POWRÓT

Siła pamięci
(czy ktoś wreszcie połączy te kropki)

Krystyna Namysłowska

 .

 

Pamięć jest subiektywna, wybiórcza; może też być męcząca, a nawet doprowadzić do szaleństwa, kiedy wymknie się spod kontroli. Ma zatem swoją siłę, ale też i słabości; może zastawiać pułapki.

Kiedy panowie z Supergrupy AZORRO mobilizują się do zrobienia „czegoś” i natychmiast kwitują pomysł zwrotem „to już było”, przypominamy sobie, że w przeszłości też to mówiono, co, na szczęście, dziejów sztuki zanadto (chyba?) nie zubożyło. Zresztą, były też czasy, kiedy powtarzanie nie było artystycznym grzechem, a zdarzało się, że zaliczano je nawet do cnót, także w kulturze europejskiej.

Pogoń za nowością, oryginalnością, przekonanie o linearnym rozwoju sztuki, wręcz wiara w postęp w sztuce to już tylko kupka pomieszanych, zużytych kart. Co najwyżej możemy mówić o wzbogacaniu palety technologicznej. I jeżeli średniowieczny mnich dawał upust swojej potrzebie ekspresji na marginesach przepisywanych ksiąg, współczesność stwarza takie pole w sieci.

Sądzę, że w tym miejscu warto zacytować za katalogiem Łódź Biennale 2006 autokomentarz Witosława Czerwonki: „Jak każdy starzejący się artysta sięgam czasami po własne przebrzmiałe, zarośnięte pajęczyną pomysły, projekty i teksty. Może właśnie w owych archiwaliach uda mi się znaleźć podnietę do kolejnego kroku w jakimkolwiek kierunku. Kierunek jest zresztą nieważny, istotny jest raczej ruch, choć i to nie jest takie pewne. Bezruch wydaje się być rozsądniejszą strategią w świecie przepełnionym nadmiernym ruchem. Inspirowany własnym tekstem z 1978 r. O działaniu autonomicznym, zamieniam się w kamerę na statywie i za jej pomocą rejestruję 24-godzinne cykle zmian otoczenia, używając trywialnej funkcji sprzętowej. Nie wiem, czy kiedykolwiek obejrzę w całości rezultat mojej pracy i czy ktoś wytrwale będzie mi w tym towarzyszył. Wnioski, jakie wyniknąć mogą z oglądania tej pracy, nie są istotne, ponieważ rodzą się na użytek indywidualny i stanowią tajemnicę każdego z nas. Praca, którą prezentuję nie podlega prawom autorskim, podobnie jak wszelkie przypadkowe wizerunki otaczającego nas świata”. (podkr. K.N.)

Wystawa Łódź Biennale 2006, już prawie pół roku temu zamknięta, nie znika z mojej pamięci. Nie znika jako całość, która uzasadniała istnienie dawnych fabrycznych hal. I nadal nadaje sens przestrzeniom zbędnym, opuszczonym. Wędrówka zatem będzie niespieszna, bardziej podyktowana nastrojem, kontekstem chwili, niż chęcią uporczywego tropienia artystycznych słabości według modernistycznej recepty.

Starannie odrobione kropki były rozsiane po ścianach i suficie łącznika między dwoma budynkami kryjącymi dawne fabryczne hale. Z czasem zaczęły pojawiać się nieśmiałe, następnie coraz bardziej wyraziste połączenia owych kropek. O ile, oczywiście, znajdowały się w „poręcznych” miejscach. Ich połączenie nie wymagało wtedy zbyt wielkiego wysiłku.

Artur Malewski, Gabinet hipnozy regresyjnej, fot. Norbert Trzeciak

Ale o tych kropkach można inaczej. Były jak unieruchomiony negatyw świetlnych punktów w Kosmosie Wiktora Polaka, gdzie pędziły z „kosmiczną” prędkością, wpadały na siebie, rozpryskiwały na wiązkę takich samych, tak samo pędzących. Łączenie ich mogłoby się okazać niebezpieczne. Czy nie stałyby się bowiem „czarną dziurą”, która wchłonie nas i nasze o cokolwiek starania i zabiegi?

W Kosmosie mogliśmy też poczuć się przez chwilę demiurgami. Wystarczył moment skupienia, żeby przy pomocy banalnego długopisu, ołówka czy czegokolwiek sprawiać, że obraz świecących, pędzących punktów materii rozpryśnięciem na garść nadal świecących nowych punktów zaświadczał o naszych „sprawczych możliwościach”. Pewnie, że działo się tak również bez naszego udziału, miło jednak poczuć się Sprawcą.

Albo inaczej. Mimo że nasz wielki cień sugerował nasze kreatywne możliwości w kosmicznej pustce, byliśmy w niej pojedynczy, osobni, samotni. Nie mieliśmy żadnych szans na połączenie jakichkolwiek kropek, mogło się nam co najwyżej zdawać, że je rozbijamy. W nieskończoność. A może naprawdę je rozbijaliśmy? Może robimy to nieustannie?

Nie zmieniamy się tak bardzo. Organizujemy się w społeczności związane kodeksami praw. Pracujemy, kochamy się, nienawidzimy, wychowujemy dzieci, dążymy do szczęścia, mamy jakieś pasje. Ludzie nadal malują, rzeźbią, piszą, komponują muzykę. Powstają dzieła, przy których dech w piersiach zapiera. Są też ślady: obiekty – pozostałości drobnej krzątaniny, które tworzą klimat współgrający z banalną, współczesną duchowością. To też nie nowość.

Łódź Biennale 2006 miało w sobie właśnie coś z potoczności. To nie była wystawa nastawiona na dzieła atakujące odbiorcę. Być może dlatego wędrowanie pośród obiektów, instalacji, filmów i fotografii, nawet rysunków i tekstów było swobodne, otwierało coraz to inne konteksty. Kiedy ruch przy telefonach Kamila Kuskowskiego (Dryń, dryń) stawał się zbyt chaotyczny i przez to męczący, można było się skryć przy wideoinstalacji Witosława Czerwonki i razem z nim patrzeć na powoli zmieniające się za oknem barwy, albo kontemplować „kielich Graala” znieruchomiały pośród przepływających obłoków. Zaś kiedy już napatrzyliśmy się na „palety” – obrazowe konstrukcje malarskie z udziałem prawdziwych drewnianych palet towarowych i jakby żywych, migotliwych prostokątnych powierzchni Arkadiusza Sylwestrowicza, można było zamknąć się w Gabinecie hipnozy regresyjnej Artura Malewskiego i zająć się swoimi myślami lub poddać monotonnemu głosowi i, być może, przywołać jakąś zaprzeszłość naszej duszy, albo wygodnie leżąc, spoglądać w sufit, na którym artysta pęczkami grafitowych rysików podsunął naszej wyobraźni może futerko, może kępki trawy. Z kolei Laura Pawela zapraszała do „Naturalnego widoku”, którym był trącący (bo ze starych windowsów), i trącony myszką, obraz zielonego wzgórza. Przedstawiciel pokolenia wychowanego przed monitorem komputera na widok porośniętego trawą łagodnego pagórka na tle błękitnego nieba, po którym przepływają obłoki, powinien zakrzyknąć do towarzysza wędrówki: – popatrz, jesteśmy w windowsach! Gdyż najpierw jest komputer, a dopiero potem łąka.

Nie ja jedna dobrze się czułam pośród pisanych rysunków Ewy Zarzyckiej, nie ja jedna zasłuchałam się w baśń Agaty Michowskiej. Nie byłam też samotna, pędząc bez mała przez gęste od wielkich dziejowych procesów Ikony zwycięstwa – wystawę urządzoną przez Józefa Żuka Piwkowskiego po to, żeby znaleźć swoiście intymne sytuacje, zapisane w dźwięku przez Agnieszkę Chojnacką (Wszystko będzie dobrze). Podobne do mojego wzruszenie odkrywałam u innych wędrujących po wystawie, kiedy odnajdywali obrazy Roberta Maciejuka, a w ich pamięci, być może, ożywały stare pocztówki dźwiękowe z kwiatami.

Byłoby jednak nieprawdą, gdybym zapewniała, że wszyscy na wystawie Łódź Biennale 2006 wyczuwali pozytywną aurę i mieli ochotę, nie żałując czasu, spacerować pośród dzieł, obiektów przygotowanych przez artystów zaproszonych przez Jolantę Ciesielską. Byli też i tacy, którzy nonszalancko muskali wzrokiem napotkane „pracki”, ogólnie zdegustowani brakiem „porządnych dzieł”, dotykających „istotnych problemów”. Takie jednak też były. W filmach Pawła Hajncla, w działaniu i instalacji grupy Sędzia Główny, w Biurze Podróży „Soczewka” Andrzeja Paruzela, w wideofresku Przekażmy sobie znak pokoju Dominika Lejmana, a także u Zbigniewa Libery, który swoich Mistrzów przedstawił w sposób, w jaki chciałby, aby byli poznawani ze stron poczytnego magazynu Gazety Wyborczej (tylko, kto wpadł na pomysł, żeby to wystawić na sztalugach?!). Była też szczypta humoru: w wideo Urządzenia Łukasza Skąpskiego i w instalacji Chińczycy oglądają reklamę Atlasa Sztuki, według Łodzi Kaliskiej.

Zygmunt Libera, Mistrzowie, fot. Grzegorz Piekarski

Cenne też były zaskoczenia. Przeniesiona z pleneru przestrzenna kompozycja Mariusza „Benka” Olszewskiego, ukryta w kąciku na podłodze, swoją typograficzno-konstrukcyjną formą dopełniała, zarazem jednak przecząc im, symboliczne, wręcz egzystencjalne treści.

Nie było nudno. Prace, dzieła, obiekty, filmy, obrazy, fotografie tak jak kropki w rysunku Małgorzaty Górskiej Połącz kropki można było łączyć – zestawiać na różne sposoby, tworząc własne sekwencje artystycznych zdarzeń.

Jolanta Ciesielska, kuratorka wystawy Mentality/ Umysłowość, czyli coś z niczego, napisała we wstępie, że ten tytuł „jest ukłonem wobec tradycji myślenia ukształtowanej przez artystów tworzących ruch neoawangardowy, zwłaszcza w odmianie konceptualnej i intermedialnej, szczególnie ważnej w takich ośrodkach jak: Łódź, Wrocław, Gdańsk, Poznań, Lublin czy Warszawa”. Kuratorka zaprosiła wielu młodych artystów, często debiutantów. To oni dyktowali ów niewymuszony klimat. Przedstawiciele starszych generacji wpisywali się weń, jakby korzystając z tej nowej dla nich aury.

Mentalność – nastawienie umysłowe, jak ukazuje to historia cywilizacji, jest pochodną technologii, jaką rozumne istoty się posługują. To technologia wywołuje przekształcanie się języka, wpływa na sposób komunikacji. Z drugiej jednak strony ciągle jesteśmy tacy sami, ciągle chcemy opowiadać o nas samych, o nas w świecie i o świecie w ogóle; i chcemy o tym dowiadywać się od innych.

Młodzi artyści zdawali się mówić swoimi pracami, że dobrze jest się zatrzymać, wejrzeć w siebie, zaniechać kosmicznego pędu, odkryć niezwykłość banalności (Wiktor Polak – Kosmos) Może właśnie dlatego niektórzy z zaangażowanych w przygotowywanie Łódź Biennale 2006 przyznawali mi, że kiedy są już zmęczeni rolą organizatorów, idą na wystawę, żeby po prostu po niej pochodzić i odpocząć.

Jest coś istotnego w wymowie skromnego studenckiego ćwiczenia filmowego, przedstawiającego w szarości śnieżnego, chmurnego poranka, a może wczesnego popołudnia, białą klacz lekko stąpającą wewnątrz rozległego ogrodzenia, a w oddali, za sylwetkami drzew, gdzieś na horyzoncie, pomykające czarne punkty pędzących pojazdów. Celtowie swoje święte miejsca, otaczali palisadą, wałem ziemnym, rowem, czymkolwiek, tworząc widoczną granicę między „sacrum i profanum”.

Agata Michowska, Baśń, fot. Grzegorz Piekarski

Małgorzata Górska, Połącz kropki, fot. autorka

Dzisiaj oba te pojęcia zdają się nie przystawać do świata. Czasami jednak, kiedy wejdziemy do opuszczonych pofabrycznych hal, przestrzeni zbędnych i odrzuconych, odnajdujemy współczesną duchowość; jej potrzebę w nas samych. Na Łódź Biennale 2006 artyści nas w tym wspierali.

Czy była to dobra wystawa? W tradycyjnym krytycznym rozumieniu nie da się sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Jak można bowiem w ten sposób określać coś, co nie narzuca się swoją obecnością, a po prostu jest. Jest na tyle długo i na tyle mocno, że kiedy bez mała pół roku po zakończeniu Łódź Biennale 2006 oglądam inne wystawy, ta właśnie wciąż żywo rysuje się w mojej pamięci. Z malarstwem Małgorzaty Borek, filmami Jacka Niegody, instalacją i filmem Konrada Kuzyszyna, wydzierganym Falowcem Julity Wójcik, „świętymi” zupami Pawła Maciaka (Energia – to co jem), ciągle nas nękającą potrzebą ukazywania Miejsc znaczonych – tak jak robi to Janusz Bałdyga, z niepokojącym ujawnianiem niezdolności odróżniania faktów medialnych od faktów rzeczywistych, co zdawał się nam sugerować Jakub Bąkowski, „kreując” Muzeum Ziemi na Erosie 433, czy głęboko ludzką potrzebą nadawania duchowego sensu zdestruowanym obszarom poprzemysłowych krajobrazów – jak w Palindromach Tomasza Mażewskiego, aż po otwarte sięganie do archetypowych skojarzeń w rzeźbiarskiej instalacji (rzeźbiarskim obiekcie?) Zobowiązana wobec Was Danieli Krystyny Jałkiewicz.

Jednak tych, którzy oczekiwali po tej wystawie odkrywczości w modernistycznym rozumieniu tego słowa, mógł spotkać zawód. W tym bowiem sensie, jak okazała to Supergrupa AZORRO, wszystko już było. Ale, jak sądzę, nie tego poszukiwała kuratorka wystawy Jolanta Ciesielska. Ukazała nam natomiast naturalność „bycia i życia” z nowymi mediami, możliwość szczerości i autentyczności wypowiedzi w zwirtualizowanym świecie „umarłych idei, zasiedlających niegdyś obszar zwany sztuką” – jak to napisała, kończąc wstęp do katalogu Łódź Biennale 2006. Dała nam tą wystawą instrumenty do rozpoznania stanów naszej współczesnej świadomości, pomagając tym połączyć owe zatomizowane „kropki” z rysunku Małgorzaty Górskiej.

 

Krystyna Namysłowska

 

Agata Michowska Baśń, fot. Grzegorz Piekarski

Krystyna Jałkiewicz Zobowiązana wobec Was, fot. Grzegorz Piekarski

 

 

 

 

 

 

 

 


Andrzej Paruzel Biuro Podróży „Soczewka”, bilboard, fot. autor

 

Łukasz Ogórek „...”, witraż na oknie fabrycznym i jego detal, fot. Małgorzata Górska

Grupa Sędzia Główny Rozdział I. Epizod IV, fot. Norbert Trzeciak

Paweł Maciak Energia – to co jem, fot. Grzegorz Piekarski