POWRÓT

Rozmowa z Tomaszem Filipczakiem

Renata Nolbrzak

 .

 

Renata Nolbrzak – Jest pan jednym z pomysłodawców „Pulsu”. Co było inspiracją do jego stworzenia?

Tomasz Filipczak – Byłem studentem filologii polskiej w czasach, kiedy mieliśmy utrudniony dostęp do znacznej części literatury. Ja miałem jednak szczęście poznać Radka Tatarowskiego, który był moim wykładowcą. To dzięki niemu mogłem czytać zakazane wówczas rzeczy. Pewnego razu zostałem zaproszony przez Radka na spotkanie autorskie Jacka Bierezina w domu kultury prowadzonym przez Józefa Śreniowskiego, późniejszego członka KOR-u. Zirytowało mnie, że nikt tam tak naprawdę nie dyskutował o poezji. Coś mnie podkusiło, żeby się z autorem trochę pokłócić. Okazało się, że całkiem fajnie kłócić się z takim człowiekiem. Jacek zabrał mnie do siebie do domu, gdzie odbyliśmy długą rozmowę i chyba przypadliśmy sobie do gustu, mimo że był on dla mnie wtedy „człowiekiem z innej półki”. Niedługo potem Radkowi Tatarowskiemu groziła rewizja w domu, w związku z tym u mnie znalazło się wiele rzeczy, które trzeba było ukryć. Było tam oczywiście bardzo dużo książek, a wśród nich londyńskie wydanie Miłosza, które postanowiłem przepisać na maszynie. Ponad dwieście stron. Takie stukanie to dopiero pozwala zrozumieć poezję! Zrobiłem to w trzech przebitkach. To był ten moment... Pomyślałem, że jest w Łodzi trzech poetów, o których wszyscy mówią, a nikt ich nie czyta: Bierezin, Sułkowski, Jaskuła. Wpadłem na pomysł, żeby wydać ich poezję. Wtedy miałem już maszynę, która dawała 10 przebitek. Kiedy poprosiłem Jacka, żeby dał mi swoje wiersze do wydania, on otworzył szafę, wyjął poemat Antka Pawlaka, parę innych rzeczy i zaproponował, żebyśmy robili pismo. Tak się zaczęło odkrywanie swobodnego, wolnego myślenia. Miałem wtedy 21 lat, to było dla mnie jak odkrywanie nowych galaktyk.

 

– Jakie były założenia przy tworzeniu pisma?

– Zakładaliśmy, że robimy „Puls” dla kogoś mądrzejszego od nas. My go nie pouczamy, po prostu w „Pulsie” zapisany jest pewien dialog. Uważaliśmy, że opozycja też wymaga dialogu wewnętrznego, bo inaczej kostnieje. Nie chcieliśmy narzucać jedynej prawdy, tak jak „Zapis”, który nas bardzo rozczarował. Widzieliśmy w tym jakieś niewolnictwo, trudno znaleźć odpowiedniejsze słowo. W redagowaniu „Zapisu” była pewna gra z cenzurą. Redakcja prezentowała postawę w stylu: „Patrzcie, my jesteśmy wielcy, piszemy wspaniałe teksty, a cenzura nam to wykreśla”.

Wstęp napisany przez Jacka do pierwszego numeru „Pulsu” bardzo dobrze oddaje nasze intencje. Wymagało to od nas dużej odwagi. Przyjechał wtedy do Łodzi Ludwik Dorn, dzisiaj znany polityk, powstrzymać mnie przed wydaniem „Pulsu”. Przekonywał, że to uderza w „Zapis”, że to pewien rodzaj sabotażu. Ale nie zrezygnowaliśmy. Było również ważne, że to nasza łódzka inicjatywa.

 

– No właśnie, jawi mi się to trochę jako taki przejaw lokalnego patriotyzmu. Po prostu konkurowaliście z Warszawą.

– Może rzeczywiście, jest w tym trochę prawdy. Niewątpliwie, chcieliśmy pokazać warszawce na co nas stać. Wiem, że to trochę złośliwe określenie, nie będę go definiował, ale coś w tym jest. Na przykład różnica w poczuciu humoru, dystansu do siebie. Oni byli po prostu przekonani o swojej wartości, że Warszawa jest centrum intelektualnym kraju. Wracając do „Pulsu”, my chcieliśmy, w odróżnieniu od „Zapisu”, żeby czytelnik słuchał i sam wyrabiał sobie poglądy, nie dał sobie nic narzucać. Chodzi o alternatywność w życiu: intelektualną, polityczną. Bez niej to przecież zastąpienie jednego kagańca drugim.

 

– Jak pozyskiwaliście teksty?

– Część tekstów została po prostu wydobyta z szuflady, tak jak tekst Ossowskiego, opublikowany w pierwszym numerze, który był chyba najważniejszym tekstem zamieszczonym w ogóle w „Pulsie”. Został wyciągnięty z szuflady rodziców Józka Śreniowskiego. Mieliśmy też na początek tekst Antka Pawlaka, wiersze Zdzisia Jaskuły i Jacka. W poszukiwaniu tekstów objeżdżałem dosłownie Polskę: Barańczak, Dymarski i wielu innych autorów. Jacek też miał swoje kanały. Zamawialiśmy teksty albo dowiadywaliśmy się, że np. w Krakowie jest jakiś młody poeta, który chciałby dla nas pisać. „Puls” trafił w niszę, jak się teraz ładnie mówi, dlatego, że byliśmy otwarci na młodych, niepokornych ludzi. Autorzy mieli u nas prawo do wyrażania niepopularnych poglądów.

Potem trochę się to popsuło, nr 6 poszedł już bardziej w stronę warszawki, Jacek, może na fali popularności, zaczął być bardziej warszawiakiem niż łodzianinem, dochodziło do sporów. Potem był przełomowy moment, kiedy powstała Solidarność i kolejne numery: 9, 10,11,12 były już bardzo dobre, 13 był znakomity, ale nie zdążyliśmy go wydać.

 

– Jak wyglądała praca redakcyjna i wydawanie nielegalnego pisma od strony technicznej?

– Jeśli chodzi o pracę redakcyjną, to dbaliśmy o to, żeby każdy przeczytał tekst, który potem wspólnie omawialiśmy. Główne spory odbywały się między Jackiem a Witkiem, ale głosowaliśmy demokratycznie. Przypomina mi się w tym miejscu śmieszna sytuacja, dotycząca Leszka Szarugi. To strasznie mądry facet, ale bez poczucia humoru. Kiedyś przywiózł taki czterdziestostronicowy dodatek satyryczny do „Pulsu”, który sam wymyślił i sam napisał. Nie zgodziliśmy się na publikację. Obraził się, powiedział, że pojedzie do Wrocławia robić pismo, trzasnął drzwiami i wyszedł.... Za pół godziny wrócił. Inna fantastyczna postać to Tadziu Walendowski – taki nasz agent w Warszawie, który był dla nas alfą i omegą. Robił dla „Pulsu” świetną kronikę. Każda taka krótka notka wywoływała falę dyskusji i najczęściej śmiechu.

Kiedy wybraliśmy już i ułożyliśmy teksty do druku, szło to do maszynopisania. Pierwszy numer pisaliśmy z Jackiem w mieszkaniu Henri Poulaina. Było trochę jak za okupacji, pełna konspiracja. Nie udało się nas przyłapać, jednak grożono Poulainowi wydaleniem z Polski i mimo że współpraca zapowiadała się obiecująco, musieliśmy jej zaprzestać. Kolejne numery drukowane były w Warszawie. Mieliśmy wielu współpracowników, składaczy, był Wojtek Hempel, Janusz Płóciennik, Kinga Dunin, Andrzej Babaryko, moja siostra i szwagier, u których w mieszkaniu też składaliśmy kilka numerów. Trudno przypomnieć sobie wszystkie nazwiska. W każdym razie, kiedy mieliśmy składać pismo, nasza „rewolucyjna” czujność nasilała się, zdawaliśmy sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie groziło nam i tym, którzy pomagali. Miałem świadomość, że ryzykujemy, szczególnie po zamordowaniu Staszka Pyjasa, ale jednocześnie czułem, że jestem człowiekiem wolnym, że nic nie muszę. Już sam fakt podania w „Pulsie” adresu był jak rzucone wyzwanie.

 

– Były też wydania bibliofilskie „Pulsu”...

– Zrobiliśmy 60 egzemplarzy bibliofilskich. Tekst był odbijany na ksero (dzięki temu był bardziej estetyczny), a numery były ilustrowane, głównie oryginalnymi zdjęciami na papierze fotograficznym, autorstwa Bartosza Pietrzaka oraz rysunkami (odbitkami oryginalnych rysunków), między innymi Wojciecha Wołyńskiego, a także kolażami z wycinków gazetowych i odbitkami ręcznego pisma. Korzystaliśmy z ksero w budynku Centralu. Z czwartego piętra kobieta spuszczała na sznurku pudła. Taksówkarz udawał, że nic nie widzi. To było coś niebywałego. Zachowując jednak ostrożność, dojeżdżałem tylko do Placu Wolności i dalej sam przenosiłem wszystko do siebie, na ulicę Rewolucji. Oprawę robił człowiek w zakładzie przy Kilińskiego. Nie czytał „Pulsu”, ale miał świadomość wagi tego, co robi. Cieszył się, że może w tym uczestniczyć. O takich ludziach też warto pamiętać.

Dostęp do ksero załatwił nam Janusz Połom ze szkoły filmowej. To dzisiaj, kiedy ksero jest na każdym rogu, brzmi śmiesznie. Ale wtedy trzeba było mieć specjalne pozwolenie na korzystanie z niego. W Łodzi były wówczas tylko dwie maszyny. Łatwo byłoby więc milicji dotrzeć, narażaliśmy często anonimowych ludzi, ale oni też mieli poczucie, że robią coś ważnego.

Kolportaż przechodził przez moje mieszkanie. Dotyczyło to nie tylko „Pulsu”, ale także innych zakazanych publikacji. Dostawałem zamówienia od różnych ludzi i przywoziłem z Warszawy. Dwa razy się zdarzyło, że całą nyskę „świeżyzny literackiej” mi zabrali.

 

– Biorąc pod uwagę tę ciągłą inwigilację, wydaje się dziwne, że nie uniemożliwiono wam wydawania „Pulsu”.

– Dla mnie jedynym wytłumaczeniem jest to, iż nasi przeciwnicy byli po prostu inteligentnymi ludźmi. Choć to brzmi paradoksalnie, oni byli najwierniejszymi czytelnikami naszego pisma. Często robili naloty na różne miejsca, także po to, żeby odświeżyć sobie biblioteczkę. Z jednej strony za nami chodzili, inwigilowali, wykonywali pewne operacje, robili to, co należało do ich służby, ale odczuwało się mimo wszystko pewnego rodzaju przyzwolenie. Wydaje mi się także, że Łódź, ze względu na swoje komunistyczne korzenie, miała specyficzny status. Wyczyny SB w innych miastach były znacznie poważniejsze. Pamiętam sytuację, kiedy pisałem pracę magisterską na maszynie pożyczonej od Jaskuły. Zabrali mi ją, a wraz z nią mnóstwo książek, ale zostawili mi dwa czy trzy egzemplarze z dedykacjami autorów. Widocznie uznali, że są jednak pewne granice.

 

– Jakie znaczenie dla współczesnych mają ludzie tamtej opozycji? Jacy oni byli?

– Ci, którzy włączyli się w ruch opozycyjny, dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza – to ci, którzy robili to z pobudek, dających satysfakcję, druga to ci, którzy chcieli robić politykę. Ja należałem do tego pierwszego grona. Zrobiłem film, wydałem encyklopedię i parę książek, organizowałem spotkania środowe u ojca Stefana Miecznikowskiego, zdobyłem dwie nagrody Komitetu Kultury Niezależnej, byłem szefem Łódzkiego Komitetu Kultury Niezależnej, i to mi wystarczy, ja niczego więcej nie chcę. Dziś doszło do takich paradoksów, jak sytuacja, która ostatnio mi się zdarzyła. Potrzebowałem zaświadczenia do ZUS-u, który nalicza lata pracy, poszedłem do Solidarności, żeby dali mi kwitek, że mnie wyrzucono z pracy. Zażądali, żebym przyprowadził świadków... Trzasnąłem drzwiami i wyszedłem.

 

– Nie ma pan poczucia, że walczył o coś innego?

– Być może, ale jest jednak coś, czego nikt mi nie odbierze – miałem szczęście spotkać w życiu wspaniałych ludzi, poznałem najlepsze umysły polskie tamtych lat: Jana Józefa Szczepańskiego, prof. Korzeniewskiego, Turowicza, Błońskiego i innych wielkich ludzi. Ja mam swoje lata, coś tam po sobie zostawię, moje wnuki będą coś po dziadku miały, między innymi ten pożółkły papier „Pulsu”. Czy będzie to dla nich ważne – nie wiem. Przynajmniej próbowałem...

 

Rozmowę przeprowadziła Renata Nolbrzak

25 kwietnia 2005 r.