|
poza debiutem .
Magdalena Marczyńska
Michał Gauza
Bzdury
Siedzieliśmy, każde przy sobie, we wstydliwym świetle. Świadkowie ceremonii, powolnego ruchu firan. Zasłaniającego obraz wypalonej trawy i tło z ceglanych ruin, goszczących długie sznury z praniem. Siedziałam po przeciwnych stronach, przedzielona lepką podłogą. Separowana oszklonymi drzwiami od tłocznego korytarza. Kładłam głowę na swoim ramieniu, ramię oparłam, a ty – głowę na ramię, ramię na oszklone drzwi. Głaszczesz, bo sądzisz, że zasypiam. Nie odwracam głowy, bo chcę, byś tak sądził. Zasypiasz i nie myślisz o tym, co sądzę, o wszystkim, co wymaga sądzenia, nad czym skupiona jest uwaga, gdy nie może skupić się na wszystkim innym. Dlatego też moje ‘ja’, oparte ramieniem, udaje, że śpi, lecz moje ‘ja’, zlepione z ramieniem głową, wierci się jak w koszmarze. Odgradza się, tak jak firana izoluje nas od ceglanego tła, dopełniając swoim granatem granat pokoju. Kompletując beztlenową głębię. Wszystkie ‘ja’ – skręcone gardłami, a cały ścisk zębów drażni zbolałe dziąsła. Dłoń na głowie, głowy na ramionach, łokcie w kolanach, paznokciami w gardziel. Struny szarpnięciami ciągną bezzmysłową papkę. Ciągnęły. Jestem, siedzę, i nikt, bo pusto tu, bezludzko, nie poważy się szarpnąć krawędzi firany. Wypuścić smród z tego szarego bagna, rozświetlając skostniały kolor. Wysuszyć przestrzeń od Alfy i Omegi, złamaną od A do Z, dekorowaną szlakiem w dół. Prosto w dół oczywiście, zatrzymując zwykle dłoń w pół drogi. Jak wszystko, co powinno zatrzymać się w połowie. Jak woda z pękniętej szklanki – zamiast rozlać się po pokoju, utyka w nierównościach. Stopy, z których chciałem zmyć brud, i ręce, z których chciałem zmyć brud po umyciu brudnych stóp, milczą w szarym bezkresie. Teraz nawet, gdyby można było chcieć, palcami ruszyć zasłonę, smuga nie rozświetli nic. Trudno jest zmienić odcień bezkoloru. Pomyślałem, i nagle przeszłe „po” i przeszłe „ałem” przybrało kształt ciasnej pętli teraźniejszości. Zrobiłabym krok, który swoim rozmachem wykroczyłby poza ciągłość, wykroczyłby wszystko, co ma do wykroczenia. Wydrepczę więc ścieżkę między oknem a łóżkiem. Tam jedno ‘ja’, poczwórnie skończynowane, podbierać będzie słońcu promienie. Podpije soki z płodnych drzew, prostując aksamit mięsistych płatków. Płynnie, ponocnie, w błękitach ścian. Płaszczyznach mrówczo, wciąż i wyżej i szerzej, rozpinanych. Następnie dotknę palcami ciepła, a ciepło, znacznie uboższe w swe kształty, zmaże kontur, rozmyje całość. ‘Ja’, nazywając to po imieniu, niech zginie, aby spójnie, w przyszłym spójnym, stać się wciąż zmiennym gestem. Stalibyśmy się. Wtedy trud przebytej drogi wydałby się znikomy.
Strony poza debiutem
pod redakcją Marka Czuku |