście tłumaczonym muszę od razu mieć wszystkie potrzebne elementy. Jestem przeciwnikiem tłumaczenia z kimś, albo tłumaczenia w jednym, rozpoznawalnym stylu. Sztuka przekładu to sprawa emocji, wyobraźni, wizji, snów, odkryć, stan między snem i jawą, między dwiema różnymi rzeczywistościami, czasami umierania, spalania się, po którym z tłumacza pozostaje popiół. Coś burzysz, a z trudem powstaje coś nowego, odpowiednio nowego. Bo, każdy tekst jest, jak mówił Zbigniew Bieńkowski - wielki mag słowa poetyckiego i krytyk - jednokrotny, nieprzetłumaczalny dosłownie. W przekładzie zawsze czegoś bardzo ważnego brakuje, przede wszystkim ważny jest ton, muzyka, rytm. To się zawsze czuje. Przekład musi być tekstem „napisanym”, a nie „filologicznym”, tylko semantycznie precyzyjnym. Bo zdradą jest brak nastroju i ekspresji oryginału w tekście przełożonym. Stąd u mnie góra nieopublikowanych przekładów. Dlatego nie mogę tłumaczyć wszystkich autorów, bez względu na to, że filologicznie nie byłoby to trudne. Dlatego długo wybieram teksty do tłumaczenia i miesiącami czekam na chwilę, kiedy poczuję, że przekład jest gotów i można go opublikować. Tak zdarza mi się z pisarzami, których tłumaczę długo i z nowymi. Pół roku temu wydałam tomik Różewicza nad którym pracowałam prawie siedem lat. Nad Ewą Sonnenberg pracowałam dziesięć lat, bo uczyłam się nowego języka polskiego i nowego języka poezji. Każde środowisko literackie ma coś specyficznego, co tłumacz musi odkryć i opanować. To doświadczenie miałam między innymi i z poetami łódzkimi, których dwa lata temu tłumaczyłam i opublikowałam w banjaluckim czasopiśmie „Književnik” (Dominiak, Skompska, Babaryko, Jarniewicz, Strąk, Stołecka, Kwiatkowska, Filipczak, Bartczak, Macierzyński, Robert, Owczarek), chociaż nie należą do najtrudniejszych, powiedzmy typu Leśmiana, Karpowicza, Białoszewskiego, a nawet Barańczaka.

 

Belgrad, 28.04.2007

 

Biserka Rajčić