POWRÓT

Papier czerpany i e-booki

Krystyna Namysłowska

 .

 

W Łodzi przy ulicy Tymienieckiego 24, w dziewiętnastowiecznej willi Henryka Grohmana, znajduje się jedyne w Polsce Muzeum Książki Artystycznej. Jego twórcami i właścicielami są Jadwiga Tryzno, socjolog, i Janusz Paweł Tryzno, artysta grafik i fotografik.

 

Agnieszka Stasińska – Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi to wyjątkowe miejsce, ponieważ poza typową funkcją przechowywania eksponatów pełni również rolę pracowni artystycznej, w której powstają dzieła sztuki.

Jadwiga Tryzno – Owszem, nasze muzeum „żyje”, coś się w nim dzieje i co jakiś czas rezultat tego widać, ale jest to trochę „dzika uprawa”, bo ze względu na trudną sytuację finansową i prawną tego obiektu nie możemy w pełni realizować naszych pomysłów.

 

– A wynikają one z wspólnych zainteresowań Pani i Pani męża, z fascynacji książką i ideą korespondencji sztuk.

– Zainteresowanie książką było najpierw i doprowadziło do powstania w 1980 roku wydawnictwa artystycznego. Muzeum powstało dopiero w 1993 roku. Nadając wydawnictwu nazwę – Correspondance des Arts – jeszcze nie wiedzieliśmy dokładnie, co chcemy robić. Tę nazwę zaproponował Zdzisław Jaskuła, poeta, współtworzący grupę inicjatorów wydawania książek artystycznych. Poza nim byli w niej plastycy: Janusz Paweł Tryzno, Andrzej Graczykowski i Zbigniew Janeczek.

Założenie korespondencji sztuk w sztuce książki było dla nas istotne. Drukowaliśmy wówczas utwory bardzo patriotyczne i łatwo było popaść w schematyzm, dlatego zależało nam na tym, żeby obrazki nie były zbyt dosłownymi ilustracjami treści, by kierować się inspiracją dosyć różnorodną, umożliwiającą odbiorcom swobodne interpretacje.

Później, gdy już sami kontynuowaliśmy pracę w wydawnictwie, zastanawialiśmy się, czym jest korespondencja sztuk w naszym przypadku. Przyjęliśmy ją jako zasadę łączenia artystów, czasem nawet dziwnego, kontrowersyjnego. Chcieliśmy, by w proces twórczy włączało się wiele osób, stąd rozmowy, dyskusje, różnorodne kontakty między nimi miały bardzo duże znaczenie.

Książka jest ze swej natury korespondencyjna, bo wymaga współpracy wielu artystów na różnych poziomach. I to jest nieco odmienne podejście do sensu korespondencji sztuk, sugerowanego na przykład przez Hansa Arpa i jego otoczenie. Im chodzi o stworzenie wspólnego języka zarówno w wypowiedzi, jak i w obrazie, co jest możliwe w przypadku artystów, którzy sami piszą, rysują i często dalej też wszystko robią sami, łącznie z wydrukowaniem i sprzedawaniem dzieła. Dla nas korespondencja przekłada się na założenie, że należy dążyć do starcia się różnych wyobraźni, często odmiennych poglądów i niekoniecznie trzeba poszukiwać jedności. W ten sposób zostawiliśmy sobie furtkę, która z punktu widzenia twórczych problemów ma dużo sensu.

 

– Zamierzenia twórcze koncentrowały się wokół książki artystycznej, której idea właśnie w latach osiemdziesiątych zaczynała budzić większe zainteresowanie w Polsce. Książka, w szerokim rozumieniu, jest przestrzenią spotkania sztuk, choćby słowa i obrazu. Co odróżnia starannie wydaną książkę tradycyjną od artystycznej?

– Można to ująć jednym zdaniem. Książka artystyczna jest wtedy, gdy robi ją prawdziwy artysta. To jest i brak odpowiedzi, i pełna odpowiedź. Artysta może zatrzymać się na formie kodeksu i wypowiadać się w ten sposób, a może poszukiwać dalej. O tym, czy książka jest artystyczna, zawsze decyduje podejście twórcy. To problem całego szeregu kryteriów i ich rozpiętości. Zazwyczaj nie ma żadnych wątpliwości, gdy wszyscy na widok jakiegoś dzieła padają i wzdychają. Często obserwuję takie reakcje przy oglądaniu jednej z naszych książek. Myślę o poemacie Rainera Marii Rilkego, Pieśń o miłości i śmierci korneta Krzysztofa Rilkego, wydrukowanym skromnie na bandażach i na papierze – sam tekst. Druga część tej książki to zdjęcia fotoreportera „Gazety Wyborczej” Krzysztofa Millera. Z jego bardzo bogatego archiwum wybraliśmy fotografie, korespondujące, naszym zdaniem, w dość specyficzny sposób z poematem. Staraliśmy się wytworzyć pętlę wokół treści. Ludzie podczas oglądania tej książki w pewnym momencie milkną. Nastaje cisza. Zaskoczenie czymś niezwykłym, wyjątkowym niekoniecznie musi się wyrażać w głośnych zachwytach. Milczenie bywa bardzo wymowne. Reakcja odbiorców pozwala odczuć, czy coś jest sztuką, czy nie. Uważam, że artystyczne jest dzieło, wokół którego gromadzą się ludzie, nawet jeśli dla innego artysty jest ono kiczem.

 

Rainer Maria Rilke O miłości i śmierci korneta Krzysztofa Rilkego,
ze zdjęciami Krzysztofa Millera, projekt: Janusz Paweł Tryzno, 1996

 – Książka jako dzieło sztuki plastycznej staje się przedmiotem wyjątkowym, o wartości którego stanowi jego strona materialna. Jednak jego warstwa wirtualna nadal pozostaje ważna, a nawet niekiedy ulega wzmocnieniu. Książka artystyczna może być do oglądania, ale też do oglądania i czytania, i przeżywania w sferze emocji. Z tego wynika, że nie można jej zamknąć w wąskich ramach encyklopedycznej definicji.

– Nie da się. Książkę artystyczną robi artysta, ale bardzo trudno określić, czym się ona charakteryzuje, bo może mieć wiele różnych realizacji. W Łodzi na ulicy Łupkowej jest szkoła, która od kilku lat organizuje wśród uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych konkurs na książkę artystyczną. Dzieci wykonują samodzielnie albo z rodzicami rzeczy niejednokrotnie wcale nie gorsze od twórczości artystów dyplomowanych. Jak to klasyfikować?

 

– W tym momencie można się już zagubić wśród definicji, również w odniesieniu do artysty i zastanawiać się, czy tylko dyplom go określa. Niezależnie od zakresu pojęć związanych z artyzmem, ten konkurs dla uczniów jest chyba dowodem wzrastającego zainteresowania książką artystyczną?

– Na pewno. Mam okazję obserwować od wielu lat wystawę „Współczesna polska sztuka książki”. Pierwsza edycja odbyła się w 1994 roku. Artystów prezentujących książki było około trzydziestu. Na tegoroczną wystawę zgłosiło się ich już, nie tylko z Polski, około 150. Równocześnie rośnie zainteresowanie publiczności. Gdy zaczynaliśmy w 1980 r. nie było łatwo znaleźć w Polsce kogoś, kto tę sztukę uprawiał. Oczywiście byli graficy, którzy projektowali, i ilustratorzy, ale oni byli zawsze. Natomiast artystów robiących książki w pojedynczych egzemplarzach, czy bardzo niskich nakładach, prawie nie było. Uaktywnili się, gdy stało się możliwe powstawanie prywatnych oficyn. W Polsce cały ruch związany z książką bardziej wyszukaną i bibliofilską, czy artystyczną, jakby jej nie nazwać, to czas kilku ostatnich dziesięcioleci.

 

– Wówczas też pojawiła się potrzeba kolekcjonowania tych dzieł, eksponowania ich w jednym miejscu.

– Muzeum zaczęliśmy organizować jako ludzie już robiący książki. Urządzaliśmy je przede wszystkim pod kątem stwarzania szeroko pojętego warsztatu pracy, wyposażonego w maszyny i urządzenia, potrzebne artystycznemu wydawnictwu, a z drugiej strony zasobnego w określoną wiedzę z zakresu sztuki i historii książki. Naszym celem było też zgromadzenie kolekcji książek artystycznych. To, że wykonywaliśmy je sami, umożliwiało wymianę z innymi artystami. Początkowo nasza kolekcja powstawała właśnie dzięki wymianie, ale z darów trudno stworzyć coś sensownego.

Właściwie wszystkie muzea nie mają obecnie dość pieniędzy na zakup eksponatów i sytuacja Muzeum Książki Artystycznej pod tym względem jest podobna. O ile jednak tamte placówki ratuje po części wymiana, u nas jest ona problematyczna. Nasze książki powstają bardzo długo i często trudno je porównywać z innymi. To w pewnym stopniu hamuje działalność muzealniczą. Ale właściwie od początku zakładaliśmy też działalność twórczą, czyli szeroko pojętą kreatywność w zakresie sztuki książki. Zbieraliśmy maszyny do robienia papieru, odlewania czcionek, do drukowania itd., ale jednak chcieliśmy objąć misją kreatywności książkę rozpatrywaną pod różnymi kątami widzenia. Stworzyliśmy warunki do tego, żeby mogli się spotykać ludzie, którzy uczestniczą we wszystkich etapach jej powstawania.

 

Jakub Böhme
Objawienia
dotyczące Boga
,
projekt i grafiki:
Igor Podolczak,
1991

– Państwa syn Paweł też uczestniczy w działaniach Muzeum Książki Artystycznej, więc jest ono kojarzone przede wszystkim z rodziną Tryznów, ale nie tylko. Na czym polega współpraca z innymi twórcami, reprezentantami różnych dziedzin sztuki, czy Państwo dzielą się z nimi obowiązkami?

– Trochę tak to jest, jeżeli wziąć pod uwagę, co muzeum faktycznie robi. Powstają tu nasze książki, ale pomagamy też innym wydawcom. Ponadto wokół muzeum gromadzą się kręgi ludzi zainteresowanych książką, którzy kontaktują się z nami na różne sposoby, przychodzą oglądać eksponaty lub uczestniczą w procesie ich tworzenia. Odwiedzają nas bibliofile i wycieczki szkolne, turystyczne, uczestnicy zjazdów i konferencji, studenci, a czasem przypadkiem trafiają do nas zwiedzający Księży Młyn i odkrywają, że istnieje coś takiego jak książka artystyczna.

Duże znaczenie ma sposób eksponowania. U nas można wziąć książkę do ręki i spokojnie oglądać. Bezpośredni kontakt jest warunkiem odbioru tego dzieła sztuki. Ale nie zdołaliśmy osiągnąć jeszcze takiego poziomu organizacji, który by nas zadowalał. Chcielibyśmy, żeby były tu warsztaty – graficzny, komputerowy, eksperymentalny – dostępne dla zainteresowanych. Poza tym – fachowa biblioteka związana z książką: katalogi imprez książkowych z całego świata i informacje o różnych artystach książki, a także książki o książce. Jeśli się okaże, że muzeum będzie istniało, że nas nie wyrzucą – co ciągle nam grozi – będziemy prezentować liczącą wiele tysiącleci historię sztuki książki, która nie zaczyna się od kodeksu, jak się przypuszcza, a od naskalnych malowideł. Zresztą artyści w swoich pracach podkreślają, że początki książki to zwoje i tabliczki gliniane, kodeks nie jest tu aktem końcowym, bo są przecież książki elektroniczne i artyści w tej dziedzinie też pracują. Chcielibyśmy stworzyć taką kolekcję, która by pokazywała, że we współczesnej książce artystycznej jest obecna historia sztuki książki.

 

– Na aspekt historyczno-etnologiczny książki, nie tylko artystycznej, zwrócili Państwo uwagę w 2000 roku we Frankfurcie w prezentowanej przez Muzeum wystawie „Skryptorium”.

– Przez tę wystawę usiłowaliśmy dowieść, że książka jest czymś ponadczasowym. To są cały czas inne formy, z którymi przede wszystkim artyści mają do czynienia. Zaczęliśmy od wystawy „Skryptorium”, ale potem robiliśmy parę innych, może mniej spektakularnych, ale ważnych projektów, które pokazywały dzieje książki.

 

Zbigniew Dominiak Od okna do okna, projekt i grafiki Lesław Miśkiewicz, 1991

– Poza historią w Muzeum można zapoznać się z procesem powstawania książki, co prowadzi do głębszych refleksji, a realizuje się czasem przez ciekawe działania artystyczne.

                         – Kiedyś udało nam się zrobić eksperyment książkowy. Prezentowaliśmy wiersz medialny. Pokazywaliśmy, że podczas improwizacji poetyckiej, stymulowanej muzyką, czyli w wyniku korespondencji różnych sztuk, istnieje możliwość zamknięcia całego procesu powstawania książki. Uczestnicy równocześnie tworzą, wskazując obrazy, spośród wrzucanych na ekran. Następnie ich wybory są przez komputer zbierane i każdy wychodzi z innym egzemplarzem książki z tego samego spotkania. Podczas naszego eksperymentu powstało 20 różnych książek. To jest niesłychanie ciekawe również dla nas.

Sam tekst w książkach artystycznych pełni zazwyczaj specyficzną funkcję, nieraz jest powodem, że ktoś w ogóle zabiera się do ilustrowania, wydawania itd. Nieraz funkcjonuje wyłącznie w świadomości artysty, w ogóle go nie ma w książce. Nieraz powstaje specjalnie dla danej książki. Z kolei bywa również tak, że jest programowo pomijany. Z książką związanych jest mnóstwo spraw, do których powinno się podchodzić, mając już wiedzę na temat historii, fenomenu, jakim jest forma kodeksu, czy też tego, co się dzieje z książką współcześnie. Można powiedzieć, że sporo takich zagadnień w sposób twórczy poruszamy w naszym muzeum.

 

– I łączy się to z działalnością wydawnictwa, w którym każda książka, a nawet druk bibliofilski jest nowym dziełem sztuki.

                         – Przede wszystkim niczego nie powtarzamy. Nie tworzymy ciągle tej samej książki. To, co robimy, często trwa rok i dłużej, ale są to książki oryginalne, odmienne. Naszym najnowszym dziełem jest Gilgamesz, którego jeden egzemplarz jest przechowywany w bibliotece w Kuala Lumpur. Do zrobienia użyliśmy dziewięciu bardzo dużych plansz z grafikami Igora Podolczaka, współpracującego z nami artysty z Ukrainy. Pierwsza wersja tej księgi, przedstawiona w Kuala Lumpur, zawiera grafiki, wydrukowane metodą druku soczewkowego. Po drugiej stronie plansz pokazaliśmy przestrzeń historyczną książki w postaci zdjęć zachowanych tablic Gilgamesza, znajdujących się w British Museum. Mamy jednak nowy pomysł i chcemy wykorzystać coś innego na tylną część. Teatr Pieśni Kozła we Wrocławiu, wystawiał Gilgamesza w postaci lamentacji po śmierci bohatera, z piękną oprawą muzyczną, i elementy spektaklu chcemy włączyć do naszej książki. Jeszcze w tej chwili nie wiemy dokładnie, jak to zrobić. Jest pewien pomysł. Dziewięć elementów komponuje się dobrze z fraktalem matematycznym Sierpińskiego, być może w oparciu o tę formę będziemy montować. Mówię o tym specjalnie, by pokazać, że proces twórczy ciągle trwa. Powstał już jeden egzemplarz, ale dla nas to nie jest koniec tematu. Bywało też tak, że powstawało kilka wersji książki, zanim przybrała ona kształt ostateczny. Projekty powstają ciągle, ale czekają na realizację, w sensie dosłownym, ponieważ nie mamy na nie funduszy. Takim projektem jest remont budynku muzeum. Jego zewnętrzną elewację, a dokładnie fugi pomiędzy cegłami, chcemy wypełnić liniami pisma tak, żeby budynek stał się matrycą, żeby linie pisma można było odczytać. Wybierzemy z różnych okresów historycznych teksty o księdze.

Staramy się bardzo dużo prac wiązać z historią książki. Miedzy innymi za pomocą druku soczewkowego pokazujemy, w jaki sposób można wszystko, co było do tej pory, ze sobą połączyć. Jeżeli się przyjmie, że książka była w postaci malowideł naskalnych, to teraz można wrócić ją na ścianę poprzez druk soczewkowy.

To są cały czas nasze próby. Oczywiście robimy też na zamówienie różnego rodzaju druki tzw. bibliofilskie, na przykład wiersz z grafiką jednego artysty, ale wstydzilibyśmy się powiedzieć, że to jest książka artystyczna, bo po prostu już nie traktujemy tego jako prawdziwego zadania artystycznego.

 

– Jaki najciekawszy druk specjalny, na zamówienie, udało się Państwu zrealizować?

                         – Stosunkowo niedawno, po śmierci Miłosza dostaliśmy z Irish Writer Centre propozycję stworzenia książki z wiersza i mowy pogrzebowej, napisanych przez Seamusa Heaneya. To nie było łatwe zadanie, ponieważ musieliśmy dostosować się do życzeń osób zamawiających. Chcieli, żeby książka nawiązywała do tego, że Miłosz został pochowany w sarkofagu. Znaleźliśmy, wykonany przez prywatną hutę szkła, szklany wazon o kształcie futerału, podobnego do tekturowego, w który wkłada się książki. Książkę wkłada się do niego z góry.

 

– Czy zadania, których państwo się podejmowali i mają zamiar w przyszłości wykonywać można przyporządkować grupom, określonym według jakiegoś kryterium?

                         – Zadania nie tyle się dzielą, co pokazują ciągłość naszego rozwoju. Początkowo, w latach 80., robiliśmy książki poetyckie łączone z grafiką, w nakładzie 100 egzemplarzy bibliofilskich. Drugi okres w naszym wydawnictwie to współpraca z różnymi artystami. Wybieraliśmy spośród pomysłów te, które okazywały się możliwe do zrealizowania. Tak powstało parę książek z kilkoma artystami zagranicznymi, Igorem Podolczakiem, potem z Stasysem Eidrygeviċiusem i innymi. Trzeci etap to w gruncie rzeczy wszystko, co robimy sami. Nasze są: pomysł, wykonanie, ale musimy jeszcze korzystać ze współpracy w niektórych technicznych sprawach.

 

Jan Kubasiewicz X list kardynała Polatuö Stefana Themersona pisany do jego biografa,
projekt: Jan Kubasiewicz i Janusz P. Tryzno, 1986

– Książki Correspondence des Artes są oryginalne również ze względu na towarzyszące im rekwizyty, czy ekspozycje w specjalnym otoczeniu. Eksperymentują też Państwo z bryłą książki, przekształcając ją.

                         – Pierwszą oprawę płaszczową zrobiliśmy do książki Themersonów. Wiele osób zastanawiało się wówczas, po co chusteczka do książki. Później pojawiały się różne pudełka. Są to rekwizyty dodatkowe, które wyrażają sens, zawarty w dziele.

Na odbywającą się w grudniu 2006 roku w Łodzi międzynarodową wystawę „Współczesna sztuka książki” przygotowaliśmy, jako jej uczestnicy i organizatorzy, Orfeusza i Eurydykę – „kodeksowy dziwoląg”, ponieważ pozostając kodeksem, wygląda jak rzeźba. Ma metr długości, 15 cm szerokości i kilkaset grubych kart. Gdy się go otworzy, powstaje obiekt w kształcie drzewka. Jest w dalszym ciągu kodeksem, bo składa się z kart sklejonych ze sobą w grzbiecie, po skosie, w stożek, a więc grzbiet ma mniej więcej pół metra wysokości. W nim zrobione jest gniazdo, do którego wkłada się płyty CD. Połączyliśmy książkę z wiedzą na temat mitu o Orfeuszu poprzez jej grzbiet. Dodaliśmy jeszcze pudełko, na którym jest opisany powód, dla którego książka powstała w takiej dziwnej formie. Zainspirował nas wiersz Miłosza po śmierci w wypadku naszej przyjaciółki, artystki z Niemiec. Egzemplarz książki dostał do wypełnienia jej mąż, artysta. Zawierała ona tylko wiersz Miłosza, wycięty w kartach ostatniej części książki, reszta była pusta. Pedro mógł wracać do mitu opisanego przez Miłosza dzięki płytom CD zamieszczonym w książce. Równocześnie starał się przetworzyć mit na swój sposób. Bardzo przeżywał śmierć żony i książkę wykończył w prosty i piękny sposób. Codziennie lał na nią wodę, na jej karty, co spowodowało, że puchła coraz bardziej.

 

– Jak przedstawia się sprawa innych form działalności muzeum, poza twórczością i organizowaniem ekspozycji?

                         – Jedną z funkcji muzeum, którą świadomie chcemy nałożyć na siebie, jest zintegrowanie środowisk zainteresowanych książkami. W związku z tym stworzyłam projekt o nazwie „Bibliofilska mapa Łodzi”. Zrealizowaliśmy ten projekt wspólnie z Łódzkim Towarzystwem Przyjaciół Książki i we współpracy z Polskim Bractwem Kawalerów Gutenberga, Związkiem Polskich Artystów Plastyków w Warszawie i wieloma innymi instytucjami i indywidualnymi artystami oraz bibliofilami w kraju i za granicą. Na mapie chcemy umieścić zabytki kojarzone z książką, miejsca, domy, w których niegdyś mieściły się instytucje kultury, wielkie łódzkie księgarnie czy antykwariaty. W przewodniku będzie część historyczna i współczesna. W trakcie tworzenia tej publikacji nawiązujemy różne kontakty. Myślimy oczywiście, żeby zrobić później większą mapę, nie tylko dla Łodzi. To jest potrzebne, ponieważ nawet istnieje turystyka związana z hobby książkowym.

 

– Czy jest realna perspektywa, że kiedyś książka artystyczna będzie powstawać tylko za pomocą techniki skomputeryzowanej, że odejdzie się od tradycyjnych, rękodzielniczych metod? Czy książki internetowe, skomputeryzowane mogą być dziełami sztuki w tym samym znaczeniu, co książka artystyczna?

                         – Książka artystyczna będzie się tym bardziej rozwijała, im szybciej książka tradycyjna przyniesie się w stronę komputera. Obecnie można mówić o masowej chęci zajmowania się książką przez artystów. Można sądzić, że podobnie będzie z książkami powstającymi przy wykorzystaniu najnowszych technologii. Komputer może być twórczy, w artystyczny sposób wykorzystany przez artystę. Przy pomocy komputera można osiągnąć efekt artystyczny. Tylko jest pytanie: w jakim zakresie i co przez komputer będzie się robić?

Czy książki elektroniczne? Ale jakie? Tu trzeba się zastanowić, co się za nie uważa. Są na przykład urządzenia – e-booki, podobne do palmtopa – ale to są tylko czytniki. Można do nich załadować 300 tysięcy stron, czyli całą bibliotekę. One początkowo naśladowały książki, nawet miały okładki. Przewidywano, że e-booki będą przydatne w szkołach i wszędzie tam, gdzie niezbędny jest dostęp do szerokiej wiedzy. Sądzono, że urządzenie będzie się doskonale sprawdzało i rzeczywiście tak było. Ten pomysł zaprzepaściła jedna rzecz – prawa autorskie. Można powiedzieć, że w ogóle przyszłość książki w znacznym stopniu zależy od praw autorskich.

 

– Popularny jest pogląd, że era Gutenberga oraz kodeks odchodzą w zapomnienie.

                         – Era Gutenberga to typografia i przenoszenie jej na inne techniki drukarskie to pewne nadużycie. Z Gutenbergiem wiąże się wyłącznie to, że wymyślił ruchomą czcionkę. Przejście od książki rękopiśmiennej do drukowanej było bardzo ważnym przełomem, dzięki któremu powstały inkunabuły. Gutenberg naśladował książkę rękopiśmienną, nawet mu zarzucano fałszerstwa z tego powodu. Era Gutenberga to dziś sztuka. Kodeks ma dłuższą historię. Myślę, że jeszcze przez wiele lat będzie przydatny.

Obecnie książki kodeksowe rozwijają się w albumach. Ludzie chętnie je kupują, ponieważ mogą w nich oglądać ładne zdjęcia. Przecież mamy kulturę obrazkową. Nigdy nie wiadomo, jaka moda zapanuje i to inny aspekt problemu przetrwania książki.  

Czesław Miłosz
Dziewięć wierszy,
projekt:
Janusz P. Tryzno,
grafiki:
Stasys Eidrigevicius,
1988

– A co z przetrwaniem Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi? Czy istnieją szanse, by sprawa siedziby została rozwiązana pomyślnie? Muzeum nie tylko w Łodzi i w Polsce, ale i na świecie odnosi sukcesy. Wnosi w dziedzinę sztuki ogromny wkład twórczy, dzięki temu rozsławia Łódź, a więc wydawałoby się, że tak pożądana instytucja kulturalna nie powinna mieć problemów z kontynuowaniem działalności.

                         – Czasami wydaje się, że pewne sprawy wiążą się ze sobą, a jednak są sfery, które w żaden sposób nie mogą się spotkać. Nie wiadomo czemu. Miejsce, które dostaliśmy na muzeum, wymaga renowacji. Sądziliśmy, że wyremontowanie niedużego budynku nie będzie stanowić żadnego problemu. Zaproponowaliśmy, że będziemy wszystko utrzymywać, płacić z własnej kieszeni za prąd, ogrzewanie, podatek i za co tylko będzie trzeba oraz będziemy prowadzić muzeum, robić książki, zbierać sprzęty, a także występować po środki na większe inicjatywy. Mamy status fundacji, organizacji pozarządowej. Wydawałoby się, że przy zdroworozsądkowym myśleniu, powinno być zainteresowanie władz miasta, wydziału kultury, prezydenta czy innych władz lokalnych, ponieważ ich to nic nie kosztuje, nawet stróża nie trzeba zatrudnić, bo ja sama omiatam cały budynek i teren na ulicy. Nasza prośba sprowadza się do tego, by oddano nam budynek, akurat w tym miejscu, gdyż już zdołaliśmy coś w nim zrobić. Okazuje się to niewykonalne, z tego jedynie powodu, że jest nieuregulowana sytuacja prawna budynku i od 13 lat nie można jej uregulować. Pretensje rości syndyk masy upadłości przedsiębiorstwa, które już nie istnieje. On chce po prostu dokonać sprzedaży. Cały zysk dla miasta to określona suma pieniędzy, którą spożytkuje syndyk, ponieważ musi zaspokoić jakieś inne roszczenia. Na tym się sprawa kończy. Z tego powodu nasza sytuacja jest ciągle niepewna. Wyświetliliśmy niedawno, że syndyk nie ma żadnych praw do tego budynku. Niestety z prawem w Polsce można dyskutować, w związku z tym on dyskutuje i w tej chwili odbywa się to pomiędzy syndykiem a ministrem budownictwa, w którego imieniu jest wniesiona kasacja wyroku do Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Wszystko zależy od rozstrzygnięcia wyroku. Będziemy coś wiedzieć w połowie 2007 roku. W zależności od polityki można w tej sprawie robić różne rzeczy. Miasto w gruncie rzeczy zasłania się tym, że nie może nic zrobić.

Musimy liczyć się z ewentualnością zakończenia naszej działalności. Mam w związku z tym kilka pomysłów. Przede wszystkim projekt „Tryzna Tryznów”. Tryzna to znaczy stypa pogrzebowa. Już raz wyrzucali nas na serio, poprosiłam wtedy władze miasta o wydzielenie mi kawałka nieużytku, gdzie mogłabym zakopać zabytki, żeby archeolodzy mogli je kiedyś odkopać, ponieważ zgodnie z prawem, nie mogę ich zniszczyć, nie mam prawa ich sprzedać, nie mam prawa nic z nimi zrobić, a nie mogę ich zabrać do mieszkania. Poprosiłam więc o miejsce oraz o transport. Proszę wierzyć, że potraktowano sprawę dosyć poważnie. Jeden z ówczesnych zarządców miasta spowodował, że dzwoniono z transportu z pytaniem ile tego mamy. Zaproponowałam, żeby przyszli zobaczyć. Pytali się, czy jedna ciężarówka wystarczy, a ja stwierdziłam, że na pewno nie. Wyjaśniłam, że potrzebny jest też dźwig, żeby wszystko wyciągnąć. Jedna ciężarówka to na pewno za mało. Całą odlewnię wieźliśmy z Warszawy dużymi ciężarówkami. Od tej pory skończyło się pytanie, jak miasto mogłoby pomóc w zamknięciu sprawy muzeum. Nie wiem w związku z tym, co dalej.

 

Z Jadwigą Tryzno 20 listopada 2006 r.
rozmawiała Agnieszka Stasińska