POWRÓT

Mała Portable

Wojciech Ligęza

 .

 


Pragnąłbym kontynuować rozważania z poprzedniego odcinka. Mógłbym wystąpić jako glosator i powiedzieć, iż (bezwiednie) zataiłem przed Czytelnikami zawoalowaną polemikę Jacka Łukasiewicza – z Gałczyńskim. Otóż – jak pamiętamy – maszyna do pisania Miłosza z wiersza Poeci jest czułym instrumentem śpiewu-żalu-łkania, co prawda, przełamywanym przez ironię. Tkliwa i gadająca dusza przedmiotu objawia się pod dotknięciem palców artysty. Natomiast w Poemacie dla zdrajcy Gałczyńskiego topielec dziejów, czyli ten, który opuścił najlepszą z ojczyzn – ojczyznę ludową, skazał się na milczenie, o czym z niezbitą pewnością orzekać można z góry. Renegat dzierży w rękach martwą maszynę do pisania, jest zdziwiony, że nie tworzy. Zamarły stukot czcionek, wstrzymana wędrówka taśmy po syberyjskiej bieli papieru, cisza jako upiorne echo dawnych radosnych rytmów pisania – takie obrazy można by tu dołączyć. Martwa maszyna jak lira bez strun, jak śpiewak bez głosu. Zetlała karta, śmierć. Trupa maszyny mógłby jedynie wskrzesić życiodajny cień flagi czerwonej dni naszych.

Oczywiście w Poemacie dla zdrajcy maszyna do pisania to tylko jeden z instrumentów dręczenia oraz egzorcyzmowania. Nawet pomniejszy. Natomiast liryk Jacka Łukasiewicza uświadamia, iż – pomimo oddzielenia oceanem i rozpanoszonej cenzury – tworzyła się sekretna czuła więź. Wiersze Czesława Miłosza jednak do nas docierały. Anatema okazała się nieskuteczna, co wyszło na dobre poezji polskiej.

Poza wymiar symboliczno-magiczny wykraczają rozważania o technice pisania i przydatności nieco hałasującego wynalazku. W rozdziale Karafki La Fontaine’a (Od calamusa do magnetofonu) Melchior Wańkowicz umieścił obszerny traktat o maszynie do pisania. Wszystkiego się dowiemy o jej historii, ale też – poza arkanami warsztatu literackiego – o typach czcionek, rodzajach taśm, gatunkach papieru, dobroci używanej kalki. Pojawia się również instruktywny rejestr, kto z polskich pisarzy, mając wybór, sięgał po maszynę do pisania, a kto używał pióra, bądź ołówka. Bolesław Prus, ciekawy nowinek, od razu się przestawił i zawstydzał innych swoją zażyłością z maszyną marki Hammond, Irzykowskiego gorszyło „bębnienie na maszynie”, Iwaszkiewicz – po ziemiańsku i wielkopańsku – stronił od mechanicznego zapisu. Nie tak dawno pojawiały się sądy, że klekot maszyny psuje styl, że oderwanie tekstu od ręki piszącej to klęska ludzkości. A w ogóle dusza pisarza może doznać uszczerbku poprzez zadawanie się z diabłem. Co najwyżej można dać tekst do przepisania maszynistce (ten szlachetny zawód zniknął).

Melchior Wańkowicz pozostał entuzjastą. Powiadał on, iż używanie maszyny dyscyplinuje pracę pisarską, wpływa na ilość zaczernionych stron, a kto jak kto, ale reporterzy tempo zapisu informacji winni dostosować do cywilizacyjnego przyspieszenia. Teraz odezwać się musi elegijny lament: jakże to wszystko już antykwaryczne. Oto nowoczesność z chyżością wjeżdża do muzeum. I na nic nie przyda się wielkie Panawańkowiczowe znawstwo. Pozostaną wspomnienia – jak zawsze. Przeto dowiemy się, że słynnego reportera i gawędziarza łączyły emocjonalne więzi z trzema maszynami: szwajcarskim Hermesem, włoską Olivetti Lettera 22, amerykańską Super Silent Smith Corona. Gdyby posłużyć się samochodową analogią, to w tym wyliczeniu gradacja przebiega od fiata 500, poprzez opla capitana, do cadillaca – krążownika szos. Wańkowicz wyznaje, iż najwięcej sentymentu łączyło gomaszyną najstarszą, najmniejszą, która służyła mu w okresie podboju świata. Autor Karafki La Fontaine’a rzuca też mimochodem takie zdanie: Pisarz spokrewnia się ze swoją maszyną jak z kimś bliskim. Otóż to.

Maszyna to świadek najlepiej wtajemniczony w radość i mękę pisania. Maszyna niejako zrosła się z biografią twórczą. W 1936 roku Beata Obertyńska woziła swojego Portabelka (to nazwa własna od „portable”) po Portugalii i w chwilach wolnych wystukiwała na nim przezabawne listy do rodziny. Już w Londynie (znacznie później) poetka nie mogła się rozstać z inną maszyną o imieniu Karmelka. Zwróćcie uwagę, Czytający, jak osobowo traktowane były te przedmioty. Miały one swe biografie równoległe, od okresu świetności po czas więdnięcia czy raczej: zdarcia, ale wierność liczyła się nade wszystko. Jakże w miejsce wypróbowanego przyjaciela można było wstawić rzecz lśniącą, fabrycznie nową, nie oswojoną? Kasper Pawlikowski wspomina, że Karmelka Obertyńskiej na starość miała szczerbatą klawiaturę, a listy na niej pisane dochodziły z niezmiennie opadającym „e” lub skrzywionym „f”. Jak wieść niesie, lektura tekstów profesora Konstantego Grzybowskiego napotykała na trudności i konieczność rozwiązywania zagadek. Różnice między znakami się zacierały, gdyż czcionki jego maszyny były aż tak zmęczone, tak bardzo spracowane.

Dzieje literatury związane są, choć marginalnie, z opowieściami o maszynach do pisania. Z rozmaitych świadectw można wydziobać anegdoty o nowości szybkiego zapisu, przyjaźniach literackich, które cementował fakt posiadania maszyny, o obyczajach wspólnoty piszących. I tak na przykład dowiemy się ze wspomnienia Zdzisława Najdera, że Bolesław Herbert, ojciec wielkiego poety, podarował autorowi Struny światła maszynę do pisania (jaką, jakiej marki, byłbym ciekaw) jako symbol pojednania, ale Zbyszek nie nauczył się na niej pisać (przepisywaczem wierszy był więc sam Najder). Duch rękopisu nie poddał się zmechanizowanej materii, tak jak rysunki w szkicownikach Zbigniewa Herberta nie uległy naporowi fotografii.

Można też tu i ówdzie przeczytać o sukcesjach, koligacjach poprzez przedmiot czy niespodziewanych namaszczeniach pisarskich. Znów przykładowo weźmy informację z Dziennika 1978 Mariana Brandysa: Kalina Jędrusik podarowała Leszkowi Moczulskiemu maszynę do pisania Stasia (Stanisława Dygata).

Dzieje maszyn do pisania zazębiają się z historią rzeczy, których w PRL-u było zawsze za mało. Tak, że na przykład jedna maszyna musiała obsłużyć kilku pisarzy. Oto łańcuszek zmian właścicieli, albo nawet szkielet noweli w stylu Boccaccia – z maszyną na pierwszym planie i rowerem umieszczonym w tle. Jak pisze Mariusz Urbanek w książce Zły Tyrmand: Jerzy Przeździecki zobaczył kiedyś [Tyrmanda] na kortach warszawskiej Legii z małą „portable”, maszyną do pisania, na której głośno stukał [...]. Od Tyrmanda odkupił ją właśnie Jerzy Przeździecki i napisał na niej swe pierwsze opowiadanie [...]. Trzecim właścicielem maszyny stał się Jerzy Andrzejewski – wymienił ją z Przeździeckim na rower. Napisał w swych wspominkach, że zabrał ją do Niemiec, i tam mu ją ukradziono. A rower Przeździecki podarował córce Andrzejewskiego, która w „Czytelniku” była redaktorką jego książki”. Ileż tu zawęźleń pisarsko-rodzinnych, zwrotów akcji, wędrówek oraz – tajemnic. Nie wiemy, który z pisarzy niemieckich wystukiwał swoje utwory na maszynie z niepotrzebnymi polskimi czcionkami, czy po kolejnej gwałtownej zmianie stosunków własnościowych maszyna wróciła do Polski, dokąd jeździła na rowerze pani redaktor i czy rower w końcu też podprowadzono? Otwiera się tu przecież szereg możliwości fabularnych. I w ogóle warto zapytać, dlaczego polska literatura zaprzepaściła szansę na stworzenie czegoś interesującego, czyli powieści o biografiach maszyn z wątkami pożądania, miłości oraz uprowadzenia – uwiedzenia.

Losy maszyn do pisania bywały dramatyczne, a ich porwania oraz aresztowania zdarzały się nader często. Małą Portable – marki Olympia-Plana – zrabowali ci w skórzanych płaszczach, kiedy przez nasz dom (tuż przed moim urodzeniem) przewalały się rewizje. Ileż musiała znieść upokorzeń, ile poniżeń. Któż to wie, do jakich kłamliwych oskarżeń oraz niesprawiedliwych wyroków przyłożyła swe czcionki? Czyje paluchy skaziły ją wulgarnym dotykiem? Wróciła po odwilży. Rodzice mówili, że zupełnie odmieniona. Po przeżyciu ciężkich przesłuchań jąkała się i zacinała, nie mogła nawet utrzymać równego duktu pisma.

W ogóle była delikatnego zdrowia. Pochodziła z kraju, w którym fürer potrzebował dużo stali na armaty, przeto rzecz – w jakiejś przynajmniej mierze – pokojową wyprodukowano z materiałów zastępczych. Bakelitowy wachlarzyk oddzielający czcionki łamał się i marniał, a wałek z bakelitu zdolny był do najdziwniejszych skoków. Maszyna zamknięta w drewnianym pudle potrzebowała spokoju, by leczyć rany. Jako dziecię, uchylając wieka, nieraz zaglądałem do tej tajemniczej czeluści. Kilka lat później przepisywałem na tej maszynie pozwy sądowe i daremne odwołania, gdyż Moja Cioteczna Babka (właścicielka kamienicy zabranej pod kwaterunek) postanowiła – pod pozorem, że nie wywiązuje się on z obowiązków – wyrzucić ciecia, szczerego proletariusza. Zupełnie nie rozumiała istoty ludowej sprawiedliwości. Znów upłynęło trochę czasu i dalej wykańczaliśmy Olympię-Planę, tłukąc po osiem przebitkowych kopii szkolnego pisma „Żak”, zamkniętego po pierwszym numerze, gdyż byliśmy zbyt niezależni. Biedna Olympia nie miała szczęścia. Sekundowała zawsze sprawom przegranym: fürera, nieszczęsnych aresztantów, Ciotki-Kaminiczniczki i nas domorosłych nieopierzonych redaktorów.

 Na małej korespondencyjnej portable (marki nie pamiętam) kupionej od pewnego myśliwego, któremu w kniei nie była potrzebna, napisałem pracę magisterską. Jednak nasz wspólny epizod trwał krótko. Wolałem bardziej stateczną, solidną Erikę, którą nabyłem w czasach Gierka, płacąc podatek od luksusu, gdyż nie miałem papierów pisarskich i nie mogłem udowodnić, że maszyna jest mi potrzebna do pracy. Pisałem teraz dniami i nocami, bo trzeba było złożyć doktorat, i – pomimo koca na biurku – stukot niósł się po pionach i rurach. Razu pewnego nawiedził mnie sąsiad i rzekł: „pan przepisuje, a zatem, czy mógłby pan przepisać pracę mojej córki studiującej rolnictwo?”. „Nie przepisuję, tylko piszę” – odpowiedziałem. „No właśnie, pisze pan, czyli przepisuje” – błyskotliwie spointował rozmowę ten prekursor postmodernizmu. Kontrakt jednak nie został zawarty.

Zdawałoby się, że tylko takie przygody będą nas spotykać, ale nie – Erika również nie uniknęła aresztowania. W stanie wojennym kolejni nieproszeni goście (już bez skórzanych płaszczy) zabrali bibułę, skonfiskowali zdjęcie Lecha Wałęsy, a na dodatek maszynę „wzięli do sprawdzenia”. Erika ma spokojną emeryturę w szafie. Niekiedy patrzę na wyświecone klawisze i cóż: wskrzeszam wspomnienia. Tej uczłowieczonej rzeczy nie mogę się wyprzeć. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach przechowywać będzie wysłużone klawiatury do komputera? Po jakich śmietnikach świata walają się szczątki naszych pecetów, przestarzałych, wycofanych z obiegu? Gdzie ręka pisząca pozostawi ślad?

 

Wojciech Ligęza